Pamiętamy ją ze wstrząsających zdjęć zniszczonej stolicy prezentowanych w 1945 roku na wystawie "Warszawa oskarża" i wielokrotnie potem reprodukowanych w różnych publikacjach.

Ekspozycja w "Asymetrii" przybliża inny wielki temat Zofii Chomętowskiej (1902 – 1991) – Polesie. W epoce PRL była to kraina objęta tabu, tak jak całe Kresy Wschodnie. Powstałe w latach 30. fotografie z rodzinnych stron artystki, która dekadę później wyemigrowała do Anglii, a potem do Argentyny, nie miały więc szans na prezentacje – przypominały, że przed wojną te ziemie były częścią Rzeczypospolitej. Po kilku dekadach kilkadziesiąt z nich możemy oglądać przy Nowo–grodzkiej.

Czarno-białe zdjęcia Chomętowskiej urzekają prostotą. Oglądamy Poleszuków: zatrzymanych w kadrze handlarzy na targu w Pińsku, arystokratów na polowaniu oraz przy zabawie, sceny z rodowego majątku autorki w Porochońsku. Są też pejzaże legendarnych poleskich rozlewisk. Te zdjęcia mają dziś wartość dokumentacyjną, bo świat, który utrwaliła artystka, nie istnieje. Zagładę przyniosły nie tylko zmiana granic, rewolucja polityczna, wojna, lecz także modernizacja. Część pińskich bagien została osuszona, co bezpowrotnie odmieniłokrajobraz.


Prace Chomętowskiej są jak obrazki z Atlantydy, tym prawdziwsze, że autorka unikała estetyzowania, szukając prawdy o swoich krajanach w miejscach i sytuacjach dalekich od pocztówkowej poprawności. Ale nawet pokazana z reporterską dosłownością poleska bieda nie przekonywała cenzury.

Podobnie było z projektem "Warszawa wczoraj, dziś i jutro" (1937). Choć przedsięwzięcie miało charakter interwencyjny – autorka sportretowała zaniedbane rejony miasta – powojenne władze nie paliły się do ich upowszechniania. Porównanie Warszawy Starzyńskiego z Warszawą Bieruta, burżuazyjnej biedy z rzekomym socjalistycznym ładem i dobrobytem, nierzadko wypadało bowiem na korzyść tej pierwszej.

"Często po pas w wodzie, a nawet czasem z poziomu wody, uczepiona jakiegoś pnia przybrzeżnego jedną ręką, drugą operując aparatem, mam możność utrwalić na błonie dosłownie momenty szybko umykającego motywu. Poręczność Leiki, a z nią szybkość zdjęć jest niezwykła" – pisała Chomętowska.

Trzecim bohaterem wystawy jest Leica. Gdyby zakłady E. Leitz w Wetzlarze 85 lat temu nie wypuściły na rynek pierwszego aparatu małoobrazkowego, historia fotografii wyglądałaby inaczej. Poręczna leica stała się dla reporterów nieodzownym narzędziem pracy – funkcjonalnym sprzętem, który dzięki prostocie obsługi i niewielkim gabarytom sprawdzał się w każdej sytuacji.


Ten funkcjonalizm, upowszechnienie Leiki i gwałtowny rozwój fotografii wzbudził kontrowersje. Fotograficy starszej daty nazywali leikarzami amatorów, którzy nie znali się na sztuce robienia zdjęć. Tytułując wystawę "Leikarka", kuratorka Karolina Puchała-Rojek przewrotnie nawiązuje do pejoratywnej wymowy tego terminu.

W dziedzinie fotografii reportażowej premierę Leiki można porównać do wynalezienia druku. Leicą posługiwali się giganci gatunku, z Henrim Cartierem-Bressonem na czele. "Nie znoszę aranżowania wydarzeń. Nie wolno fałszować rzeczywistości. Kocham prawdę i tylko prawdę pokazuję" – mówił francuski artysta. Jego wykonane leicą zdjęcia są dziś wizytówkami Paryża – nikt lepiej nie uchwycił ducha miast nad Sekwaną. Takimi wizytówkami Polesia są zdjęcia Zofii Chomętowskiej.

ZOFIA CHOMĘTOWSKA. LEIKARKA | galeria Asymetria | Warszawa | do 10 grudnia