W latach 70. Krzysztof Kolberger czytał wiersze w Lecie z Radiem. Dziś trudno to sobie wyobrazić, ale wtedy w najatrakcyjniejszym czasie antenowym pojawiali się Leśmian, Gałczyński, Pawlikowska-Jasnorzewska, Tuwim i Poświatowska, a słuchacze nie zmieniali stacji. W któryś upalny lipcowy dzień byłem świadkiem niezwykłego powodzenia jego interpretacji. Kiedy spiker zapowiedział audycję na plaży w nadbużańskim Broku, umilkł gwar, a przy przenośnym odbiorniku mojego wuja zakotłowało się od plażowiczek z sąsiednich koców. Krzysztof Kolberger recytował "W malinowym chruśniaku".

Urodzony w 1950 roku aktor był idolem młodych Polek. I jeśli prawdą jest, jak twierdził Czesław Miłosz, że na progu XXI stulecia poezję czyta u nas dziesięć tysięcy odbiorców, z czego większość stanowią kobiety, to zapewne duża część z nich – dzięki Kolbergerowi.

– Krzysztof należał do wymierającego pokolenia aktorów, które uważało słowo za główny element warsztatu aktorskiego. A siła poezji opiera się przecież na słowie – mówi Jan Englert.

Teatrem słowa Kolberger zajmował się do ostatnich dni. Powierzono mu także odczytanie testamentu Jana Pawła II.


– Kiedy mówił wiersz, przekonywaliśmy się, jak pięknym językiem jest polszczyzna – wspomina Janusz Kukuła, szef Teatru Polskiego Radia.

Interpretacje wierszy w wakacyjnej audycji radiowej były próbą łączenia sztuki wysokiej oraz popkultury. Mariaże tych dwóch światów towarzyszyły całej twórczości Kolbergera.

Urodził się w Gdańsku. Ukończył warszawską PWST, a debiutował w Teatrze Śląskim. Największe sceniczne sukcesy święcił w stolicy – w Teatrze Narodowym pod dyrekcją Adama Hanuszkiewicza, potem w Powszechnym, Współczesnym i Ateneum. Był Konradem w "Dziadach" oraz Iwanem w "Braciach Karamazow". Ma na koncie także tytułową rolę w "Romeo i Julii" oraz w "Popiele i diamencie" w Teatrze Telewizji. Ostatnią ważną kreację stworzył w Szekspirowskim "Wiele hałasu o nic" Prusa w Narodowym.

Wielokrotnie stawał też po drugiej stronie sceny. Wyreżyserował m.in. "Krakowiaków i górali" w Operze Wrocławskiej i Teatrze Narodowym, a także "Żołnierza królowej Madagaskaru" oraz "Królewnę Śnieżkę i siedmiu krasnoludków" w szczecińskiej Operze na Zamku.


W filmach grał role romantycznych inteligentów różnych epok: u Zanussiego w "Kontrakcie", "Na straży swej stać będę" Kazimierza Kutza, a także "Ostatnim promie" Waldemara Krzystka. Był Mickiewiczem w "Panu Tadeuszu" Wajdy oraz obozowym kapo w "Kornblumenblau" Leszka Wosiewicza. Flirtował z kinem popularnym jako polski Indiana Jones w "Klątwie Doliny Węży" Marka Piestraka, szef UOP w "Ekstradycji" Wojciecha Wójcika i mafioso w "Sforze", też Wójcika.

Pod koniec życia pokazał się w epizodycznych rolach księży, m.in. w "Katyniu" Wajdy, "Popiełuszce" Rafała Wieczyńskiego oraz "Mniejszym złu" Janusza Morgensterna. Zmarł 7 stycznia na raka nerki. Z chorobą zmagał się od dwudziestu lat.