"Turandot" ma nietypową formę...

Mariusz Treliński: To spektakl najbardziej radykalny i autorski, jaki do tej pory zrobiłem. Udało nam się ze scenografem Borysem Kudlicką zbudować na scenie wizję podświadomości. Ta historia nie dzieje się w żadnym konkretnym miejscu, tylko wewnątrz psychiki bohaterów. Poza tym to spektakl retrospektywny. Mamy do czynienia z szeregiem bram, do których człowiek wchodzi, coraz głębiej. Na przykład akt drugi jest jednym wielkim labiryntem pokładów wyobraźni, z których nie można wyjść. Inspirowaliśmy się filmami Lyncha, Bergmana, mangą. Zaczynamy od opowieści, która rozgrywa się we współczesnej metropolii, to może być Toronto albo Warszawa.

A co z chińskim pałacem?

Nie zajmuję się tego rodzaju didaskaliami. Owszem, piękne są japońskie kimona czy bogato zdobione pałace. Zawsze ważniejsze jest jednak dla mnie wewnętrzne życie moich bohaterów. Historia "Turandot", jak nigdy, autentycznie mnie porusza, wydaje mi się po prostu bardzo mądra. Warto przez nią opowiedzieć coś o człowieku, o spotkaniu płci, o przezwyciężaniu własnych lęków, samego siebie.

Czy bez współczesnych odniesień opera byłaby tak popularna, jak dziś jest?

Uważam, że tylko współczesne inspiracje są w stanie obudzić operę. Muzyka jest wieczna, wieczna jest historia zapisana przed wielu laty. Jednak oglądamy ją dziś, dlatego musi być rozumiana przez współczesną psychikę, wrażliwość, powinna dotykać nas osobiście. Współczesność, w której żyjemy, wydaje mi się równie piękna jak płótna Rafaelitów czy Renesansu. Swoją operę wyposażam w obrazy przyszłości, tym bardziej że mówię o snach – a nie umiem śnić w kostiumach rokokowych. A opera jest niczym innym jak realizacją snów na jawie.

Jak widzowie reagują na nowinki techniczne czy pokazy mody w operze?

Jeśli publiczność nie będzie chciała ich widzieć w teatrze, zacznę się nad tym zastanawiać. Nigdy z nią nie flirtowałem, staram się najpełniej, najprawdziwiej, a czasem najokrutniej, wyjaśniać moje problemy poprzez opery. A ponieważ żyję dzisiaj w tym świecie, tak samo jak inni, wydaje mi się, że te problemy są powszechne. Techniczne rozwiązania są dla mnie tylko sposobem przekazania jakiejś prawdy. Nie wprowadzam lasera po to, żeby ładnie świecił, tylko po to, żeby być może opowiedział coś o różnych wymiarach rzeczywistości. Podobnie jest z pokazem mody. Zatem nowinki bez sensu – stanowczo nie, natomiast współczesna stylistyka w oparciu o libretto – zdecydowanie tak.