11 lat temu Mariusz Treliński miał za sobą dwie wielkie inscenizacje operowe, które przyniosły mu sławę: "Madame Butterfly" Giacomo Pucciniego i świetnie przyjętego "Króla Rogera" Karola Szymanowskiego. Zapowiedział wtedy realizację "Madame Butterfly" w wersji amerykańskiej, "Otella" Giuseppe Verdiego i "Latającego Holendra". Dwa pierwsze przedstawienia zostały zrealizowane w 2001 roku, na trzecie publiczność musiała poczekać ponad dekadę.

"Latający Holender" to jedna z najczęściej wystawianych oper niemieckiego kompozytora okresu romantyzmu Richarda Wagnera. Libretto napisał on na podstawie opowiadania Heinricha Heinego o przeklętym żeglarzu, skazanym na tułaczkę, dopóki nie znajdzie się kobieta, która będzie mu wierna aż do śmierci. Ta romantyczna legenda zrobiła na Wagnerze duże wrażenie. Na dodatek w 1839 roku, podczas podróży do Londynu, on sam przeżył potężny sztorm na Morzu Północnym. Podobno to właśnie wtedy narodził się zamysł muzyczny i artystyczny dzieła.

Dyrektor naczelny Teatru Wielkiego-Opery Narodowej Waldemar Dąbrowski zwrócił uwagę na czwartkowej konferencji prasowej, że w "Latającym Holendrze" Wagner odnalazł swój indywidualny styl wypowiedzi, a dzieło to wyznaczyło początek jego drogi artystycznej.

Jak dodał, wartość premiery "Latającego Holendra" dostrzega w tym, że Mariusz Treliński, po trwającej ponad dekadę spektakularnej serii interpretacji dzieł włoskich i rosyjskich, polskich i francuskich wkracza na teren opery niemieckiej.

Mariusz Treliński zaznaczył, że stara się, aby realizacja ta miała bardzo wiele płaszczyzn możliwej interpretacji. Artysta powiedział, że Wagner był pierwszym kompozytorem, którego w ogóle słuchał. Od niego zaczynał przygodę z muzyką i nie wyobrażał sobie, że mógłby jego dzieło zrealizować w operze. W jego ocenie Wagner jest wyjątkowy w swoich bezkompromisowych, nierealnych wizjach. Jego zdaniem podobnie było w polskim dramacie romantycznym.

Przygotowuję się teraz do realizacji filmu "Balladyna", gdzie próbuję pokazać, że to co realne, widzialne, wcale nie musi być racjonalne - mówił reżyser.

Treliński przywołał słowa Marii Janion powiedziała ona kiedyś, że kluczowym dla opowieści Holendra jest konflikt dwóch porządków - oceanu i ziemi. Ocean, z którego przybywa Holender jest otchłanią, jest podświadomością, nicością, śmiercią i niebezpieczeństwem. Jest tym wszystkim, co człowiek odczuwa z lękiem patrząc na morze, kiedy jest niespokojny. Z drugiej strony jest ziemia, która kojarzy się z racjonalnością, z życiem, z konkretem - opowiadał Treliński.

Zwrócił uwagę, że Holender w jego interpretacji może być przybyszem znikąd, kimś nieśmiertelnym, może być wampirem, demonem.

Z drugiej strony może to być mężczyzna, przeżywający to, co nazywamy dzisiaj kryzysem męskości. Gdyby poddał się psychoanalizie dowiedziałby się, że być może nie potrafi nawiązywać relacji z kobietami, może nie umie się zakotwiczyć, jest kimś kogo dzisiaj nazywamy singlem, kimś kto musi cały czas uciekać, gonić gdzieś dalej, za każdym razem próbując osiągnąć cel, ale wiedząc, że mu się to nie uda - mówił reżyser.

Prapremiera opery "Latający Holender" odbyła się 2 stycznia 1843 w Dreźnie. Polska premiera - w 1903 roku, we Lwowie.

W spektaklu Trelińskiego wystąpią: Johannes von Duisburg (Holender), Lise Lindstrom (Senta), Aleksander Teliga (Daland), Charles Workman (Eryk), Anna Lubańska (Mary), Mateusz Zajdel (Sternik).