Mariola Wiktor: Czy sukces w Gdyni coś zmieni w pana dotychczasowej karierze filmowej?
Andrzej Jakimowski, reżyser:
Najważniejsze jest dla mnie to, czy mój film jest ważny dla widzów, czy też nie. Jeżeli wiem, że ludzie dobrze na niego reagują, to jestem spokojny. Nie ma wtedy znaczenia, czy film dostanie statuetkę Złotych Lwów, czy jakąś inną nagrodę. Oczywiście, to jest bardzo przyjemne uczucie, ale cała tajemnica mojej reżyserii polega na tym, że ja słucham mojej żony Ewy, która jest scenografem, i zawsze jest obecna na planie. I nie mówię tego dla żartu albo po to, by sprawić przyjemność mojej żonie - tylko dlatego, że ona pomaga mi we wszystkich etapach powstawania filmu. Zarówno wtedy gdy piszę scenariusz, jak i wówczas, gdy szukam aktorów. Pomagają mi także przyjaciele, artyści, którzy zaangażowani są w film. Natomiast same nagrody naprawdę nie są takie ważne.

Przecież nagroda dla najlepszego filmu europejskiego przyznana "Sztuczkom" w Wenecji przez zagranicznych dystrybutorów sprawi, że film zobaczą także widzowie poza Polską.
To prawda. Mamy już pierwsze efekty w postaci bardzo dużego zainteresowania filmem na rynku europejskim, ale na razie musimy jeszcze trochę poczekać, aby zastanowić się, z kim chcemy współpracować.

Nie obawia się pan, że teraz bardzo podniesie się poprzeczka oczekiwań wobec pana następnych filmów?
Dziennikarze często pytają mnie, czy nie boję się presji oczekiwań. Kiedy zrobiłem "Zmruż oczy" i odniosłem sukces, to ostrzegano mnie, że będę miał wielkie trudności z nakręceniem kolejnego filmu, ale to nieprawda. Ja nadal twierdzę i powtarzam, że nagrody nie mają większego znaczenia. Samo realizowanie filmu nastręcza więcej problemów niż to, czy film spodoba się jurorom, czy nie. Myślę, że jeżeli ktoś naprawdę lubi robić filmy, to robi je z przyjemnością i nie liczy na nagrody. Ja robię filmy, bo sprawia mi to wielką frajdę, jednak nie odczuwam jakiejś strasznej presji, by je kręcić. Dlatego nie podchodziłem z lękiem do mojego drugiego filmu. Nie obawiam się także następnych. Będę niedługo pracował nad dwoma kolejnymi projektami. Jeden to film o młodej dziewczynie i złodzieju, ale na temat drugiego nie chciałbym się jeszcze wypowiadać.

Co pana zainspirowało do nakręcenia "Sztuczek"?
Jest kilka rzeczy, które mnie interesują. Kiedy przychodzą mi do głowy jakieś sceny, to potem obrastają one określonymi postaciami i tak powstaje film. W "Sztuczkach" powróciłem do własnych wspomnień z dzieciństwa. Jednak w mojej biografii nie ma żadnego epizodu wałbrzyskiego. To miasto jest dla mnie niezwykle malownicze, a ludzie w nim mieszkający są kolorowi i sympatyczni.

To zupełnie nowe spojrzenie w polskim kinie na polską prowincję. Do tej pory filmowcy wybierali takie miejsca, bo jednoznacznie kojarzyły im się z bieda-szybami. Poza tym pana bohaterowie nie mają kompleksu prowincji, są otwarci, ciekawi świata.
Dla mnie to jest miasto idealne. To nie wynika z jakiejś mojej przekory. Wałbrzych ma swój charakter, niespotykaną architekturę i urok. Mnie te niedobre skojarzenia, o których pani mówi, w ogóle nie interesują. To, że moja wizja tego miejsca jest taka ciepła i kolorowa, wynika także z tego, że oglądamy świat oczyma dziecka, 11-letniego Stefka. Damian Ul, który fenomenalnie zagrał Stefka, pochodzi z Wałbrzycha. Jest bardzo odważny, no i ma niesamowity urok. Jest bardzo podobny z charakteru do mnie, gdy byłem mały.

Wałbrzych ze "Sztuczek" bardziej przypomina włoskie miasteczko niż zapyziałą dziurę na Dolnym Śląsku. Nie przypadkiem film bardzo spodobał się w Wenecji. Jak pan myśli dlaczego?
Jeśli chodzi o odbiór tego filmu, to w Gdyni nie zdarzyło się nic, co by nie miało miejsca w Wenecji. Myślę, że tu i tam ludzie są do siebie bardzo podobni. To jest film zrozumiały i w Polsce, i za granicą. Mogę się tylko cieszyć, że w różnych miejscach publiczność odnajduje w tym filmie coś ciekawego dla siebie.