I kiedy tak się nad tym zastanawiałam, dostałam do ręki wydany właśnie tomik Sławomira Mrożka "Uwagi osobiste". Niby nic takiego, po prostu felietony drukowane w "Gazecie Wyborczej" w latach 1997 - 2002, czyli w okresie po powrocie Mrożka do Polski, a przed udarem mózgu, który wyłączył go na pewien czas z pracy pisarskiej. (Mrożek wrócił potem do tej pracy, wydając w 2006 r. "Baltazara. Autobiografię"). Otworzyłam więc Mrożka, zaczęłam czytać. I odetchnęłam z ulgą. A więc to jednak nie ze mną jest coś nie w porządku.

Bo kiedy czytam Mrożka, oderwać się nie mogę. Ani ułamka tej nudy, irytacji i zażenowania, które czyniły torturą lekturę Bieńkowskiego czy Witkowskiego. Przeciwnie - co felieton, to mam ochotę pisać entuzjastyczny list do autora. Pamiętam, że tak się czytało w liceum, jeszcze czasem na studiach. Dlaczego wtedy? Bo to był czas, kiedy się czytało pisarzy wielkich.

Zawarte tu krótkie teksty, zawsze zabawne, często głębokie, to spostrzeżenia Mrożka na temat Polski, świata i ludzi w ogóle poczynione po jego powrocie do Polski. Mrożek jest bardzo skromny, twierdzi, że świat już go od dawna nie interesuje - a jednak, życzę osobom najżywiej zainteresowanym światem, żeby choć od czasu do czasu zdarzało im się tak jasne widzenie.

Proszę przeczytać, jak Mrożek opisuje spotkanie autorskie z rewolucyjną młodzieżą niemiecką po 1968 r., na którym niejaki Ionesco - "nieuleczalny pesymista metafizyczny" niecierpiący wszelkich form lewicowości - został przez tę beztrosko marksistowską młodzież postawiony przed plutonem egzekucyjnym. Proszę przeczytać gorzką opowieść, jak to pewien sławny angielski intelektualista Kenneth Tynan przyjechał w 1961 r. do Polski i zaczął opowiadać Mrożkowi - który w polskim socjalizmie "ledwie wyszedł spod klepiska, od razu stuknął głową w żelazny sufit" - jak bardzo mu się podoba ten polski socjalizm.

No i proszę przeczytać te dwa zdania: "Wszystko w marksizmie było niezmiernie logiczne, tylko sam marksizm nie miał sensu. Paranoicy są niezmiernie logiczni, tylko chorzy umysłowo". Takich zdań nie czytuję zbyt często w książkach wystawianych dziś w księgarniach - i dlatego właśnie tracę cierpliwość do współczesnych pisarzy.

Połowa z felietonów Mrożka to gorzkie obserwacje na temat (post)marksistowskiej głupoty, która po drugiej wojnie światowej opanowała umysły ludzi na Wschodzie i na Zachodzie. Druga połowa to śmieszno-gorzkie obserwacje na temat współczesnych Polaków: na przykład o tym, jak ledwo wymodlili sobie kapitalizm, już zaczęli narzekać na terror pracoholizmu.

Polecam też felieton o Adolfie Dymszy wyjaśniający, dlaczego polskie poczucie humoru nigdy nie będzie uniwersalne - bo zakłada wyłącznie śmianie się z innych, nigdy z samego siebie. I jeszcze felietony abstrakcyjne, ogólnoludzkie, ale też często pasujące (mnie przynajmniej) do opisu życia towarzysko-intelektualnego w Polsce. Na przykład tekst o strusiu, którzy chował głowę w piasek. Było mu miło i "głaskali go po dupie". Ale w końcu z braku powietrza, biedak, się udusił.

Niemal nigdy i o żadnej książce nie napisałam z bezgranicznym zachwytem. Mrożka jednak podziwiam bezgranicznie. Bo Mrożek to jest to, co polska kultura ma najlepszego do zaoferowania. Pomiędzy dwiema najbardziej typowymi postawami w polskim życiu intelektualnym: dworskiego, jaśnie oświeconego wazeliniarstwa (zwanego dziś trafnie salonem) z jednej strony i skłonności do ksenofobii i kołtuństwa ze strony drugiej, snuje się cienka, ale złota nitka tradycji, którą reprezentowali ludzie tacy, jak Irzykowski, Gombrowicz, Bobkowski: tradycja zdrowego rozsądku, sceptycyzmu, odwagi intelektualnej i przede wszystkim niedawania się wciągnąć w koterie, ideologie i kółka wzajemnej adoracji.

Z tej właśnie tradycji jest Mrożek. Gombrowicz wywodził to z pochodzenia ziemiańskiego i z sarmatyzmu. Mrożek mówi u siebie o pochodzeniu "nieokreślonym". Ta tradycja to wolność - zarówno wobec polskiego otoczenia, z jego koteriami i licznymi tabu, jak i wobec zagranicy. A więc wolność od kompleksów, które zżerają Polaków. Patrzenie na swoje miejsce w świecie trzeźwo, bez zadęcia, ale i bez poczucia niższości - bo obie te postawy wynikają z kompleksów.

Ja nie jestem pewna, z czego to się bierze. Ale myślę, że po pierwsze, z poczucia własnej wartości. Ludzie, którzy znają swoją wartość, nie mają kompleksów i nie muszą się chować za plecami silniejszych. Po drugie, z dobrego smaku. Mrożek i Gombrowicz to ludzie, którzy nigdy by nie mogli należeć do salonu po prostu dlatego, że salon, podobnie jak na przykład dwór królewski, zmusza do szeregu nieestetycznych, małostkowych i tchórzliwych zachowań. Swoją drogą zdumiewające, jak rzadkim darem bywa dobry smak wśród artystów - ludzi, dla których przecież powinien być on zawodem.

Czepiałam się kiedyś Mrożka, tak sama przed sobą, że jest za bardzo z Gombrowicza. Prawda, jest z Gombrowicza. Ale on nie należy do tej bandy, która wykorzystuje retorykę Gombrowicza instrumentalnie, na przykład do usprawiedliwiania swoich małości. Nie jest z tych, którzy przejęli Gombrowicza jak własny, wygodny idiom, nie rozumiejąc go i waląc nim czasem na oślep (ostatnio Bieńkowski, Witkowski, Kuczok, trochę Chwin i w ogóle cały legion publicystów i pisarzy).

Każdy z tych ludzi powtarza po Gombrowiczu różne formułki i chwyty retoryczne, ale nie rozumie jego podstawowego imperatywu: bądź sam, bądź niezależny, przeciwstawiaj się światu, inaczej przepadniesz. Gdyby zrozumieli, zakręciłoby im się w głowie i uciekliby w przerażeniu. Mrożek to świetnie zrozumiał. On, podobnie jak Bobkowski, po prostu jest zrobiony z tego samego kruszcu co Gombrowicz. Wywodzi się z tego samego nurtu myślenia i literatury - nurtu, którego sednem jest niezgoda na jakiekolwiek zniewolenie.

Ale jest też u Mrożka ciemne widzenie świata i człowieka, niemal nieobecne u Gombrowicza, a właściwsze raczej dla teatru absurdu. Jakiś Ionesco, jakiś nawet Beckett, choć tego ostatniego Mrożek zdaje się nie lubi. I jest siła własnych przekonań wysnutych z może bolesnego, a na pewno mądrze przemyślanego życia. Mrożek dzisiaj jest jak morska bryza, która ni stąd, ni zowąd powiała w salonie, gdzie ostatnio czuć było tylko opary wazeliny.


Sławomir Mrożek, "Uwagi osobiste", Noir sur Blanc, Warszawa 2007