Telefonując do Tomasza Stańki w sprawie wywiadu dla DZIENNIKA, miałem duszę na ramieniu. Słynny jazzman jest ciągle w rozjazdach - akurat przygotowuje się do udziału w prestiżowym festiwalu Trójkąt Weimarski Współczesnego Jazzu (będzie odbywał się od 24 do 27 października w Polsce i w Niemczech) - obawiałem się więc, że odmówi z braku czasu. Niepotrzebnie. Artysta zgodził się od razu, ale odesłał mnie do swojej córki Anny, która jest jego impresario. Po pięciu minutach otrzymałem odpowiedź. "Tata będzie czekał na pana jutro" - poinformował sympatyczny głos w słuchawce. Tomasz Stańko zaprosił mnie do swojego mieszkania w pięknej przedwojennej kamienicy na Powiślu. Popijając wodę z cytryną, rozmawialiśmy dwa razy dłużej, niż przewidywał napięty grafik artysty.

Cezary Polak: W prasie muzycznej pojawiają się głosy mówiące o kryzysie jazzu. Zdaniem niektórych publicystów świadczy o tym fakt, że od wielu lat na scenie nie pojawili się nowatorzy tej miary, co John Coltrane, Charlie Parker czy Miles Davis. Zgadza się pan z tą diagnozą?
Tomasz Stańko: Rzeczywiście, nie ma dziś indywidualności formatu Coltrane’a, Davisa czy Parkera, ale to nie świadczy o upadku. Trzeba patrzeć na jazz przez pryzmat dziejów sztuki. Odłam sztuki, który nazywamy jazzem, ma swoje normy i momenty zwrotne. Jazz w dzisiejszej postaci, jako muzyka do słuchania, narodził się w pierwszej połowie lat 40. XX wieku. Dlaczego akurat wtedy? Odpowiedź poznałem niedawno i do dziś nie mogę się otrząsnąć z wrażenia, bo przyczyna była bardzo prozaiczna. W czasie wojny amerykański rząd nałożył olbrzymie podatki na kluby, w których do tańca grywały big-bandy. Żeby nie ponosić horrendalnych opłat, część właścicieli zrezygnowała z tanecznego show na rzecz koncertów jazzowych. Muzycy zaczęli grać do słuchania. I tak eksplodował bebop. Po zerwaniu z tanecznością w jazzie nastąpił wysyp geniuszy, pojawili się Charlie Parker, John Coltrane, Wayne Shorter, Miles Davis czy Sonny Rollins. Dziś takich gigantów już nie ma, ale to naturalna kolej rzeczy. Może to jest moment oddechu, którego jazz potrzebuje? Sztuka podlega prawu ewolucji tak samo jak inne obszary życia.

A może kryzys przeżywa scena muzyczna kraju będącego kolebką jazzu? W Stanach Zjednoczonych furorę robią dziś jazzmani z Europy.
Jazz jest sztuką globalną i według mnie gradacja oparta na kryteriach narodowych, geograficznych czy państwowych nie ma dziś sensu. Trzeba pamiętać, że muzyka amerykańska miała diametralnie różną historię od europejskiej. Jazz za oceanem rozwijał się bez przeszkód, a w Europie jego rozwój zahamowała wojna, a potem, we wschodniej części kontynentu, żelazna kurtyna. Z drugiej strony jazz europejski od zawsze miał charakter bardziej artystyczny od amerykańskiego i dziś przynosi to rezultaty.

Jest pan dopiero drugim polskim jazzmanem - po Krzysztofie Komedzie - który zrobił karierę za Oceanem. Czym pan tłumaczy swoje sukcesy w USA?
Wielu muzyków z naszej części świata wyrobiło sobie własny język, który w Europie często jest niedoceniany, a dla Amerykanów ma znaczenie pierwszorzędne. Czytałem biografie wielu wybitnych tamtejszych artystów i we wszystkich powtarza się stwierdzenie "mam własny język". Powodem do dumy jest indywidualny styl, a nie warsztatowa sprawność. Dobrze grających muzyków są tłumy, ale niewielu wypracowało niepowtarzalny język. Ja od dawna mam swój charakterystyczny dźwięk, konsekwentnie gram swoją muzykę i myślę, że to się Amerykanom podoba. Nazywają mnie nawet "polskim Milesem", co do pewnego stopnia odpowiada prawdzie, bo Davis jest moim guru, inspiruje mnie jego muzyką, ale gram inaczej.

Może Amerykanie cenią słowiański charakter, wschodnią wrażliwość pańskiej muzyki?
Na słowiańskość nikt nie zwraca uwagi ani w Ameryce, ani w innych częściach świata. Nie ceni się Chopina za to, że pisał mazurki, lecz dlatego, że był Chopinem. My nie mamy innej wrażliwości niż reszta globalnej populacji, choć tak się wydaje niektórym rodakom. To nasz narodowy kompleks, z którym powinniśmy sobie jak najszybciej poradzić. Jesteśmy tak samo zwykli i normalni, jak Rumuni, Anglicy, Francuzi czy Niemcy, może tylko czasami bardziej od nich leniwi, rozwięźli albo więcej pijący. Ale to są tylko przymiotniki. Nie ma czegoś takiego jak jazz słowiański.

A istnieje polski jazz?
Mam wrażenie, że to nasz wymysł. Chyba nikt na świecie poza nami nie wpadł na pomysł wydawania serii albumów sygnowanych narodowym przymiotnikiem, gdzie napis "polish jazz" zajmował pół okładki płyty! To megalomania do potęgi i wyraz naszych narodowych kompleksów. Mam nadzieję, że nowa emigracja Polaków to zmieni. Przywołam sytuację, którą pewnie pan też zaobserwował. Czy zwrócił pan uwagę na to, czym wyróżniają się grupy naszych rodaków podróżujących samolotami od reszty pasażerów?

Klaszczą po bezproblemowym lądowaniu maszyny?
No właśnie. Dla ludzi, którzy rzadko korzystają z tego rodzaju transportu, podróż samolotem to przeżycie porównywalne z lotem w kosmos. Ale ciekawe jest co innego. Wracałem niedawno ze Stanów Zjednoczonych. Po szczęśliwym lądowaniu siedząca obok mnie Polka zaczęła klaskać. Kiedy okazało się, że większość pasażerów nie poszła w jej ślady, rzuciła z pogardą: "Nie wiedzą, o co chodzi". To jest typowy polski mechanizm obronny przed nieznanym światem. Z naszych lęków, fobii i niewiedzy próbujemy zrobić zaletę. Nie wiemy, nie umiemy i uważamy, że dlatego jesteśmy lepsi. Ale nie potępiam takich zachowań. To jest swojskie, nie napawa mnie wstydem ani radością. Ale patrząc w szerszym kontekście, takich cech jako naród będziemy się musieli pozbyć, bo to utrudnia życie we współczesnym świecie. Nie jesteśmy ani gorsi, ani lepsi od innych i pora to nareszcie zrozumieć.

Czyli melancholijny ton pańskiej trąbki nie jest wynikiem egzystencjalnego doświadczenia bycia Polakiem?
Uważam, że melancholia w mojej muzyce wynika z doświadczenia światła, specyficznego typu nasłonecznienia, innego w naszej części Europy niż gdzie indziej. Oświetlenie wywiera wielki wpływ na sztukę, muzykę, kolory w malarstwie, przenika duszę człowieka. Wywoływany przez światło nastrój miejsca, w którym przyszliśmy na świat, towarzyszy nam całe życie. Artur Rubinstein był Żydem, ale manifestował swoje przywiązanie do rodzinnego miasta, mimo że spędził w nim zaledwie parę lat. Czuł się łodzianinem i Polakiem.

A jakie mamy w Polsce światło?
Przez większą część roku kryje się za mgłą, jest trochę mokre, kojarzy się z wierzbami, ma melancholijny nastrój. To światło i jego nastrój ukształtowały moją osobowość. Nie jest on ani smutny, ani wesoły lecz refleksyjny. Z tego nastroju możemy korzystać, ale nie można go traktować jak wartość samą w sobie.

W połowie lat 90. radykalnie odmienił pan swoje artystyczne oblicze. Pańska muzyka z awangardowej stała się bardziej przystępna. Dlaczego?
Nawet kiedy byłem muzykiem freejazzowym, słuchałem także innej muzyki, w tym także klasycznej i popowej. Słuchałem, bo chciałem "pogrubić" swoją wrażliwość, mieć orientację w tym, co się dzieje. Sięgnąłem nawet po disco polo (śmiech). Oczywiście słuchać się tego nie da - to niesłychanie prosta, nieskomplikowana muzyka. Ale jedno mnie zaskoczyło - discopolowi wokaliści śpiewają czysto, czyli inaczej niż Michał Wiśniewski albo wierni w polskich kościołach. A więc dokonała się pewna ewolucja. Wkrótce zapewne wzorem swoich idoli lud też będzie śpiewał czysto. Wracając do tematu, jako odbiorca zawsze penetrowałem różne rodzaje muzyki, wiec w naturalnym następstwie tego procesu w pewnym momencie zacząłem grać rzeczy, których kiedyś słuchałem. Dlaczego wcześniej ich nie grałem? Instynktownie czułem, że najłatwiej uda mi się wykreować mój własny, niepowtarzalny język, pracując na rzeczach, których nie ma, czyli w obszarze muzyki awangardowej i eksperymentalnej. Miałem ambicje być coca-colą, a nie pepsi. Odnoszę wrażenie, że mi się udało.

Znam melomanów, którzy oburzają się, kiedy muzycy grający jazz, sztukę improwizacji godzą się na współpracę z didżejami i raperami, których twórczość oparta jest na kompilacji i przekształcaniu. To mezalians czy twórcze partnerstwo?
To nie jest mezalians. Wspomniani wykonawcy twierdzą, że tworzą nowoczesną sztukę, i to jest w pewnym sensie prawda. Twórczość to robienie rzeczy, których nie ma i w tym sensie przekształcanie jest twórcze. Didżeje czy raperzy operują materiałem muzycznym, przetwarzają istniejące dźwięki i motywy. Na podobnej zasadzie malarze używają tubek z farbami, które ktoś wcześniej wyprodukował. To zjawisko zapewne przybierze na sile, natomiast problemy nastręczać będzie kwestia praw autorskich - nuta jest przecież wartością abstrakcyjną. Załóżmy, że wklei pan do utworu ekspresyjny akord Jamesa Browna. Z jednej strony ten motyw będzie po prostu ekspresyjnym fragmentem nowej kompozycji, z drugiej to jednak James Brown. Artystycznie jest to sytuacja czysta, ale podejrzana od strony prawnej. Jak to rozgraniczyć?

Jaki wpływ na przyszłość muzyki będzie miał internet?
Myślę, że może zaowocować zmianami podobnymi do tych, które wywołały wojenne podatki nałożone na amerykańskie kluby jazzowe. Przede wszystkim może zrewolucjonizować sprzedaż płyt i co za tym idzie strukturę finansową branży. Już dziś coraz częściej źródłem dochodów zaczynają być koncerty. Kilka lat temu poznałem w Stanach Zjednoczonych fana, absolutnego freaka, który miał wszystkie moje nagrania, w tym również takie, o istnieniu których nie wiedziałem. Okazuje się, że ludzie nagrywają koncerty, i nikt nie jest w stanie nad tym zapanować, prędzej czy później to wycieka do internetu. Ten człowiek uświadomił mi niesłychanie ciekawą rzecz. Otóż ogłoszono wyniki badań, które wykazały, że ci, którzy ściągają piracką muzykę, kupują najwięcej płyt. Okazuje się, że jedno nakręca drugie. Jeśli fan ukradnie jeden album, to dwa następne nabędzie legalnie. Złodzieje kupują najwięcej - niesłychane! To może zaowocować rewolucją na rynku muzycznym.

A jak w tym kontekście ocenia pan ekspansję instrumentów elektronicznych i komputerów?
Na pewno nikt nie będzie rezygnował z tradycyjnego instrumentarium. Wręcz przeciwnie, przewiduję, że do szerszego obiegu wejdą tradycyjne instrumenty znane od tysięcy lat, jak np. sitar. Jeśli chodzi o muzykę tworzoną na bazie elektroniki i komputerów, to dużo nowatorstwa wprowadzają twórcy popowi. Niezwykle interesujące rozwiązania brzmieniowe i rytmiczne mają The Neptunes, Gwen Stefani, Justin Timberlake, Snoop Dogg czy nawet 50 Cent. Myślę, że kiedyś ich pomysły zaistnieją w poważniejszych produkcjach.

W jakim kierunku będzie się rozwijać muzyka XXI wieku?
Współczesną muzykę charakteryzuje nieustanne przenikanie. Któregoś dnia zobaczyłem na słupie plakat reklamujący płytę fado. W następstwie kupiłem ten krążek i odkryłem fascynującą muzykę, której wcześniej nie znałem. Teraz szukam kolejnych nagrań fado, zagłębiam się w tę kulturę. Wraz z rozwojem mediów i komunikacji takie zjawiska będą się nasilać. Wzajemne przenikanie różnych gatunków i kultur muzycznych będzie postępować w coraz szybszym tempie. To fascynujące zjawisko.