Supermarket to jeszcze jeden salon urządzany z myślą o promocji młodych twórców - wiecznego przedmiotu troski galerii, kuratorów i instytucji nieustająco łaknących świeżej artystycznej krwi. Aby wziąć udział w wystawie artyści muszą przysłać zgłoszenie. Selekcji dokonuje ciało eksperckie, w obecnej edycji międzynarodowe, a z wybranych prac budowana jest wystawa. Formuła projektu kusi nadzieją na ujawnienie rewelacji, które umykały dotąd uwadze kuratorów. Niestety, po tegorocznym, szóstym Supermarkecie worki łowców artystycznych głów pozostaną raczej puste. Zamiast do obiecanego w tytule zasobnego Supermarketu, trafiamy w miejsce, które przypomina raczej spożywczy sam z czasów kryzysu i reglamentacji - ciekawych propozycji "nie dowieźli”, opakowania są zastępcze, a na drzwiach wisi kartka "zaraz wracam”.

Dawno, dawno temu, zanim w Polsce pojawiły się prawdziwe supermarkety, chodziło się do sklepów, które je udawały. Hitem w tych placówkach, dręczonych PRL-owskim niedoborem były tzw. wyroby czekoladopodobne. Coś z tej gry pozorów, w której pionkami były ersatze pożądanych dóbr i towarów, jest także w warszawskiej imprezie, działającej bez ochronnego parasola artystycznych instytucji, a jedynie dzięki determinacji i energii kuratorki Agnieszki Żechowskiej.

Od kilku edycji pokaz występuje jako "Międzynarodowe Biennale”. Słowo „biennale” brzmi w świecie sztuki jak zaklęcie - kojarzy się z prestiżowymi wystawami i jest powszechnie nadużywane. W wypadku Supermarketu mamy do czynienia z wyrobem biennalopodobnym. Niby wszystko jest na miejscu. Artystów jest kilka tuzinów, skład międzynarodowy, reprezentowane są wszystkie media - od amorficznej rzeźby z piasku, przez malarstwo i fotografię, po niezliczone projekcje wideo. W aktualne trendy wpisuje się również sceneria. Od rozstania z Domem Artysty Plastyka Supermarket jest imprezą wędrowną objawiającą się gościnnie w galeriach i "miejscach znalezionych”. W szóstej edycji fragment wystawy prezentowany jest w galerii Leto, ale kwaterą główną pozostaje przepiękny pustostan w centrum Warszawy - kamienica, w której kiedyś funkcjonowała szkoła. Chodząc po tych opuszczonych, na wpół zrujnowanych wnętrzach, nie da się uciec od skojarzeń z ostatnim Biennale w Berlinie. Tam również część wystawy urządzona była w opuszczonej szkole. Na pierwszy rzut oka Supermarket wygląda podobnie. Znów błądzimy po budynku-widmo, w którym sztuka miesza się ze śladami przeszłości, a w każdej klasie, na korytarzu, a nawet w toalecie może zaskoczyć nas projekcja wideo, obiekt lub instalacja. Jest jak w Berlinie. Prawie.

O czym jest tym razem Supermarket? Oddajemy głos kuratorom, Agnieszce Żechowskiej i Kamilowi Malinowskiemu: "Temat tegorocznego biennale brzmi (im)mortal love, czyli (nie)śmiertelna miłość. Jest to bardzo szeroko zakrojony temat, który odnosi się do kluczowych w naszym życiu pojęć: miłości i śmierci. Artyści zinterpretowali ten temat na wiele sposobów”. Trzeba niestety dodać, że większość z tych sposobów jest nieciekawa i wtórna. Kaliber propozycji jest odwrotnie proporcjonalny do ciężkiej wagi pojęć - miłości i śmierci - o których ma być mowa. Selekcja zgłoszeniowych propozycji zawiodła, a offowy klimat i nonszalancki styl ekspozycji - brak podpisów do prac, niedziałające projekcje, filmy wyświetlane w zbyt jasnych pomieszczeniach - niebezpiecznie oddalają się od surowego etosu undergroudnu, zmierzając w stronę abnegacji i organizacyjnej porażki.
Supermarket Sztuki jest zdarzeniem na swój sposób symptomatycznym, opartym nie tylko na ciężkiej pracy i dobrych chęciach, ale również na przekonaniu, że jeżeli weźmiemy mnóstwo artystów, wsadzimy ich w nietypową przestrzeń i nazwiemy całość Biennale, to coś musi z tego wyniknąć. Współczesna sztuka chętnie ucieka z „białego pudełka” galerii, ku bardziej przygodowym postindustrialnym i znalezionym przestrzeniom. Istnieje przekonanie, że w takiej scenerii sztuka wygląda lepiej. Coś w tym jest, bo w ciekawym miejscu nawet słaba praca wydaje się bardziej interesująca. Supermarket pokazuje, że moc inspirującego miejsca, jako czarodziejskiej różdżki przemieniającej wystawowego Kopciuszka w Królewnę, jest jednak ograniczona, a proste recepty nie istnieją.

Stach Szabłowski

Supermarket Sztuki
ul. Górskiego 9 i Galeria Leto, ul. Hoża 9c, Warszawa


Odpowiedz Agnieszki Żechowskiej z Fundacji Supermarket Sztuki

Lustracja Supermarketu Sztuki

W dodatku ogólnopolskiego „Dziennika” „Kultura TV” (2.11.2007) ukazał się artykuł Stacha Szabłowskiego pt. „Podróbka biennale”. Artykuł dotyczył międzynarodowego biennale „Supermarket Sztuki (im)mortal love”. W tekście krytyk zamieścił kilka nieprawdziwych i mylących informacji.

Stach Szabłowski już na samym początku artykułu określił Supermarket Sztuki jako „kolejny salon urządzony z myślą o promocji młodych artystów”. Tymczasem definicja supermarketu jest sprzeczna z definicją salonu. Już na poziomie nazwy pojawia się nieporozumienie. Założenia i sposób pracy nad rozwijaniem Supermarketu Sztuki trochę się różnią od salonowych prezentacji. Różnic jest wiele. Salony - narodowe galerie, centra sztuki, akademie sztuki - są finansowane z budżetu państwa. Dodatkowo otrzymują one dofinansowanie ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego na realizację bardziej kosztownych przedsięwzięć. Supermarket Sztuki zawsze był niezależnym projektem finansowanym ze środków własnych (czytaj prywatnych pieniędzy) oraz dofinansowywanym ze środków publicznych przeznaczonych na realizację zadań z zakresu kultury. Kluczowe osoby realizujące projekt nie były zatrudnione w instytucji kulturalnej i nie realizowały go w ramach swoich obowiązków czy zadań. Projekt ma formułę elastyczną, twórczą, pozwalamy sobie na modyfikowanie sposobów jego realizacji i redefiniowanie ogólnie sformułowanych celów, którymi są: promowanie młodych artystów i prezentowanie sztuki współczesnej w kontekście społecznych czy kulturowych zjawisk. Nasze rozumienie i doświadczenie zmieniają się. Na taką arbitralność organizatorzy salonowych prezentacji raczej nie mogą sobie pozwalać. Nie trzymamy się raz nadanych znaczeń, poddajemy je dekonstrukcji, tak, żeby rozwijać projekt i nie powtarzać raz ustalonych reguł.

Trwałym elementem projektu jest nazwa - Supermarket Sztuki - rozumiana jako nazwa własna. Pozostałe określenia mają charakter opisowy, na przykład biennale, bo co dwa lata. Zdaję sobie sprawę z tego jak dużą rangę nadaje się temu słowu w kontekście wielkich prezentacji sztuki na świecie. Określenie „biennale” jest wtedy częścią nazwy własnej, np. Biennale w Wenecji, Biennale w Moskwie, Biennale w Sao Paulo itd. Mają one potężne budżety i realizowane są przez doświadczonych, obecnych w międzynarodowym obiegu kuratorów i prezentują często już uznanych artystów. Mają one charakter prestiżowy, narodowy, a także polityczny. Samo słowo "biennale” zyskało w związku z tym wielu wyznawców, stało się słowem tabu. Mówi się: „nazwa <biennale> jest nadużywana”. Dla mnie to absurd.

My chcemy tworzyć ciekawą prezentację, poszukiwać nowej formuły na definiowanie sztuki i budowanie jej kontekstów. Chcemy dawać artystom możliwość uczestniczenia w niestandardowym projekcie, inspirować ich i nie musi to być koniunkturalne. Łowcy głów nie stoją w centrum naszego zainteresowania. A z drugiej strony jest jeszcze za wcześnie, by ocenić rezultaty tegorocznego projektu. Stach Szabłowski, na wszelki wypadek tuż po otwarciu wystawy, wypowiedział się w imieniu innych kuratorów, chociaż sam nie obejrzał wystawy dokładnie, skoncentrował się na usterkach organizacyjnych. To musi być wyjątkowo łatwe dla kogoś, kto pracuje w rozbudowanej instytucji państwowej z potężnym zapleczem. Stach Szabłowski jest krytykiem sztuki, ale także kuratorem w Centrum Sztuki Współczesnej "Zamek Ujazdowski” w Warszawie.

Skojarzenie z czasami PRL-u jest co najmniej niestosowne. Wydaje się ono być projekcją własnego kontekstu instytucjonalnego krytyka, na niezależną, prywatną, non profit inicjatywę. Kontekst oficjalnej instytucji, która jest kontynuacją dawnego systemu, daje przewagę w konfrontacji z małą fundacją (i w dodatku prowadzoną przez kobietę). Pozycja krytyka jest w takiej sytuacji bardzo wygodna. Wygląda na to, że niezależne inicjatywy działające bez ochronnego parasola wielkich instytucji artystycznych powinny być niszczone. To przypomina sytuację z PRL-u. "Niedobór” ochronnego parasola jest największą wadą projektu. Prac nie trzeba oglądać, by je źle ocenić en bloc. Nie wybierał ich żaden znany autorytet. Stach Szabłowski tropi PRL tam, gdzie go nie ma.

Ciekawe jest to, jak wielkie znaczenie dla krytyka sztuki - pracującego od lat w dużej instytucji - ma budynek, jego usytuowanie i jego atrakcyjność oraz to, kto jest jego oficjalnym właścicielem czy zarządcą. Oddzielenie wystawy od lokalu, w którym jest ona prezentowana, jest symptomatyczne. Umożliwia ono bezpośredni atak na jakość prezentacji. Stach Szabłowski dokładnie przyjrzał się architekturze szkoły, w której jest pokazywana wystawa Supermarketu Sztuki, ale niewiele uwagi poświęcił pracom artystów. Demonstruje to jego stosunek do realizowania wystaw - najważniejsza jest mocna fasada.

My nie dostaliśmy budynku "na ładny uśmiech”, obecność w nim wystawy nie była oczywista. To sukces, że udało nam się taką lokalizację (dawna szkoła przy ul. Górskiego 9 w Warszawie) wyszukać i uzyskać. Problem ze znalezieniem miejsca na wystawę był o wiele bardziej podstawowy, niż to sugeruje Stach Szabłowski. Na nonszalancję nie mieliśmy czasu. Tu chodziło po prostu o znalezienie miejsca i o realizację projektu.

Porównanie z Biennale w Berlinie jest chyba żartem. Trudno to inaczej skomentować.
(Supermarket Sztuki to czwórka studentów plus niezależna kuratorka). Jeżeli krytyka sztuki zadowalają powierzchowne skojarzenia i zaklęcia (tu szkoła – tam szkoła, to biennale i tamto biennale), to trudno z tym polemizować. Nam o wiele bardziej przydałaby się trochę głębsza refleksja o wystawie i pracach. Z krytyki Stacha Szabłowskiego trudno wyciągnąć jakiekolwiek konstruktywne wnioski. Szkoda.



Odpowiedź Stacha Szabłowskiego:

Zaatakowany kurator ma dobre prawo do obrony swych racji. Zaatakowanym kuratorem jest Agnieszka Żechowska, kuratorka projektu "Międzynarodowe Biennale Supermarket Sztuki (im)mortal love”. We wstępie zapowiada ona nawet nie tyle polemikę, ile sprostowanie. „W tekście krytyk zamieścił kilka nieprawdziwych i mylących informacji” - pisze kuratorka. Ponieważ w tekście Żechowskiej nie doszukałem się sprostowania żadnych rzekomo nieprawdziwych informacji z mojej recenzji, zakładam, że nie chodzi dyskusję na temat faktów, lecz o polemikę z moimi opiniami, które mylące mają być o tyle, że są niepochlebne.

Krytyk, czyli niżej podpisany, nie jest krową, więc gotów byłbym ugiąć się pod ciężarem solidnych argumentów i zmienić zdanie na temat Supermarketu. Takich argumentów w powyższym tekście jednak nie znajduję. Przeciwnie, tylko on utwierdza mnie w moim podglądzie na 6. edycję Supermarketu.

Zanim skomentuję merytoryczne argumenty Agnieszki Żechowskiej, parę słów na temat retorycznych technikaliów dyskusji.
Autorka używa wypróbowanego, ale nieeleganckiego chwytu polemicznego: zamiast polemizować z argumentami, usiłuje zdelegalizować polemistę. Kuratorka rozwija taki oto dyskurs: Żechowska ma trudno, Szabłowski ma łatwo. Ona wypruwa sobie żyły, żeby zrobić coś z niczego, czyli Supermarket bez lokalu, pieniędzy i towaru. On tylko kręci nosem, a kręci tym bardziej zamaszyście, że jak robi wystawy, to w Zamku Ujazdowskim, gdzie wszystko ma podane na tacy. Co do mitycznych zamkowych komfortów, to Żechowska raczy je mocno przeceniać, ale to już inna historia. Nie są one w każdym razie tak wyuzdane, by stępić władzę sądzenia na elementarnym poziomie. Proszę mi uwierzyć, Agnieszko, że nawet kurator z Zamku Ujazdowskiego potrafi odróżnić udaną wystawę od nieudanej, zwłaszcza w tak ewidentnym przypadku jak Supermarket nr 6. A może nawet to właśnie kurator widzi pewne rzeczy wyraźniej, na przykład odróżnia przemyślaną wystawę z ciekawym doborem prac i autorów, od chaotycznego i przypadkowego zbioru propozycji, w przeważającej większości miałkich i słabych.

Z dyskursu Żechowskiej dobiega mnie ton lamentu „słabej”, niezależnej kuratorki napadniętej przez „silnego” instytucjonalnego krytyka. W mojej ocenie to chwyt poniżej pasa. Mam nadzieję, że Żechowska nie chce brać nas na litość, chyba że sama uważa swoją wystawę za nie do obrony. Po cóż jednak pisać w takim razie polemiki?

Żechowska przedstawia się więc jako ofiara krytyka, który napadał na „małą, niezależną fundację (i w dodatku prowadzoną przez kobietę)”. Okazuję się więc nie tylko kuratorem, ale jeszcze do tego mężczyzną, niemalże damskim bokserem, który w świńsko-szowninistycznym szale nie wahał się podnieść pióra na wystawę zrobioną przez - uwaga - kobietę! To miażdżący argument, ale niech będzie i tak. Nazwijcie mnie świnią, ale mieści mi się w głowie, że krytyk mężczyzna może źle napisać o wystawie zrobionej przez kobietę.

Drugi chwyt zastosowany przez moją polemistkę to chwyt w dosłownym tego rzeczownika znaczeniu: Żechowska usiłuje chwytać mnie za słówka. Podobnie jak chwyt pierwszy („delegalizacja polemisty”) służy on oddalaniu dyskusji od sedna sprawy, czyli od sporu na temat wartości wystawy Supermarket 6. Żechowska czepia się więc użytego przeze mnie terminu „salon” (dla młodych artystów). Dowodzi, że jej wystawa salonem być nie może, ponieważ ma charakter niezależny (niezwiązany z Akademią czy instytucjami sztuki). W ferworze dyskusji zapomniała chyba czym były XIX-wieczne salony - doroczne lub organizowane w formule Biennale (jak Supermarket) wystawy nowej sztuki (jak Supermarket), na które nadesłane prace kwalifikowało jury (jak w Supermarkecie). Żechowska zapomniała zwłaszcza o Salonach Niezależnych, organizowanych, jak sama nazwa wskazuje, niezależnie od instytucji i akademii, ale przy wsparciu francuskiego Ministerstwa Sztuk Pięknych (jak Supermarket, który otrzymał wsparcie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego), w przestrzeniach udostępnionych przez miasto (znów jak Supermarket). Tyle na temat salonu, który swoją drogą jest terminem neutralnym i niczego nieprzesądzającym.

Szczególne oburzenie Agnieszki Żechowskiej budzi dokonane przeze mnie porównanie Supermarketu Sztuki do PRL-owskiego sklepu samoobsługowego. "Stach Szabłowski tropi PRL, tam gdzie go nie ma” - prostuje kuratorka, która tytułuje swój tekst „Lustracja Supermarketu Sztuki”. Żechowska myli najwyraźniej krytykę z lustracyjną inkwizycją, a zastosowaną przez mnie metaforę z „tropieniem PRL”. Metafor pod żadnym pozorem nie wolno brać dosłownie! Nie wolno zwłaszcza, jeżeli jest się kuratorką / kuratorem, nieumiejętność czytania figur retorycznych utrudnia również odczytywanie sztuki.

PRL, salon, osoba i płeć krytyka... Skoro przedarliśmy się przez rozsnuwane przez Agnieszkę Żechowską zasłony dymne zaciemniające istotę sprawy, czyli wystawę, przejdźmy do rzeczy, a więc do wystawy właśnie. Żechowska przypuszcza, że dokonane przeze mnie porównanie Biennale Supermarket z Biennale w Berlinie "jest chyba żartem”.

To porównanie nie jest żartem. Z robieniem wystaw w ogóle nie ma żartów, robota kuratora to praca w warunkach podwyższonego ryzyka – owoce tej pracy wystawione są na oceny i porównania. Agnieszka Żechowska na własne życzenie powiększa to ryzyko, blefując: nazywa swój projekt Międzynarodowym Biennale, ustawia sobie poprzeczkę na wysokości, której nie jest w stanie przeskoczyć. Do szóstego Supermarketu kuratorka wykorzystała przestrzeń bardzo podobną do tej, której z wielkim powodzeniem trio Gioni, Subotnick i Cattelan użyło podczas ostatniego Biennale w Berlinie. Żechowska nie ucieknie od porównań tylko dlatego, że są dla niej niewygodne.
Wystawy nie istnieją bowiem w próżni, lecz w złożonej sieci kontekstw. Ta sieć utkana jest z kontekstów innych wystaw, historii sztuki, polityki, a także, last but not least, miejsca, w którym się sztukę pokazuje. Nie jest obojętne czy tę samą pracę, dajmy na to film wideo, pokaże się w muzeum narodowym czy muzeum obozu na Majdanku, w gejowskim klubie czy w siedzibie nacjonalistycznego stowarzyszenia, w narodowej galerii czy w pustostanie. Wiara w autonomiczny, transcendentny byt dzieła sztuki, które przemówi tym samym głosem gdziekolwiek, jest wiarą anachroniczną i mam nadzieję, że Agnieszka Żechowska w takie mity nie wierzy, bo zostały dawno zdekonstruowane i, przede wszystkim, nie znajdują odbicia w rzeczywistości. Sęk w tym, że praca kuratora polega właśnie na umieszczeniu prac artystów w określonych kontekstach - i trzeba robić to świadomie i precyzyjnie, albo lepiej nie robić wcale, bo może wyjść z tego więcej szkody niż pożytku dla artystów. A jeżeli nazywanie supermarketu Biennale jest tylko chwytem marketingowym, a wybór miejsca kwestią przypadku, to tym gorzej dla całego przedsięwzięcia.

Wbrew temu co pisze Żechowska, nie uważam, aby "brak parasola ochronnego instytucji” był wadą Supermarketu. Ale nie jest też, jak chciałaby kuratorka, żadną zaletą. Nie jest bowiem tak, że coś „jest dobre, bo jest offowe”. Finansowany z dotacji Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego niezależny projekt Żechowskiej nie jest dobry tylko dlatego, że autorka nie pracuje w muzeum lub galerii. Ba, istnieje możliwość, że pomimo tego, że kuratorka nie pracuje w żadnej instytucji, projekt może być jednak nieudany. A już na pewno nie jest tak, że z racji niezależności Supermarket nie może być przedmiotem oceny. Funkcjonowanie na „offie” zapewnia taryfę ulgową, ale tylko w kwestiach organizacyjnych. Nie żądam więc muzealnych posadzek, drogich galeryjnych świateł, ani podpisów do dzieł grawerowanych na mosiężnych tabliczkach. Niech będzie i bez podpisów, choć te akurat, by się przydały. Wystawa może być zrobiona nawet pod mostem, prace muszą być jednak ciekawe. Moje zarzuty wobec Supermarketu nie dotyczą spraw organizacyjnych lecz niskiego poziomu prac i oskarżenie o porażkę w budowaniu z nich interesującej całości. Zaplecze instytucji potrzebne jest do produkcji wystawy. Ale nie jest potrzebne do dokonywania ciekawych kuratorskich wyborów. Najpotężniejsze zaplecze nie zastąpi pomysłu na wystawę!

„To sukces, że udało nam się taką lokalizację (...) wyszukać i uzyskać” - pisze Żechowska. I opisuje przecież zasadniczy problem Supermarketu: stoi za nim przekonanie, że zrobienie wystawy samo w sobie jest sukcesem. Nic bardziej mylnego, bo zrobienie wystawy nieciekawej jest porażką, tym boleśniejszą, że okupioną ciężką pracą. „Tu chodziło po prostu o znalezienie miejsca i o realizację projektu” - wywodzi dalej kuratorka. To wyznanie zdumiewające, z którym nie sposób się zgodzić. Miejsc nie szuka się bowiem po to, aby je znaleźć, a projektów nie realizuje się po to, żeby je zrealizować. To byłoby credo grafomana, który pisze po to, by pisać, a nie dlatego, że ma coś do powiedzenia. W realizacji projektu stawką nie jest sama realizacja, lecz pytanie: po co się go realizuje? Z tego pytania można by wyciągnąć różne konstruktywne wnioski, których Żechowska żąda ode mnie, gdy powinna wyciągnąć je sama.

Stach Szabłowski