KATARZYNA NOWAKOWSKA: Przewodniczysz jury na festiwalu sztuki operatorów filmowych, jednak jako reżyser słyniesz z filmów, które większą uwagę przykładają do dynamicznej akcji niż wysmakowanych zdjęć.

BRETT RATNER: Nawet w kinie popularnym współpraca reżysera i operatora jest najważniejsza. To podstawa, bo decyduje o tonie i nastroju filmu. Dobry operator jest w gruncie rzeczy także reżyserem, który ogarnia całość filmu, widzi go, zanim zostanie nakręcony. Różnica między wielkim operatorem a wielkim reżyserem jest taka, że to osobowość tego drugiego jest widoczna w filmie, ten pierwszy zaś musi być w pewien sposób przezroczysty. Dlatego najwyżej cenię operatorów, którzy potrafią pracować z różnymi reżyserami, przy bardzo różnych gatunkach filmowych i za każdym razem osiągają nową jakość. Swoją drogą do przyjazdu do Łodzi namówił mnie mój stały operator Dante Spinotti, z którym pracowałem m.in. przy "Czerwonym smoku". On uważa, że Camerimage jest jednym z najlepszych i najciekawszych festiwali na świecie.

Na Camerimage spotkałeś się ponownie z Romanem Polańskim, który zagrał niewielką rolę w w twoim ostatnim filmie "Godziny szczytu 3". Ciężko go było namówić do współpracy?

Wcale nie! Okazało się, że Polański jest wielkim fanem poprzednich części. Kiedy mu zaproponowałem rolę, początkowo trochę się wzbraniał, ale kiedy przeczytał scenariusz, był zachwycony i zagrał brawurowo. To była bardzo miła współpraca i zaprzyjaźniliśmy się na tyle, że po zakończeniu Camerimage wybieram się z Romanem do Krakowa na prywatną wycieczkę po miejscach, gdzie mieszkał jako dziecko. To naprawdę wspaniały człowiek. Na dodatek jest fantastycznym aktorem, który doskonale rozumie, jak powinna wyglądać scena. Myślę, że nie przesadzę, mówiąc, że to najlepszy aktor, z jakim pracowałem w życiu. Bardzo utalentowany człowiek o fantastycznym poczuciu humoru. Zresztą zawsze podziwiałem go też jako aktora, nie tylko reżysera. "Lokator" to jeden z moich ulubionych filmów, a Polański zagrał w nim rewelacyjnie

Mówisz, że Polański jest jednym z twoich ulubionych filmowców, ale jednak to, co kręcisz, różni się od jego dokonań.

Jestem dość specyficznym przypadkiem, bo mimo że robię filmy popularne, postrzegam się jako reprezentanta starej szkoły filmowej. Polański powiedział mi kiedyś, że reżyserzy - zwłaszcza w Europie - są nastawieni do filmowania bardzo snobistycznie, a przecież kiedy chodzi o dobry film, nie ma znaczenia gatunek. Zawsze myślałem, że muszę zrobić jakiś ważny film, by zdobyć uznanie innych reżyserów. Ale prawda jest taka, że zrobienie dobrej komedii też przynosi satysfakcję, zwłaszcza jeśli jest to doceniane przez publiczność. I Roman Polański nie zagrałby u mnie, gdyby nie bawił się dobrze na poprzednich częściach "Godzin szczytu". A to już coś.

Powiedziałeś kiedyś, że jako filmowiec nie uważasz się za artystę, a to bardzo nietypowe z europejskiego punktu widzenia.

Marlon Brando twierdził, że film w ogóle nie jest sztuką. Uważam siebie za opowiadacza historii i to jest zadanie, które przed sobą stawiam: opowiedzieć historię i zrobić to najlepiej jak potrafię. Nikt nie staje się artystą kina od razu. Po zrobieniu jednego świetnego i głębokiego filmu nie stajesz się automatycznie artystą. To musi wynikać z całokształtu twórczości i to przyszłość zadecyduje, jak będą oceniane moje filmy. Roman Polański to z pewnością artysta filmu, tak samo był nim Billy Wilder. Ja wciąż jestem za młody, by móc tak o sobie powiedzieć. Mam na koncie dopiero osiem filmów i muszę się jeszcze wiele nauczyć, dlatego staram się nie ograniczać do jednego gatunku: robię filmy akcji, science fiction, komedie. I wolałbym być oceniany na podstawie wszystkich, a nie konkretnego tytułu.

Nawet jeśli nie jesteś artystą, to przynajmniej wiesz, jak tworzyć rzeczy modne i cieszące się ogromną popularnością, jak serial "Skazany na śmierć". Masz jakiś przepis na sukces?

Po prostu jestem fajnym facetem (śmiech). Nie siedzę w domu i nie zastanawiam się, co ludzie chcieliby obejrzeć. Wiem, co ja sam lubię, i takie rzeczy staram się robić. Mam wyczucie rynku, a moja wrażliwość jest bardzo komercyjna. Ale nie chcę jednak, żeby to brzmiało, jakbym przepraszał albo wstydził się tego. Wręcz przeciwnie - uważam, że trudniej jest robić wysokobudżetowe produkcje, które muszą dotrzeć do szerokiej publiczności, żeby zwróciły się koszty, niż pretensjonalne, artystyczne filmy. Gdyby mnie ktoś zapytał, czy nie wolałbym zamiast hollywoodzkiej sieczki zrobić kameralny, artystyczny film z dwoma aktorami, ale za to ważny, powiedziałbym: nie ma mowy. Chcę kręcić filmy dla jak największej publiczności. Cieszy mnie, że są oglądane na całym świecie.

"Skazany na śmierć" to jeden z najpopularniejszych seriali na świecie, kulturowy fenomen i jeden z fali nowych, świetnie zrealizowanych seriali, takich jak "Zagubieni" czy "Herosi". Skąd się bierze ta serialowa "nowa fala"?

Jakość telewizyjnej produkcji podnosi się, bo tego oczekuje publiczność. Coraz trudniej zmusić ludzi do oglądania w telewizji byle czego (śmiech). Pojawiają się też nowe trendy: kiedyś reżyser z pierwszej ligi nigdy nie wziąłby się za kręcenie filmu dla telewizji, to było coś gorszego, drugi sort. A teraz odnoszący największe sukcesy twórcy reżyserują seriale. W związku z tym zatrudnia się też lepszych scenarzystów, najlepsze ekipy, gwiazdorską obsadę. To też musi się w jakiś sposób przekładać na jakość produkowanych seriali. Obecnie większość naprawdę dobrych, nowatorskich, odważnych rzeczy powstaje dla telewizji, a nie dla kina. Seriale to przyszłość filmu. Telewizja daje też okazję, by eksperymentować. Mogę zatrudniać nieznanych aktorów, tylko dlatego że wierzę w ich potencjał. W serialu możesz stworzyć coś od podstaw, możesz wręcz powołać do życia nową gwiazdę. Teraz, kiedy "Skazany na śmierć" okazał się takim światowym hitem, członkowie obsady mają status gwiazd. Byłem ostatnio z jednym z aktorów w Paryżu i dosłownie nie mogliśmy przejść ulicą, bo wszyscy go rozpoznawali, prosili o autografy, piszczeli. To był szał! A kiedy go zatrudniałem do roli, nikt nawet nie wiedział o jego istnieniu, bo nic wcześniej nie zagrał. To jest dla mnie najwspanialsze w roli twórcy seriali. To nie jest wyzwanie nakręcić hit z Tomem Cruise’em w obsadzie - ludzie zawsze pójdą na Cruise’a. Ale zrobić hit z niczego, wypromować nowych, często naprawdę rewelacyjnych aktorów - to jest dopiero coś!

Skoro wspomniałeś o Tomie Cruisie - wedle plotek w filmowych serwisach internetowych wcieli się w postać założyciela "Playboya" Hugh Hefnera w biografii, która ty reżyserujesz. Czy to prawda?

Nie, nic podobnego. Jestem w trakcie obsadzania tego filmu, trwają castingi. I choć chętnie pracowałbym z Tomem przy jakieś innej okazji, to uważam, że ta rola kompletnie do niego nie pasuje. Więc były to tylko internetowe plotki, których zawsze pełno w branżowych serwisach. Przynajmniej tak myślę, bo jak dotąd żaden z producentów nie wystąpił z takim pomysłem.

Pracujesz też nad biografią Franka Sinatry. Czy to znaczy, że przerzucisz się z dużych filmów akcji na coś bardziej kameralnego?

To historia wieloletniego kamerdynera Sinatry, na podstawie jego wspomnień, więc trudno uznać ją za biografię piosenkarza. Chciałbym, by film koncentrował się na relacji między nimi widzianej z perspektywy czarnego chłopaka, który pracuje dla największej światowej gwiazdy. Jeśli chodzi o zmianę kierunku, to sam nie wiem. Lubię robić duże filmy, choćby dlatego że jest niewielu reżyserów, którzy to naprawdę potrafią. Jeśli nadal ktoś będzie chciał mnie wynająć do kręcenia filmów o budżecie w wysokości 200 milionów dolarów, jak "X-Men", to proszę bardzo, wchodzę w to z radością. Ale jednocześnie zawsze lubiłem próbować także innych gatunków, jak w "Family Man" czy "Czerwonym smoku". To jest coś, z czego jestem prawdziwie dumny - umiem kręcić wysokobudżetowe produkcje i mniejsze filmy, ale za to bardzo różne pod względem gatunku - od thrillera do komedii. Naprawdę niewielu ludzi to potrafi. Może Robert Zemeckis, może Steven Spielberg. Choć mam wrażenie, że Spielberg nigdy nie nakręciłby naprawdę śmiesznej komedii. A ja po prostu uwielbiam opowiadać historie i chcę to robić na rozmaite sposoby - czy to będzie musical, dramat, czy western. Jeśli naprawdę umiesz reżyserować, to gatunek, który bierzesz na warsztat, nie ma znaczenia. Jeśli jesteś reżyserem z prawdziwego zdarzenia, nie odrzucisz żadnej okazji, by opowiedzieć dobrą historię.