Cezary Polak: Obrazy Wilhelma Sasnala osiągają rekordowe ceny. Trzydziestokilkuletni malarz z Polski dostał prestiżową nagrodę im. Van Gogha, a jego prace zostały zakupione przez najważniejsze muzea sztuki współczesnej na świecie. Dlaczego Zachód kocha Sasnala?

Anda Rottenberg*: Nie podejmuję się tego wytłumaczyć. Mogę wyjaśnić, co mnie do niego przekonuje. Jestem zwolenniczką Sasnala od czasu, gdy po raz pierwszy zobaczyłam jego prace. Uważam, że to wielki talent, człowiek, któremu obraz po prostu sam wychodzi spod pędzla. Już na pierwszy rzut oka widać, że jego obrazy nie są wymyślone albo namalowane "do tezy". To nie jest tak, że on ma jakiś jeden temat. Sasnala interesuje struktura rzeczywistości w całej jej złożoności, zaś obraz jest tego notatką w warstwie wizualnej. On ze swoich obrazów próbuje, jak z puzzli, ułożyć obraz świata. Oczywiście jest to niemożliwe, bo nie da się stworzyć obrazu świata, zestawiając ze sobą jego różne kawałki. Ale ta enumeracja jest bardzo szczególna. Artysta ucieka od dosłowności, nie dopowiada sytuacji, zdarzeń ani tematów. Jednocześnie czujemy, że w jego pracach jest coś więcej niż to, co widzimy.

Największy rozgłos przyniósł Sasnalowi namalowany osiem lat temu obraz "Samoloty", sprzedany w nowojorskim domu aukcyjnym Christie’s za 396 tys. dolarów. To najwyższa w historii cena za współczesny polski obraz olejny. "Samoloty" naprawdę są takie wyjątkowe?

To świetnie namalowany obraz. Po pierwsze jest duży. Wykadrowany jest w ten sposób, że te bombowce wyglądają tak, jakby były widziane przez okno innego bombowca. Ma się wrażenie, że samoloty lecą obok nas lub na nas, i przez to bardzo silnie działają na widza. Myślę, że z aukcji na aukcję wartość obrazu będzie rosnąć. Warto podkreślić, że Sasnal nie zabiega o karierę i nie przewróciło mu się w głowie, dlatego że jego obrazy osiągają wysokie ceny. On mieszkał w rodzinnym Tarnowie, z którego wyprowadził się dopiero wtedy, kiedy okazało się, że w mieście nie ma takiej szkoły, do której chciał posłać dziecko. Nie zaczął palić cygar ani grać w golfa. Ale właśnie tacy są wielcy artyści. Nie zmieniają swoich przyzwyczajeń i horyzontów, zachowują wewnętrzną niezależność. Trzeba jednak dodać, że jest ich bardzo niewielu. Dlatego liczę na to, że Sasnal będzie miał siłę oprzeć się spirali, którą nakręca rynek sztuki.

A co Sasnal chciał wyrazić "Samolotami"?

Niewątpliwie poczucie zagrożenia i jego aktualność. Nieistotne, czy namalowane samoloty to maszyny z przeszłości, bombowce B 52, czy jakieś inne. Dla mnie jest to kwintesencja zagrożenia. To nie jest coś przyjemnego, co chcielibyśmy mieć w domu, ale jednocześnie siła tego obrazu każe nam myśleć, co jest za nim. Artysta nie zachwyca się światem, lecz pokazuje, jaki on jest.

Powiesiłaby pani obrazy Sasnala w domu?

Mam obrazy Sasnala. Jeden dostałam, a dwa kupiłam w czasach, kiedy artysta nie był jeszcze znany i miał kłopoty finansowe.

A który obraz Sasnala jest najlepszy?

Nie odpowiem na to pytanie, choćby z tego względu, że nie znam jego wszystkich prac - większość z nich znajduje się poza Polską. Darzę wielkim sentymentem obraz, który artysta podarował mi, gdy w atmosferze antysemickich ataków odchodziłam z Zachęty. Zostałam wtedy zaproszona do galerii Foksal, gdzie Sasnal wręczył mi specjalnie namalowany dla mnie obraz. Praca przedstawia fragment mapy Europy, na której tam, gdzie powinny być Niemcy, znajduje się duży Izrael napierający na znajdująca się obok małą Polskę. Obraz jest bardzo kolorowy, utrzymany w trudnych barwach, lekkim lilaróżu, ceglastej czerwieni i cytrynowej żółci. Codziennie na niego patrzę i jestem do niego bardzo przywiązana.

Słyszałem teorię, że sasnalomania ma korzenie w awansie materialnym trzydziestolatków, którzy dorobili się i szukają sztuki, która jest tworzona przez ich rówieśników. Czy Sasnal jest głosem swojego pokolenia?

To prawda, trzydziestolatki są głównymi nabywcami Sasnala, co nie znaczy, że starsze roczniki odrzucają jego sztukę. Rzeczywiście chyba można nazwać Sasnala artystą pokoleniowym, docenianym przez rówieśników, którzy wychowali się w tej samej epoce, ukształtowała ich ta sama muzyka czy filmy i którzy myślą o świecie w podobny sposób.

A dlaczego karierę zrobił Sasnal, a nie inni członkowie grupy?

Moim zdaniem dlatego, że był najbardziej niezależny i chyba najbardziej radykalny. I paradoksalnie, najtrudniejszy do sprzedania, w sensie galeryjnym, nigdy nie szedł na żadne układy komercyjne. Ludzie zawsze cenili niezależność i siłę osobowości. Sasnal w dalszym ciągu jest w stanie dać swój obraz przyjacielowi w prezencie, bez oglądania się na to, że mógłby to sprzedać za wielkie pieniądze. To bardzo piękne. Ludzie to wyczuwają.

Głośno jest także o innych polskich artystach z pokolenia Sasnala, m.in. Pawle Althamerze, Piotrze Uklańskim, Arturze Żmijewskim, Monice Sosnowskiej. Może doświadczenie życia w komunizmie, obecne w ich sztuce, jest atrakcyjne dla odbiorców na Zachodzie?

Naturalnie, że rynki zachodnie powoli się wyczerpują, są zmanierowane, panuje tam pewien rodzaj bezpłodności. Siłą rzeczy po wyczerpaniu się zainteresowania Rosją, Chinami, Ameryką Łacińską, przyszedł czas na twórców z naszej części świata.

Mamy swoje 15 minut?

Swoje 15 minut mieliśmy 18 lat temu. Myślę, że dziś Zachód fascynują niezależne wartości, które wynikają z polskiej tradycji.

Spór z polską rzeczywistością, który prowadzą nasi artyści, okazuje się uniwersalny. Po drugie oni wchodzą w dialog z resztą świata. Sasnal w swoich filmach pokazuje przecież także Francję, Brazylię i Stany Zjednoczone. Okazuje się, że obserwacja różnych i odległych od siebie kultur i sytuacji rodzi podobne spostrzeżenia. Jeżeli artysta jest wyczulony na określone problemy, znajdzie je wszędzie, nie tylko w Polsce. W połączeniu z lokalną specyfiką to jest w naturalny sposób atrakcyjne dla cudzoziemców, mimo że oni tak naprawdę nie bardzo wiedzą, co im się podoba, idą za modą i rynkiem. W ten sposób nakręca się spirala.

Czy sukces Sasnala utoruje drogę na światowe salony innym artystom?

Polska już jest uważana za kraj silnej sztuki. Dziś trzeba się sporo nachodzić, żeby znaleźć u nas artystę, który jest do wzięcia od zaraz, bo nie jest drogi.

Zachodni kuratorzy przeczesują polskie galerie?

Chyba tak. Najlepszy świadectwem są goście z całego świata, którzy ściągnęli do Zachęty na wystawę Sasnala. Jesteśmy coraz poważniej traktowani na rynku sztuki.

A jak pani skomentuje taki zarzut: Sasnal to dokumentalista, który nie maluje „z kultury”, tylko przetwarza istniejące obrazy?

Bzdura. Cała sztuka jest elementem kultury, nie ma innej. Aborygeni też tworzyli w związku ze swoją kulturą. Nie ma sztuki, która spada z księżyca. Nie można z tego czynić zarzutów, natomiast pozostaje kwestia, jak i na co reaguje artysta. Z całą pewnością nie można powiedzieć, żeby Sasnal kogoś lub coś naśladował, szedł za modą, powielał chwyty, ponieważ dzisiaj się maluje tak, a nie inaczej. Cała historia sztuki polega na tym, że ktoś przełamuje istniejący paradygmat, potem jest ogromna fala ludzi podążających za prekursorem po udeptanym terenie.

Czy za dziesięć lat w monografii sztuki współczesnej przeczytamy, że Wilhelm Sasnal przełamał paradygmaty?

Za dziesięć lat nie, ale za dwadzieścia – z całą pewnością tak. Wkrótce przyjdzie nowe pokolenie, które odrzuci dorobek poprzedników.

Będą kontestować Sasnala?

Myślę, że tak - to normalna kolej rzeczy. W historii sztuki jest pewna regularność. Dzisiaj krytycy odkrywają konceptualizm lat 70., pochylają się na działalnością nestorów, o których nie chcieli słyszeć przez dwie dekady. Następne pokolenie odwróci się od Sasnala, ale kolejne odkryje go na nowo.

Jeśli porównać drogę twórczą Sasnala z biografiami innych artystów, można się doszukać wielu podobieństw. Najczęściej tak jak on zostali docenieni w Polsce dopiero po tym, jak zdobyli sławę na Zachodzie.

Nic dziwnego, bo w Polsce nie istnieje rynek sztuki, a obrazów nie kupuje się nawet do dekoracjI mieszkań. Mamy bardzo dużo, nazwijmy to, przyzwoitego malarstwa, które fantastycznie sprawdzałoby się w mieszkaniach. Ludzie kupują lokale po 12 tys. zł za metr kwadratowy, ale takiej sumy za obraz nie chcą zapłacić.

To problem, którego nie rozwiąże efekt Sasnala. Trzeba by chyba zacząć od pracy organicznej, edukacji plastycznej w szkołach.

Otóż to. Jest jeszcze problem mediów, które jeśli w ogóle zajmują się sztuką, to lansują wzorce z rezydencji Carringtonów z serialu "Dynastia”. Zły przykład idzie z góry. Niech pan się przyjrzy, jak urządzone są wnętrza polskich ambasad czy urzędów, co tam wisi na ścianach. Potrzebna jest praca organiczna, ale nie wiem, kto miałby ją wykonać. Trzeba wyjaśnić Polakom z pokolenia Sasnala, którzy mają pieniądze na mieszkania, że to oni są dziś klientelą sztuki. Trzeba wytworzyć rodzaj szlachetnego snobizmu i pokazać, że wstyd mieć na ścianie obraz, który jest poniżej poziomu standardu kupionego za ciężkie pieniądze mieszkania.

*Anda Rottenberg, historyk i krytyk sztuki, kurator wystaw, organizator polskiego życia artystycznego. Przez wiele lat kierowała Galerią Zachęta. Jest współzałożycielką niezależnej Fundacji Egit (1986), Fundacji Instytut Promocji Sztuki (1998) i Ośrodka Sztuki Współczesnej Fundacji Batorego (1992)