Syn Stephena Kinga nieudolnie naśladuje styl ojca
Lektura "Pudełka w kształcie serca" to osobliwe doświadczenie. Przez pierwsze 150 stron nie można oprzeć się wrażeniu, że Joe Hill za wszelką cenę próbuje pisać tak jak jego sławny ojciec, Stephen King. Tyle że na poziomie koncepcyjnym - jak się okazuje w drugiej połowie książki - operuje niestety nazbyt topornymi schematami - pisze w DZIENNIKU Tomasz Stawiszyński.
- Stylowy horror według prozy Stephena Kinga
- Przeciętny thriller z szuflady króla grozy
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Poniedziałek 2012-05-21

temp. min 6°C max. 30°C
opady:
śladowe opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
A zaczyna się naprawdę całkiem nieźle. Oto nieco już podtatusiały muzyk rockowy, niejaki Judas Coyne, znany ze szczególnego zamiłowania do ekscentrycznych gadżetów, nabywa na aukcji internetowej... ducha. Konkretnie: ducha oraz garnitur, który służył duchowi, kiedy ów przebywał jeszcze na ziemi w powłoce jak najbardziej cielesnej.
Muzyk ów rzeczywistość duchową traktuje wszakże z charakterystyczną religijną indyferencją podszytą nieco dobrotliwą ironią - satanistyczny sztafaż służy mu bowiem wyłącznie jako narzędzie do skutecznego zarabiania pieniędzy. Jak się jednak domyślają wszyscy wielbiciele horrorów, ta lekkomyślna i powierzchowna niewiara zostanie bardzo szybko zweryfikowana. Duch bowiem istnieje naprawdę. Co więcej, ma z Judasem (zbieżność imion nieprzypadkowa) stare porachunki. Tak przynajmniej twierdzi...
Skądinąd, powieść Joe Hilla czyta się - generalnie rzecz biorąc - całkiem nieźle. Stężenie makabry jest odpowiednio wysokie, zdania się kleją, opisy są sugestywne, a niektóre sceny przyprawiają wręcz o dreszcz przerażenia. Niemniej jednak trzeba przyznać - dziwna sprawa. Wydawałoby się, że syn tak znanego pisarza powinien szczególnie dbać o oryginalność. Nie tylko na poziomie nazwiska, które przezornie ukrył - ponoć również przed wydawcami, którzy przyjmując do druku jego pierwszy zbiór opowiadań nie mieli zielonego pojęcia z kim podpisują umowę. Ale także na poziomie tekstu. W przypadku Joe Hilla zaś tekst momentami do złudzenia przypomina twórczość znakomitego ojca.
Fraza podobna, bohaterowie charakterystycznie kingowscy, sceneria niby wyjęta z wczesnych powieści króla grozy. Tyle że... brakuje w tym wszystkim głębszego oddechu, rozmachu, polotu Stephena Kinga. Słowem, brakuje tej szczególnej iskry, która z "Lśnienia", "Misery" albo "Czwartej po północy" uczyniła prawdziwe literackie arcydzieła, a nie tylko sprawnie zmontowane historie, które umilą przysłowiowy jesienny wieczór.
Co więcej, w pewnym momencie Hill wpada po prostu w sztampowy banał. Zamiast stanąć na wysokości zadania i pomysłowo skończyć - idzie po najmniejszej linii oporu. W sumie szkoda. Bo przecież w świecie literatury popularnej również obowiązuje znana z polityki zasada: pisarza poznaje się po tym jak kończy.
Joe Hill "Pudełko w kształcie serca", Prószyński i S-ka, Warszawa 2007



















































~trochę oczytany2011-11-30 17:59
Łatwo krytykuje się innych, ale jak się jest takim znawca, to powinno się pamiętać, że nie istnieje najmniejsza linia oporu, tylko linia najmniejszego oporu. Jestem elektrykiem - to wiem.
Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!