W filmie z 1979 roku McDowell stworzył porywającą kreację zwyrodniałego cesarza. Pokazany w obrazie portret Rzymu wzbudził jednak olbrzymie kontrowersje, a wszystko przez śmiałe sceny orgii seksualnych. Zostały one dopisane do scenariusza na życzenie producenta Boba Guccione, który był jednocześnie wydawcą pornograficznego magazynu "Penthouse".

W rozmowie z DZIENNIKIEM Malcolm McDowell wspomina pracę na planie "Kaliguli" i opowiada, jakie znaczenie miał ten film w jego życiu.

ROMAN ROGOWIECKI: W swoim czasie "Kaligula" wstrząsnął opinią publiczną. Portret cesarza, który wykreował Tinto Brass, ciągle intryguje, ale i odraża. To najprawdziwszy demon zła...

MACOLM MCDOWELL: ... ale praca nad tą rolą była dobrą zabawą. Na dodatek produkcji towarzyszyły jakieś przekręty finansowe, więc ten czas pamiętam doskonale (śmiech). Ale bynajmniej nie była to dla mnie jakaś trauma, bo współpraca z reżyserem Tinto Brassem wszystko mi rekompensowała. To profesjonalista w każdym calu. Ja zdecydowałem się na udział w tym filmie, bo oryginalny scenariusz napisał Gore Vidal. Później jednak wycofał się z produkcji, a ja miałem już podpisany kontrakt. Musiałem więc wykonać swoją pracę najlepiej, jak potrafiłem. Wkurzyłem się dopiero później, gdy producent Bob Guccione dołożył wszystkie sceny pornograficzne. Ale na to nie miałem już wpływu. Zresztą dziś myślę, że to już nie ma znaczenia. Film wszedł do historii kina, a pracę nad nim wspominam czasem do dziś. Nie uwierzyłbyś w to, co się tam działo...

Do dziś krążą o tym legendy...

Nie mogę wszystkiego opowiedzieć, to chyba byłoby nazbyt drastyczne. Musiałbym być wulgarny (śmiech). Powiem poważnie: to była ciężka aktorska robota. Pamiętam, jak strasznie męczyłem się ze scenariuszem. Dzwoniłem non stop do Londynu, żeby przysłali mi kogoś, kto pomógłby mi uporać się z dialogami. Nie miałem obok siebie nikogo znajomego. Dzięki Bogu w końcu producent zatrudnił w "Kaliguli" Helen Mirren, która stała się moim oparciem. Całkiem dobrze się już wtedy znaliśmy. Ja załatwiłem jej dobry kontrakt. Teraz ona może załatwiać moje sprawy finansowe. Ona jest świetną, genialną wręcz aktorką i zasługuje na jeszcze większe uznanie.

Trudno o większe, za "Królową" dostała chyba wszystkie możliwe nagrody filmowe.

Patrzę na jej karierę z radością, bo przecież ona ma 60 lat, a w tym wieku aktorki teoretycznie nie mają szans zostać gwiazdami. A ona powoli właśnie się nią staje.

Na planie pojawił się także sir John Gielgud, prawdziwa legenda aktorstwa.

Niezwykle dużo się od niego nauczyłem. To był i jest nadal mój wzór. Każdy z aktorów grających w "Kaliguli" wiedział, że John był gejem, nie widzę w tym rzecz jasna nic złego, ale było dużo zabawy na planie, bo widok masy nagich chłopaków doprowadzał go do szaleństwa. Pamiętam jak kiedyś powiedział do mnie: "Byłeś na planie? W życiu nie widziałem na raz tylu nagich ciał". I to prawda, bo na planie była rozebrana do rosołu cała włoska armia. Pytaliśmy reżysera: "Tinto, to ma być armia?". A on na to ryczał: "Tak, muszę mieć jaja! Jaja i penisy". Z drugiej strony Brass ścierał się nieustannie z producentem, który uważał, że aktorki na planie nie są wystarczająco ładne. Gdy Guccione zarządził, że część scen trzeba z tego powodu nakręcić od nowa, Tinto zaczął krzyczeć: "To jest Rzym taki jak u Felliniego! Tam nie mieszkali wyłącznie ładni ludzie!". Tak przez cały czas wyglądała praca przy "Kaliguli". Dzisiaj wspominam to ze śmiechem, ale wtedy dochodziło do naprawdę niezręcznych i nieciekawych sytuacji. Wówczas starałem się nie myśleć za dużo, tylko robić to, co mi kazali. A staram się zapamiętać tylko to, co było faktycznie wartościowe.

"Kaligula" był w twojej karierze momentem przełomowym?

Tak, niedawno rozmawiałem z producentem filmu "Das Boot" i on stwierdził nagle, że zagrałem w jego ulubionym filmie. Pomyślałem sobie, że to pewnie film "Jeżeli..." Lindsaya Andersona, a on dodaje: "To »Kaligula«". Ja na to: "Cooo? O rany, uszczęśliwiłeś mnie do końca życia". W sumie do pewnego momentu nie wiedziałem, że nakręciłem tak istotny film. Teraz już wiem, że ma on jednak wielkie znaczenie.

Zawsze lubiłeś role kontrowersyjne, buntownicze. Wspomniałeś przed chwilą "Jeżeli..."

Ze światem wadziłem się przez cały czas swojej kariery. Pamiętam swoją pracę nad "Graczem" Roberta Altmana. W pewnym momencie dowiedziałem się, że za plecami obgaduje mnie jeden z szefów wytwórni filmowej. Podczas pokazu podszedłem do niego, poprosiłem na bok i choć on był wtedy milutki, ściskał mi dłoń etc., powiedziałem mu: "Jeśli jeszcze kiedyś będziesz chciał mnie obsmarować, to nie rób tego do kogoś innego, tylko powiedz mi to w twarz". On zbladł, zaczął się trząść i w sumie tym zamknąłem sobie drogę do kariery na następnych pięć lat, bo on był szefem wytwórni United Artist, Universal i Columbia.

To był twój najgorszy krok zawodowy w życiu?

Załatwiłem się na cacy. Ależ byłem idiotą (śmiech).

Podobno dostałeś ostatnio propozycję zagrania w musicalu?

Głos mam niezły. I faktycznie dostałem taką propozycję. Autorem tego musicalu jest wokalista grupy AC/DC Brian Johnson. Gdy go spotkałem, on zagadał do mnie tym swoim charakterystycznym australijskim akcentem: "Wisz, stary, mam dla ciebie supermusikol, stary... To »Helena Trojańska«, a ty w nim zagrasz Zeusa". Śmiałem się strasznie. Zapytałem tylko znajomych, czy mają jakiegoś tłumacza. Ale poważnie: Brian napisał dla mnie naprawdę fantastyczną piosenkę "Its Good To Be God". Kiedy miałem 11 lat, śpiewałem w szkolnych musicalach i w tym momencie propozycja Briana zamyka pewien cykl w moim życiu.