Pół roku temu spotkałem obecnego właściciela Bazyliszka i opowiedziałem mu tę historię. Uśmiał się serdecznie i oczywiście nie kazał nam płacić za zjedzone przed laty zupy, tylko całą naszą czwórkę zaprosił na obiad.

Takie właśnie były lata moich studiów. W akademiku przy Krakowskim Przedmieściu, gdzie mieszkałem, było fantastycznie. Koledzy, balangi, piękne koleżanki. Ale klepaliśmy tam straszną biedę. Kiedy dostaliśmy stypendium, to się zapłaciło za bursę, dwa dni się pochodziło z koleżankami do Fukiera - i po pieniądzach.

Kiedyś wpadłem nawet na pomysł, by iść do sklepu spożywczego i patrząc na jedzenie, wyobrazić sobie, że jemy te kiełbasy, parówki, bułki. W końcu od czego aktor ma wyobraźnię? Ale od takiego patrzenia byliśmy tylko bardziej głodni.

Na darmowe zupki chodziliśmy do baru mlecznego. Utalentowani plastycznie koledzy z ASP podrabiali numerki na kartach żywieniowych (to były takie bony na bezpłatne posiłki) i jakoś dało się przetrwać do następnego dnia. Ale czasami nie było nawet tych podrobionych kartek i chodziliśmy po prostu głodni.



Jak to się stało, że poszedłem do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie? W mojej rodzinie zawsze liczyły się konkretne zawody: inżynier, adwokat. A artysta? To taka odmiana wariata. Tymczasem ja od dziecka miałem wyczucie rytmu i dryg do muzyki. Kiedy nie udała mi się przygoda z zespołem Śląsk (kiedy jako nastolatek pracowałem w kopalni, poszedłem tam na eliminacje, ale się nie dostałem), zdałem egzamin do zespołu pieśni i tańca Skolimów.

Teraz to brzmi śmiesznie, ale wtedy te zespoły wykonujące ludową muzykę cieszyły się niebywałą popularnością. Po paru dniach od egzaminu dostałem wiadomość, że ten zespół został rozwiązany. Znowu nici z moich planów. I wtedy jeden ze znajomych z Lublina namówił mnie, bym poszedł do muzycznej szkoły średniej w Warszawie.

W roku 1955 dostałem się do klasy oboju. Dlaczego oboju? Bo na nim grało się podobnie jak na saksofonie. A ja strasznie chciałem grać na saksofonie. Tylko że był wtedy zakazany, jako imperialistyczny wytwór, podobnie jak coca-cola. A obój socjalizmowi nie zagrażał.

Pamiętam, że opiekun mojej klasy, profesor Złamaniec, pokładał we mnie wielkie nadzieje. I ja nawet chciałem te nadzieje spełnić. Ale w akademiku przy Krakowskim Przedmieściu, gdzie mieszkałem, zaprzyjaźniłem się z chłopakami ze szkoły teatralnej, Marianem Kociniakiem i Andrzejem Gawrońskim. Pewnego dnia Kociniak mi powiedział: "Co tam będziesz w tę rurkę dmuchał. Ty jesteś zgrywus, chodź do nas". No i w roku 1956 poszedłem do szkoły teatralnej. Polska muzyka nic nie straciła.

Do egzaminu podszedłem na luzie. Jest tam zawsze do odegrania taka mała etiuda aktorska. Przed profesor Hanką Bielicką i profesorem Kazimierzem Rudzkim mieliśmy wykonać scenkę: jest pożar, człowiek siedzi w domu, no i jakoś musi zareagować. Odgrywaliśmy to w salce na parterze. Jedna osoba udawała, że szuka wody, ktoś inny sypał piaskiem, trzeci dzwonił po straż. A ja wpadłem na pomysł, by po prostu uciec z tego "płonącego mieszkania". I wyszedłem przez okno. Obszedłem podwórko, wróciłem głównym wejściem od Miodowej. Tym ich kupiłem - u pani Bielickiej i pana Rudzkiego zawsze już miałem fory.

Szczególne względy miałem jednak zawsze u Ludwika Sempolińskiego. Może dlatego, że państwo Sempolińscy nie mieli dzieci? On mnie otaczał opieką i duchową, i zawodową. Nie chcę nikogo urazić, ale dziś już takich profesorów nie ma. Tam zresztą było wielu wspaniałych profesorów - Kazimierz Rudzki, Aleksander Bardini, Zofia Małynicz, Jan Świderski. Ich asystentami byli Zofia Mrozowska czy Mietek Czechowicz. Przy takich ludziach po prostu nietaktem było czegoś nie umieć. Nawet jak poprzedniego dnia balowało się do upadłego.