ROBERT MAZUREK: Rozmawiam z Adamem Nowakiem, kelnerem dyplomowanym.

ADAM NOWAK*: Dyplomowanym technikiem żywienia zbiorowego, ale wcześniej skończyłem zawodówkę gastronomiczną i dorabiałem jako kelner. Niedawno raz mi się to przyśniło i był to czarny sen. Wykonywałem też wiele innych zajęć. Życiorys jest jak ogon. Nigdy nie wiadomo, kto nam go przytrzaśnie.

To co wy, Nowak, ze szkoły wynieśliście?

My z Nowakiem wynieśliśmy różne nauki ze szkół. Umiem dodawać i odejmować, napisać wypracowanie, wiersz, sformułować zdanie podrzędnie złożone.

Tak? To spróbujmy sformułować jakieś.

A po co? Umiem na przykład elegancko nakryć stół i ułożyć sztućce, choć rzadko zajmuję się tym w domu, ale uczę dzieci, w jakiej odległości od krawędzi stołu powinien stać talerz.

Trzeba było zawodówki, by się tego nauczyć?

Zawodówkę wymyśliłem, bo liczyłem, że da mi samodzielność, na której mi zależało. Zawsze chciałem być autonomiczny i źle znosiłem wszelkie ograniczenia. Najpierw poszedłem do ogólniaka, ale po roku wywalono mnie z niego z hukiem.

Za brak postępów?

Miałem dużo nieobecności.

Żulerka czy intelektualizm?

Intelektualna żulerka (śmiech).

Tak, to by każdy chciał! Wykoleić się jak Josif Brodski, a potem jeszcze zostać noblistą.

Nie chciałem się wykoleić, tylko odejść z liceum, bo to nie był mój wybór, tylko rodziców. Oni z trudem zaakceptowali zawodówkę, ale to była przynajmniej moja decyzja. Nie myślałem o tym, co będę robić w przyszłości, raczej cieszyło mnie, że mogę się szybko usamodzielnić, wyprowadzić z domu, zarabiać na siebie.

Co, oprócz palenia papierosów, robił pan w szkole?

Dobrze się bawiłem. Sięgałem po książki, bardzo dużo wtedy czytałem. Nie bardzo pasowałem do tej szkoły.

A po maturze…

…którą zrobiłem w wieku 24 lat, co było spowodowane przeciąganiem wszystkiego, byle uciec przed wojskiem, poszedłem na WSP do Zielonej Góry. Dyplomu nie zrobiłem.

I biedne dzieci muszą w rubryce "wykształcenie ojca" pisać: średnie.

Wpisują w rubrykę zawód, który wykonuję.

Jest pan, niestety, lubiany.

Niestety, bywam lubiany. Znam też na szczęście paru, którzy mnie nie lubią, według prawideł proporcji. Lubię wielu ludzi, sporadycznie kogoś nie cierpię. Poza tym można powiedzieć, że jesteśmy dość popularni. W przedziale "nieznany - gwiazda" jesteśmy właśnie "dość". Bywa, że mnie policjanci zatrzymują, ale i oni mnie rozpoznają.

Duża rzecz. Z drugiej strony nie można się upić publicznie.

Zdarza mi się, choć bardzo rzadko, bo bardzo nie lubię tego stanu. I bardzo nie lubię poranków. A jak już mi się przydarzy kac, to staram się go przeżyć z godnością i nie piję tego dnia. Pijam tylko po zachodzie słońca, szkoda dnia.

Dobrze, że zimą wcześnie zapada zmrok.

Jest pewna sprawiedliwość na świecie. Latem trzeba na wychylenie kieliszka poczekać dłużej.

Skoro odniósł pan sukces finansowy, to jest to single malt whisky?

Nie, lubię wódkę luksusową. Lubię alkohole z różnych półek. O wyrazistym smaku.

Oprócz kawy i papierosów ma pan jeszcze jakieś nałogi?

Nie, zdecydowanie te dwa. Głównie jednak jestem nikotynistą.

"Gazeta Wyborcza" nazwała pana kiedyś ideologiem skinowskim.

Na początku lat 90. któraś ze światłych pań dziennikarek, usłyszawszy: "Jestem Polakiem, mam na to papier…", uznała nas za skinów. Tymczasem sens tych słów był zupełnie inny. Skinami nigdy nie byliśmy, ale mamy korzenie kontrkulturowe. I kontrkulturalne (śmiech). Ale to było piętnaście lat temu...

I kabaretowe.

Tak, mam taki epizod w życiu. Występowałem w kabarecie "Drugi garnitur" i "Potem". I w kilku innych formacjach odurzających.

Ale znany stał się pan z Raz, Dwa, Trzy, a nie z kabaretu.

Tak, w 1990 roku wygraliśmy Studencki Festiwal Piosenki w Krakowie.

Bardzo specyficznie chwaliliście się na płytach.

Jacek Kaczmarski, który został poproszony o napisanie kilku słów na okładkę naszej pierwszej płyty, przyznał, że podoba mu się, ale nie wszystko. I ja go rozumiem, bo jak dziś jej słucham, to też mi się nie wszystko podoba. Z kolei Wojtek Waglewski na kolejnej płycie napisał, że podoba mu się, że gramy zespołowo, i docenia fakt, iż nie gramy solówek (śmiech).

Dawał delikatnie do zrozumienia, że nie jesteście wirtuozami.

Bo nie jesteśmy, gramy drużynowo.

Jak u Beenhakkera?

Ebi Smolarek jest wirtuozem, prawda?

Pan jest Ebim Smolarkiem w Raz, Dwa, Trzy?

Nie, piszę teksty i komponuję część muzyki, ale jakby koledzy chcieli, to mogliby mnie zwolnić. Nie jestem właścicielem zespołu. Jestem jedną z jego twarzy. Piszę słowa piosenek i śpiewam je głosem z akompaniamentem muzyki.

Głosem szkolonym?

Głównie przez samego siebie, choć na początku wziąłem w Zielonej Górze kilka lekcji śpiewu. Nauczyciel uświadomił mi, że śpiewać może każdy, jeżeli ma odrobinę słuchu i wyczucia frazy

Ostatnio nie chce się panu pisać tekstów. Jedna płyta z Osiecką, druga z Młynarskim.

Piszę własne teksty, ale na razie nie znaleźliśmy maszyny muzycznej, z której byłbym zadowolony

Nic z tego nie rozumiem. Jak widać, nie tylko teksty ma pan enigmatyczne.

Są nowe piosenki, ale nie wszystko w nich wygląda tak, jak chciałbym, by wyglądało, więc możemy poczekać z wydaniem płyty. Zresztą ważniejsze niż nagrywanie płyt są dla mnie koncerty. To jest bardziej interesujące. I spontaniczne.

Zwykle ucieka pan w ironię, ale w "Trudno nie wierzyć w nic" odkrył się pan.

Być może, choć generalnie uważam, że tak zwane szczere wyznanie w tekście jest mało zajmujące. Myślę, że trzeba mieć niezwykle ciekawy życiorys, by móc o nim opowiadać, jakby to była literatura. Ja nie mam takiego życiorysu i nie chcę go mieć. Nie chcę opowiadać o wydarzeniach ze swojego życia.

Siłą rzeczy opowiada pan o sobie. Kiedy śpiewa pan o miłości…

Ale ja nie śpiewam o miłości. Raz popełniłem utwór "Tak, bo między nami", dotyczący relacji damsko-męskich z elementami autobiograficznymi. To było na pierwszej płycie i nie mam zamiaru zdradzać, kogo dotyczyło i kiedy się działo. Wydarzenia z mojego życia traktuję jako przyczynek do rozważenia, a nie materiał literacki, choć jeśli ktoś ma odrobinę inteligencji i wrażliwości, to potrafi sobie stworzyć portret psychologiczny artysty.

Akurat zarówno inteligencji, jak i wrażliwości mi brak, więc muszę podrążyć. Pan jest człowiekiem religijnym?

Jestem człowiekiem wierzącym. Religijny jestem szczególnie wtedy, kiedy chcę poprosić Pana Boga o przysługę dla kogoś innego. Ale ja się nie zmagam z Panem Bogiem, tylko ze sobą, z nieumiejętnością realizacji tego, co Bóg dla mnie, dla nas wymyślił.

Czyta pan Pismo Święte, czy tak się tylko panu zrymowało do tekstu?

Czytam, oczywiście. Napisałem o tym w jednej z piosenek nie dlatego, że przypadkiem spojrzałem na półkę i zawiesiłem oko na Biblii, ale dlatego, że to wynik mojej lektury Pisma Świętego i jego komentatorów. Z nich najważniejszy jest dla mnie Eckhart.

Zaraz mi pan powie, że czyta go w oryginale.

Nie w oryginale, ale czytuję.

Skoro mistrz Eckhart, to może jeszcze Jan Tauler i Henryk Suzo?

Nie, zdecydowanie Eckhart z ważną dla mnie myślą, że nasza miłość do Boga zastępuje nam samego Boga. Bardziej kochamy naszą miłość do Boga niż samego Boga. Tylko skąd wiedzieć, że nie kocha się swojej miłości, lecz Boga?

I jak na to pytanie odpowiada Adam Nowak?

Znam tylko jedną odpowiedź, że jeśli człowiek całkowicie odda się Bogu i poświęci jego zamysłom, to już chyba nie musi się nad tym zastanawiać. Trzeba próbować do Boga przylgnąć.

I pan tak zaufał Bogu?

Nie, i dlatego piszę piosenki o tym, że nie umiem. Ale chciałbym.

Wróćmy do Biblii. Śpiewa pan, że są w niej "rzeczy niepojęte". Niepojęte, bo tak tajemnicze, czy dlatego, że się pan z nimi zmaga?

Są rzeczy niepojęte, bo są tajemnicą, i są też rzeczy tak proste, że aż nie wierzymy, że mogą być tak proste. Są w Piśmie Świętym rzeczy niesłychanie radykalne. Weźmy jedno z przykazań: nie kradnij. Nie ma tu warunków, że "zasadniczo nie kradnij, ale...". Po prostu - "nie kradnij". Czy "nie zabijaj" lub "nie będziesz miał cudzych bogów przede mną". I ten radykalizm wydaje się tajemniczy, bo jest trudny do wykonania. Gdyby udało nam się żyć tak radykalnie, to patrzylibyśmy na świat innymi oczyma, bo świat by się zmienił. A świat się zmienia wtedy, kiedy my się zmieniamy, nie odwrotnie. Najpierw to ja muszę się zmienić. Podobno każdy może.

Pan to przeżył?

Przeżywam to cały czas, to nie jest zjawisko, które się wydarza raz w życiu, choć oczywiście są i tacy, którym dany jest taki jednorazowy akt. Ja zaliczam się jednak do tych, dla których to proces

Modli się pan?

Modlę się.

Pan jesteś kryptokatolik.

Dlaczego krypto? Jestem jawnym chrześcijaninem. Rzeczywiście śpiewam piosenki i jestem chrześcijaninem, ale nie są to piosenki chrześcijańskie.

Są.

Nie, to są tylko rozważania.

Rozumiem, że wzbrania się pan, bo nie chce trafić do szufladki "artysta katolicki".

Nie chcę się zaszufladkować, to oczywiste. Nie jestem artystą katolickim, bo nie tworzę z pozycji teologii. Pojęcie "artysta katolicki" zatraciło swe znaczenie. To nie jest piosenkarz śpiewający piosenkę z użyciem słowa Bóg. To raczej ktoś, kto składa swój talent i życie w służbie Boga. Szufladkowanie ułatwia, ale przecież nie chodzi o to, żeby było łatwiej.

Modli się pan z dziećmi, czyta im Biblię?

Tak. Jak w normalnej rodzinie. Chodzimy też do kościoła, choć nie zawsze odbywa się to na zasadzie pełnej dobrowolności (śmiech).

Pańskiej? Rozumiem, że dzieci pana zmuszają.

Nie wszystkie w równym stopniu i zawsze mają ochotę iść do kościoła. Dzieci w 2007 roku trzeba zainteresować. One są do tego przyzwyczajone, bo wszystko tworzy się dzisiaj po to, by kogoś przyciągnąć, a skądinąd jest bardzo niewielu księży kompetentnych do pracy z dziećmi. Jeśli rodzice przygotowują się do przyjścia na świat nowego człowieka i kupują wózek, łóżeczko, to mądry proboszcz też przygotuje się na przybycie dzieci i poświęci im część niedzieli, organizując poetykę tego spotkania w sposób komunikatywny dla dzieci.

Udaje się panu trafić na takich mądrych proboszczów?

W toruńskim kościele paulinów były świetnie przygotowane msze dla dzieciaków z krótkimi inscenizacjami teatralnymi, metaforami dla nich. To bardzo trudne, bo nigdy nie wiadomo, czym się dziecko zainteresuje. Byliśmy kiedyś ze starszym synem w kościele, w którym anielskim głosem śpiewała kobieta. Kiedy przestała, nasz trzyletni wówczas syn powiedział na cały kościół: "Ja chcę zobaczyć głos".

Ma pan czwórkę dzieci.

Od pięciu do czternastu lat. I tę samą od lat żonę, z wykształcenia aktorkę, która prowadzi w szkole w Toruniu, gdzie mieszkamy, zajęcia teatralne. W domu mamy pełny przekrój: od przedszkolaka podekscytowanego przyjściem Świętego Mikołaja do dorastającej panny.

Jak to jest?

Pięknie trudno. I warto mieć dużo dzieci, bo są samoistne zjawiska, które tylko w wielodzietnej rodzinie następują, różne relacje między rodzicami a dziećmi, między nimi samymi.

A nie ma się mniej czasu dla konkretnego dziecka?

Nie, bo więcej dzieje się w grupie. Taka ekonomia rodziny to zła ekonomia, bo wtedy najlepszy byłby układ z jednym dzieckiem i naszym pełnym zaangażowaniem. Tylko że mielibyśmy wtedy układ dwoje na jednego, najbardziej niesprawiedliwy i niedobry dla samego dziecka i jego rodziców. Najsprawiedliwiej jest cztery, pięć, sześć, dziesięć na dwóch. Wtedy rodzic jest przewodnikiem dużej grupy i sam jest przez tę grupę wspierany ogromną dawką miłości. Ale mówimy tu o wyborze posiadania jednego dziecka, a nie o przymusie.

Ludzie boją się posiadania wielu dzieci.

Bo nie rozumieją, nie doświadczyli tego, jak nieprawdopodobną sprawą jest ten ogrom miłości, która rozsadza dom. To z niej czerpie się siły do zmagania z normalnymi, codziennymi kłopotami

Jakie jest pańskie ojcostwo?

Mam pretensje do siebie i uważam, że jestem złym ojcem, bo mnie za często nie ma w domu. A z drugiej strony jestem dobrym ojcem, bo kocham dzieci i staram się zapewnić im dobre warunki życia. I pewnie więcej jest tego pierwszego, bo dla dzieci najważniejszy jest poświęcany im czas. Ich zupełnie nie interesuje kim jest ojciec: inżynierem, roznosicielem mleka, kelnerem, piosenkarzem. Ma być w ważnych dla nich momentach, by ich wspierać, pomagać, pokazywać świat.

Dzieciaki nie szpanują ojcem piosenkarzem?

Eee, nie, są bardzo mądre i wiedzą, co z tym zrobić. Radzą sobie.

Jak się pan przygotowuje do świąt? I nie chodzi mi o karpia i choinkę.

Ale każda czynność, która ma przygotować nas do świąt, począwszy od kupna karpia, przez sprzątanie i ubieranie choinki, jest ważna. Kupowanie prezentów, jeśli spowodowane jest myśleniem o innych, których chce się obdarować radością z narodzin Chrystusa, może być wartością tych świąt. Cały problem polega na tym, by w przygotowaniu do świąt zachować tę proporcję.

Tylko jak to zrobić? Co roku obiecujemy sobie, że nie damy się zapędzić w kierat, a potem wściekli, zapracowani kłócimy się z rodziną.

Ha, trzeba się starać. Tu z pomocą mogą nam przyjść obowiązki, które są elementem tradycji. Ale przecież nie ma obowiązku zakazującego wyjazdu na święta, spędzenia ich samemu. Jest wskazane spędzanie świąt z kimś, kto nie może do nas przybyć, ale chciałby być dla nas ważny. Myślę tu o starych i chorych rodzicach. Jak wyglądają święta, gdy żona i mąż spędzają czas w pięknie wysprzątanym domu, przy imponującej choince, ze stołem zastawionym dwunastoma potrawami, jeśli gdzieś tam, w innym mieście, do samotnej wigilii zasiada samotny dziadek lub babcia?

Nie zawsze mamy tyle siły na kontakty z męczącą często rodziną.

Jeśli przy świętach nie powiemy sobie, że ważniejsze od przygotowań jest spotkanie z ludźmi, to zawsze będziemy piekli cudowne ciasta i gotowali najsmaczniejsze ryby, które będziemy zjadali samotnie w towarzystwie innych. Lepszy jest gorszy barszcz w towarzystwie, które kipi spontanicznością i akceptacją. Naprawdę. Lepiej smakuje.

Nie robi się nam słodka rodzinna atmosfera?

To nie o atmosferę chodzi. Można psiknąć cynamonowym sprayem i będzie "wigilia"... Istotą, osią świąt jest wspólnota, która zbiera się wokół aktu narodzin Jezusa. Dziwnie pan na mnie patrzy. Brzmi źle w 2007 roku?

Brzmi bardzo dobrze.

Brzmi niebezpiecznie dobrze. I niech tak zostanie.