Cezary Polak: Niedawno nakręciłeś swoje najnowsze dzieło pt. "Film" z hollywoodzkim gwiazdorem Judem Lawem. Zamieszanie w mediach z tego powodu było wielkie. O czym chciałeś opowiedzieć?
Paweł Althamer: Obszar dyskusji poszerza się w momencie, kiedy do udziału zaprasza się rozpoznawalną postać. Chciałem opowiedzieć o iluminacji. W moim przypadku był to stan przesilenia - leżałem w łóżku i myślałem o kolejnym projekcie: rzeźba czy instalacja? Nagle uświadomiłem sobie, że to, co chcę zrobić, już zostało wymyślone, mój film "idzie” i ja tylko się do niego dostroiłem. Pomyślałem o "Ekstazie św. Teresy”, przeżyciu mistycznym, którego wyrazem jest rzeźba Berniniego. Zacząłem zastanawiać się, jak zamanifestować to przeżycie w moim projekcie? Zdecydowałem się sięgnąć do arsenału tradycyjnych środków ekspresji filmowej i teatralnej i wykorzystać je tak, żeby były przekroczeniem, zacierały granice między sztuką a życiem.

Jeśli "Film” jest wyrazem iluminacji, to kto jest reżyserem?
Idąc tropem "Ekstazy św. Teresy”, to Bóg. Ale w moim przypadku to ja przywłaszczyłem sobie boską moc dyrektora. No bo zacząłem się zastanawiać, czy jako twórca mam jakieś ograniczenia? Nie znalazłem żadnych poza trudnością w komunikacji między ludźmi. Dlatego właśnie, żeby rzecz uprościć i mówić zrozumiale, użyłem struktury filmu, ale w wersji otwartej. Nie trzeba pisać scenariusza, budować sceny czy scenografii, bo one już istnieją. Jest moja historia, mój film, wystarczy to opowiedzieć. Osoby zaproszone do udziału w przedsięwzięciu otrzymały prosty przekaz: "Bądź tu i teraz, otwieraj się, szukaj, zauważ siebie w tym konkretnym czasie i miejscu”. To był jedyny możliwy sposób na kreatywne uczestnictwo w projekcie. Po doniesieniach medialnych o moim projekcie w "Gazecie Wyborczej” ukazał się interesujący polemiczny artykuł, w którym znalazłem piękne określenie moich działań "woda w wodzie”. Otóż ja właśnie chciałem zrobić wodę w wodzie, uświadomić sobie, czym jest żywioł, w którym jesteśmy zanurzeni. Chciałem się poczuć jak ryba w wodzie.

Autor tego tekstu Tadeusz Nyczek zarzuca panu działanie pod publikę i pyta dlaczego Londyn, a nie Kielce lub Rzeszów? No właśnie, dlaczego?
Bo Londyn sam się włączył w scenariusz. Tate Modern Gallery kupiła scenariusz, pomysł realizacji filmu i zaproponowała zrobienie tego nad Tamizą. Założenie było takie, że to może się rozgrywać gdziekolwiek.

A Jude’a Lawa mógłby ktoś zastąpić?
Jude Law jest gwiazdą kina, a ja nie chciałem, żeby ten film był niszowy tak jak inne moje projekty. Chciałem, żeby to był rodzaj obwieszczania z fanfarami, które ludzie usłyszą. Do uczytelnienia tego przekazu potrzebny był ktoś ze świata gwiazd.

Jak przekonałeś hollywoodzkiego gwiazdora do uczestnictwa swoim projekcie? Negocjowała galeria. Ponoć Jude zareagował na propozycję z wielkim entuzjazmem i od razu się zgodził. Pokazałem mu zwiastuny moich realizacji i streściłem koncepcję. Powiedziałem, że chodzi o to, żeby zagrał samego siebie. Jude powiedział, że pomysł bardzo mu się podoba i udział w moim performance będzie dla niego najciekawszą przygodą z aktorstwem.

Stałeś za kamerą?
Umowa z Tate była taka, że oni sami to nakręcą. I dla nich, i dla mnie było to ciekawe wyzwanie. Chodziło o to, na ile pomysł artysty ze Wschodu będzie przetłumaczalny i do zrealizowania przez inną ekipę - mentalnie, społecznie i artystycznie. Bo wynajęto filmowców, którzy się sztuką współczesną w sensie rzeźby, malarstwa czy instalacji wcześniej nie zajmowali. Oczywiście spędziłem sporo czasu na rozmowach z reżyserem. Na planie byłem gościnnie.

Kilkanaście lat temu polski artysta nie miałby szans na angaż hollywoodzkiego gwiazdora do swojego projektu. Tymczasem u ciebie zagrał już drugi topowy aktor. Wcześniej zrobiłeś film z Peterem Fondą. Prace twoje, Sasnala, Uklańskiego czy Libery mają w swoich kolekcjach najważniejsze muzea sztuki współczesnej. Polska sztuka zaczyna być doceniana na świecie. Co się stało?
Myślę, że polscy artyści uwierzyli, że podążanie za marzeniami jest jak najbardziej wskazane. Przeszliśmy proces pracy z samym sobą, osiągnęliśmy samoświadomość, że to, kim jesteśmy, tu i teraz, jest najzupełniej OK. Pozbyliśmy się kompleksu ubogich braci ze Wschodu. Mnie pomogły podróże. Z dystansu Afryki odkryłem siebie jako atrakcyjnego, wschodnioeuropejskiego artystę. Mówię to też trochę ironicznie, bo dopiero tam zrozumiałem, jak niesłychanie istotne jest znalezienie swojego miejsca na ziemi, i że to, gdzie jesteśmy, nie jest przypadkowe. Artyści, o których mówisz, uzyskali śmiałość, pozbyli się kompleksu, że są z niewłaściwej części świata. To się uzewnętrznia w tym, co robią.

A dlaczego Zachód nie odkrył polskich artystów starszego pokolenia, jak na przykład Andrzeja Wróblewskiego? Przeszkodziła żelazna kurtyna?
Wtedy był zupełnie inny obieg informacji. Poza tym oni byli pionierami, a dziś szlak już jest przetarty. Dziś artyści mają wsparcie - galerii, znawców, a nawet wyznawców. To silny system, który - jak się okazało - nie odbiera entuzjazmu, nie czyni zgorzkniałym. Wręcz przeciwnie - cieszę się, że mogę korzystać z życia, realizować własne szalone projekty i przy wsparciu - wydawałoby się - nieszalonych ludzi i instytucji.

Mówisz o tym w kontekście polskim?
Mówię o "nowych artystach”, którzy wywodzą się z tak zwanego "bloku wschodniego”. Myśmy mieli świetną sytuację. Twórczość wyzwalała u nas determinację, to była wymuszona praca ze światem. Chcąc być wolni w naszych realiach musieliśmy być wojownikami tak w sensie duchowym, jak i materialnym. Bardzo wielu starszych kolegów w czasach PRL skupiało się na swoich projektach i żyło w fatalnej sytuacji ekonomicznej. Nieliczni kuratorzy i marszandzi nie byli w stanie ich wesprzeć

Ty, Sasnal i inni trzydziesto-, czterdziestolatkowie, którymi zachwyca się dziś świat, też zaznaliście PRL.
I wspaniale. Porażka jest wartością, daje nam siłę. Już pierwsze moje podróże na tak zwany Zachód uświadomiły mi: "O rany! Ja to mam motywację! Ja to mam sąsiadów! Ja to mam inspirację!”. W mojej tradycji była sztuka przetrwania, a nie jakieś pogubione igraszki artystów z porno. Nie miałem dylematów, czy obraz powiesić bardziej w prawo czy w lewo. Trzeba było przede wszystkim pomalować pokój albo zdobyć farby czy pędzle. To już był projekt sam w sobie. Częściej niż koledzy na Zachodzie, którzy od rodziców dostawali sztalugi, komplet farb i pędzle, a potem mieli galerie, które czekały na ich prace, zadawaliśmy sobie bardzo ważne pytania: "Po co? Dlaczego? Ku czemu?”

Lubisz malarstwo Sasnala?

Podoba mi się u Willego pewna przewrotność uprawiania tradycyjnej dziedziny sztuki, bo przecież za każdym razem jest u niego constans zagruntowanego płótna i ram. Nie przyglądam się, czy jego obraz jest dobry czy zły, fascynuje mnie jego postawa. Nigdy nie był kopistą, nie próbował wejść w świat sztuki za wszelką cenę. Świat na to reaguje. Wierzę w rodzaj intuicyjnej komunikacji, który uwydatniają artyści, co powoduje, że racjonalne miesza się z niezwykłym. Malujący obrazy w Tarnowie Sasnal staje się światowej sławy artystą, a Jude Law godzi się zagrać w moim filmie.

Od kilku lat uprawiasz kendo. Co odnajdujesz w treningach obcej nam kulturowo sztuki walki?
Mam ciało i jest to doskonała metoda, żeby z nim pracować. Uchodzę za spokojnego człowieka, ale w środku się we mnie kotłuje. Kendo to metoda walki, samodoskonalenia bez zadawania cierpień przeciwnikom. To także sposób na kanalizowanie emocji, wyzwanie, żeby poznać, ile jest jeszcze we mnie bloków i spięć. Doświadczam porażek, bo każde zaniedbanie w ćwiczeniach ma konsekwencje, co pokazuje, jak ważny jest warsztat. Można powiedzieć, że moim sukcesom w sztuce odpowiadają porażki w kendo (śmiech). Bycie najlepszym, a zarazem najgorszym dobrze mnie nastraja.

Podobno pracujesz nad inscenizacją mszy? Co to za projekt?
Myślę o stworzeniu własnego wizerunku mszy. Mszy jako grupowego doświadczenia mistycznego, bazującego na tradycyjnym nabożeństwie chrześcijańskim, ale także na moich osobistych doświadczeniach. W mojej mszy byłoby więcej miejsca na radość, na olśnienia, na wolność. Chciałbym, żeby to było wydarzenie na styku tradycyjnego nabożeństwa, performance’u i koncertu rockowego. Mogłoby mieć charakter mszy polowej. To bardzo piękne - nabożeństwo pod sklepieniem niebieskim. Pozostaje pytanie, kto poprowadziłby celebrację - duchowny czy aktor? Kapłan czy artysta, didżej, gwiazda mediów?

Nie obawiasz się oskarżeń o świętokradztwo?
Moja msza mogłaby sprowokować wiele pytań o to, czym jest sacrum, świętokradztwo. Ale czy w ogóle w przypadku sztuki coś takiego istnieje? Czuję się zainspirowany naszą rozmową, może właśnie nadszedł odpowiedni moment na ten projekt? Wiosna to dobry czas. Jeśli chodzi o miejsce, to myślę o Bródnie, moim osiedlu, gdzie kościołów wiele, ale piękny jest tylko jeden - Park Bródnowski. Ja go wielokrotnie nazywałem "bródnowskim rajem”. Nie zamierzam nikogo obrażać - to będzie msza radości.