W dawnych latach miałam dwie namiętności, do których długo nie wracałam. Stały sobie na półce i wystarczyło mi czasem spojrzeć na okładki, żeby się uśmiechnąć do swoich wspomnień. Byłam taka zajęta, tyle nowości do przeczytania, wywiadów do przeprowadzenia, kto by miał czas na stare miłości. Aż w końcu ci poeci sami do mnie przyszli - pod postacią nowych polskich przekładów Adama Pomorskiego, które właśnie się ukazały i które czytałam po pracy. Stara namiętność została usprawiedliwiona obowiązkiem, mogłam więc spokojnie otworzyć "W moim początku jest mój kres" T.S. Eliota oraz "Drogą wszystkiej ziemi" Anny Achmatowej. Jak by powiedział Marquez, wielkie namiętności same nas w końcu znajdują, nawet kiedy ich nie szukamy.

Przypomniałam sobie, jak pokochałam Eliota od pierwszej minuty, kiedy nauczyciel angielskiego w siódmej klasie przeczytał mi fragment "Ziemi jałowej". Miałam czternaście lat, prawie nic nie rozumiałam z tego wyrafinowanego poematu. Dlaczego kwiecień miałby być najokrutniejszym miesiącem? Co znaczą te wtręty z obcych języków? Jakie znowu ciało pochowane w ogrodzie? Nie rozumiejąc, nagrałam jednak cały poemat na kasetę i słuchałam go sobie w chwilach nastoletniej egzaltacji. Potem namiętność do Eliota wróciła, kiedy studiowałam w amerykańskim college’u i na zajęciach z literatury czytaliśmy inny jego poemat - "Śpiew miłosny J. Alfreda Prufrocka". Niby słuchałam wyjaśnień nauczycielki, że to rzecz o facecie, który kochał się w dziewczynie i był odrzucany, że miał kompleks niższości i wyższości zarazem etc., ale istotne było dla mnie tylko niemożliwe piękno tych zdań. Miałam dwadzieścia dwa lata, nieudane amory starzejącego się faceta nie były moim problemem, a jednak, nie wiedząc dlaczego, całkowicie się w tych zdaniach odnajdowałam. Nauczyłam się tego wiersza na pamięć i, trenując wówczas bieganie, powtarzałam go sobie w głowie.

To miło w wieku trzydziestu lat na nowo przeżyć swoją młodzieńczą namiętność - myślałam, śledząc wzrokiem te linijki, które Pomorskiemu udało się oddać zdumiewająco pięknie i gładko. Bo jeśli z całą pewnością nie ma piękniejszego zdania w języku angielskim niż: "I have measured out my life with coffee spoons", to i po polsku niewiele znam zdań wspanialszych niż cały ten fragment:

"Bo znam już wszystkie, nadto dobrze znam -
Wszystko wiem o wieczorze, o nocy, o świcie,
Łyżeczkami od kawy odmierzyłem życie;
Znam głos zamierający, ginący, gdy tam,
W dalszym pokoju muzyka. Co robić.
Jakże się na śmiałość zdobyć?"

Co w tym jest takie zachwycające? Nigdy w życiu nie czytałam żadnych studiów poświęconych Eliotowi, nie pisałam na jego temat rozpraw i był on, a raczej bywał dla mnie zawsze tylko chwilową namiętnością, której nawet nie bardzo miałam ochoty analizować, podejrzewając, że zrozumienie może zagrozić niezwykłości tej relacji. Mogę mieć więc jedynie wrażenie, że tym, co mi się tak ogromnie podoba, jest mieszanka powagi i poetyckości z ironią, zestawienie wielkich słów na temat uczuć niszczących życie z salonową prozaicznością - i to zestawienie przejmuje czytającego jakimś niesamowitym smutkiem. A zarazem budzi w nim wzniosłość. Tak, rzecz być może polega na tym, że jeśli możemy poczuć wzniosłość, to nie pomimo ironii i prozaiczności - lecz przeciwnie, właśnie dzięki nim. Zrównoważenie wysokiego niskim chroni wiersz przez przesadną lukrowatością - zrównoważenie niskiego wysokim daje mu głębię. Jest tak, jak powinno być, każde słowo na swoim miejscu, każda linijka otwiera przed nami, że tak powiem, tajemnicę istnienia:

"Cóż zatem, pójdź ze mną
Tam, gdzie wieczór rozpięty pod kopułą ciemną
Jak chory pod eterem na stole;
W zakazane uliczki, gdzie w bezsenne noce
Życie mamroce"

Trzeba się doprawdy bardzo starać, żeby z eseiku o miłości do Eliota nie zrobił się jeden wielki cytat - bo co tu więcej powiedzieć?

No i jeszcze dwa słówka o Achmatowej. Achmatowa to kolejny dowód na istnienie Boga - wiedziałam to od pierwszej chwili, kiedy lata temu przeczytałam (cytuję za przekładem Pomorskiego):

"Stopnie - tylko trzy, tak jak przedtem,
A liczyłabym nadaremno.
Spośród klonów zapytał szeptem
Głos jesieni: »Czy umrzesz ze mną?«"

W najgorszych stalinowskich czasach, ze złamanym sercem, w strachu o aresztowanego syna, ta wrażliwa i mądra kobieta każdym swoim zdaniem dowodziła istnienia Boga, mimo wszystko. Jej wiersze przetłumaczone przez Pomorskiego są natomiast dowodem na istnienie Boga po polsku:

"Padło wreszcie słowo z kamienia,
Żywą pierś mi przytłoczyło głazem.
No cóż, było to do przewidzenia,
Poradzę sobie tym razem.

Tyle dzisiaj spraw załatwić muszę:
Trzeba pamięć zabić całkowicie,
Trzeba w kamień przeobrazić duszę,
Trzeba znów przyswoić sobie życie".

Sami państwo widzą, nie da się więcej na temat mówić. Trzeba by cytować w nieskończoność.