Robert Mazurek: Jak wiele "m" doda pan sobie jeszcze do nazwiska?
Tomasz Kammel: Ja jestem Kammel w oryginale.

Jak się pan urodził, to ile było "m"?
Jedno.

Sorry, to w oryginale jest pan zwyczajny Kamel.
Ale ojciec, gdy się urodził, nazywał się Kammel i wróciliśmy do oryginalnego nazwiska.

Bo fajniej brzmi?
Tata jest Kammel, mój 11-letni brat też jest Kammel, chciałem nazywać się tak samo. Nie było w tym nic z gwiazdorstwa.

Ludzie mogli pomyśleć, że panu odbiło.
Oczywiście, że mogli, ale daj Boże, by gwiazdom tylko przez jedno "m" odbijało. Wierzę, że mnie nie odbija i jakoś nikt mi tego nie zarzuca.

Jest pan bardzo próżny?
W normie.

I dlatego kupił pan porsche?
Nie uwierzy pan. Od szóstego roku życia marzyłem o porsche i kiedy pojawiła się możliwość spełnienia tego marzenia, nie wahałem się ani chwili.

A jak pan sobie kupi samolot, to też pan powie, że to nie z próżności, ale że od dziecka miał pan messerschmitty nad łóżkiem?
Nie, trochę późno zacząłem myśleć o lataniu i nie odważyłem się jeszcze spróbować. Obiecuję, że nie będę wciskał kitu.

Skoro Tomasz Kammel i Nowy Rok, to może porozmawiamy o śmierci?
Ooo…

Często pan o niej myśli?
Nie, jeszcze nie. Jakoś nie czuję, żebym się wybierał na tamten świat. Natomiast potrafię o śmierci rozmawiać. Starsi ludzie mnie nauczyli, ich otwartość w tych sprawach jest godna szacunku. Zabawni są agenci ubezpieczeniowi, którzy unikają słowa "śmierć". Mówią więc "gdyby pan odszedł" lub "gdyby przytrafił się wypadek". Ja ich wtedy poprawiam i namawiam, by mówili wprost.

Pan wierzy w życie pozagrobowe?
Wierzę w reinkarnację i myślę, że każdy z nas żyje kilka razy. Czasami nawet się pocieszam, że jeśli czegoś nie zrobię w tym życiu, uda mi się to nadrobić w następnym. W starej stolicy Birmy, Bagan, jest ponad trzy i pół tysiąca świątyń budowanych przez bogaczy, którzy w ten sposób starali się uchronić od bycia krewetką w następnym życiu. Wpadłby pan na to?

Że będzie pan krewetką? Nie. Należy pan do Kościoła scjentologicznego? W końcu jest pan gwiazdą…
Nie i nawet nie byłem na spotkaniu agitacyjnym przed Pałacem Kultury. Mnie zresztą nikt nie chce nawracać ani werbować. Ostatni raz 15 lat temu szturmowano mnie, by porozmawiać o czasopiśmie "Strażnica".

Nie chcę pana martwić, ale świadkowie Jehowy szturmują nie tylko gwiazdy.
To wiem, zresztą wtedy jeszcze nie byłem gwiazdą.

A jest pan w ogóle religijny?
Urodziłem się jako katolik, ale nie chodzę do kościoła. Nie mam tęsknot religijnych.

Pytałem o śmierć, bo ludzie, którzy o niej myślą, myślą też o życiu i zastanawiają się, co po nich zostanie?
To pytanie stawiam sobie dość często i jest ono motorem moich różnych działań. A co zostanie? Kilka programów telewizyjnych, jedna - jak dotąd - książka, płyty, które nagrałem. Może komuś zostanie to, co do niego mówiłem, patrząc w obiektyw. Chcę założyć rodzinę i mieć dzieci, więc i one po mnie zostaną.

Planuje pan całe życie? Pewnego polityka podejrzewano, że ożenił się podczas kampanii wyborczej, by mieć publicity.
Kreuję wiele wydarzeń zawodowych. Kiedy zbieramy pieniądze w akcji charytatywnej, to zapraszamy dziennikarzy i fotoreporterów, ale moje prywatne życie jest chronione i pozbawione jakiejkolwiek kreacji.

To skąd te pogłoski w prasie, że związek z narzeczoną to układ biznesowy lub towarzyski?

Co ja mam na to powiedzieć? Totalna bzdura.

Jak czytałem, pół Warszawy huczało, że jest pan gejem, więc musiał się pan związać z kobietą, by podreperować image.
(śmiech) Jedyne narzędzie, jakim dysponuję, jedyny sposób, by sobie z tym radzić, to nie komentować takich doniesień. Nie mam w tej sprawie nic do powiedzenia, bo cóż mógłbym powiedzieć?

Że nie było tu żadnej kreacji, zabiegu public relations?
Nie było. Toczy się normalne życie, a praca jest obok.

Pal licho sugerowanie, że Kammel musi być pedał, ale narzeczona jest niewinna. Postponowanie jej to świństwo i dałbym w ryj!
Dlatego może powinienem tak zareagować, ale z drugiej strony nie chcę wchodzić z nimi w dialog, a już na pewno nie na pięści. Każda próba ingerencji, komentowania tego byłaby przyspieszaniem efektu śnieżnej kuli, a ja chcę to uciąć.

Nie żyje pan w jakimś "Truman show", z tą różnicą, że sam pan jest reżyserem?
Moje życie interesuje media, ale to koszt mojej pracy, nie jej część. To cena sławy i życzę wszystkim ludziom na świecie, by tylko takie koszty musieli ponosić!

Sława za cenę wiecznego bywania. Nawet teraz siedzimy w jednym z najbardziej wypasionych hoteli w Warszawie, bo nie możemy pójść do zwykłej knajpy.
Możemy, ale tu zatrzymał się mój ojciec i tu są dobre warunki do rozmowy.

Tydzień temu ojciec mieszkał w Radissonie? Bo tam byliśmy umówieni.
Nie było go tydzień temu w Warszawie.

To po co ten lans: najdroższy hotel, najdroższa knajpa, najdroższe auto? Pan się musi całe życie ścigać?
To w ogóle nie ma nic wspólnego z lansem. OK, to jest drogi hotel, ale tu możemy spokojnie porozmawiać, nikt nam nie przeszkadza, nie gapi się na nas. Jak pójdę do pańskiej ulubionej mordowni za rogiem, to obsiądą nas bywalcy i zaczną poklepywać. Nie pogadamy. A poza tym ja naprawdę nie lubię mordowni, tylko lubię tak jak tutaj!

Sprzedaje pan tabloidom informacje o swoim życiu?
Nigdy, przenigdy nie sprzedawałem informacji o swoim życiu komukolwiek. Nigdy nie umówiłem się z paparazzi na podstawione zdjęcia typu: "Przyłapaliśmy go na zakupach". Nigdy! Nie opowiadam o życiu prywatnym.

To jakim cudem czytałem wywiad o narzeczonej, kupowaniu pierścionka w Krakowie, spaniu do południa?
Udzieliłem jednego takiego wywiadu i tyle. Wzięło się to stąd, że siedzieliśmy z narzeczoną na obiedzie, wszedł fotoreporter, zrobił nam zdjęcia i wybiegł. Zrobiono zbliżenie na palec i zaczęły się komentarze. Długo nie zajmowałem stanowiska, aż w końcu postanowiłem przeciąć te spekulacje.

I to nie jest handel życiem prywatnym?
Nie, to była chęć załatwienia sprawy jedną wypowiedzią.

Jaką jedną wypowiedzią? Pół wywiadu jest o narzeczonej!
Ale mi gigantyczny wywiad! W sprawie moich relacji z narzeczoną mam jasną strategię: milczę, a od czasu do czasu ucinam plotki jedną wypowiedzią. Kilka wywiadów na cztery lata, odkąd jesteśmy ze sobą związani, to chyba niewiele.

Zwłaszcza jak na człowieka deklarującego, że o życiu prywatnym całkowicie milczy.
No dobrze, nie całkowicie. Rzeczywiście, było kilka wywiadów na ten temat. Raz w roku udzielam jakiegoś wywiadu "Vivie!", teraz z narzeczoną opowiedzieliśmy o sobie "Pani" i to cały nasz wkład w szum medialny. Co mam zrobić, że ludzie ciągle się mną interesują?

Modlić się, by interesowali się nadal. W końcu co by pan bez tego zrobił…

Nie zabiegam, by gazety o mnie pisały. Ale też czasem zupełnie normalne zachowania są interpretowane idiotycznie. Dzisiaj byłem na Woronicza, bo musiałem komuś oddać pewną rzecz. Ojciec miał już pięć telefonów z brukowej prasy z pytaniem, czy wracam do telewizji. Inny przykład: odchodząc z TVP, musiałem zmienić numer telefonu, więc wysłałem wszystkim, których miałem w swojej książce telefonicznej, informację, że to mój nowy numer. Potem przeczytałem, że "Kammel zwolnił tatę" i sam zarządza swoimi sprawami.

Pewna pani rozesłała SMS-y, że wzięła ślub i zmieniła nazwisko, jednocześnie zapewniając, że nie sprzedaje życia prywatnego.
To też mogło zostać źle zinterpretowane. Może po prostu chciała powiadomić, że od teraz nazywa się Lis i chce, by tak ją tytułowano? Tym bardziej że - tak jak ja - jest bez stałej pracy w telewizji i jeżeli chce do niej wrócić, jeżeli chce być osobą publiczną, to jej świętym obowiązkiem jest rozsądne podtrzymywanie zainteresowania swoją osobą.

Potwierdza pan to, co mówiłem, a czemu pan przez pół godziny zaprzeczał: sprzedajecie prywatność, by zarabiać.
Tak nie jest!

Nie krytykuję tego, to szlachetniejsze niż sprzedawanie własnego ciała. Ale tak po prostu jest. Sprzedaje pan rzeczy błahe jak zakupy i wakacje oraz ważne jak miłość i rodzinę.
Mam ochotę zgodzić się z panem w całej rozciągłości, ale to nieprawda! Jak każda osoba publiczna prowadzę pewną grę polegającą na selekcji faktów, na których upublicznienie się godzę, oraz niekomentowaniu innych.

A gdyby pan był gejem, to jak Jacek Poniedziałek ujawniłby pan to czy uważał, że nic ludziom do pańskiego życia?
Nie wiem, nie jestem gejem.

Mnie nie interesuje pańska seksualność. Nie pytam o nią, tylko o to, jak wiele byłby pan w stanie powiedzieć mediom?
Zadaje pan hipotetyczne pytania, trudno mi wczuć się w taką rolę, bo nie mam takiego stanu ducha, takiej świadomości. Sam pan wie, że ludzi o odmiennej orientacji seksualnej jest w mediach, jak i w innych środowiskach, sporo i niektórzy to ujawniają, inni nie, a ja to respektuję.

Pochwalił pan otwartość Justyny Steczkowskiej urządzającej sobie na okładce "Vivy!" żałobną sesję na cmentarzu po śmierci ojca? To absolutny rekord Polski w żenadzie.
Uważam to za niefortunne i współczuję Justynie, że nie było wokół niej doradcy, który by ją przestrzegł, by tego nie robiła. Pyta pan o moją otwartość. Mówię o sobie tyle, ile muszę, wolałbym, by ludzie pytali mnie o moją pracę.

Bo to takie fajne być konferansjerem na imprezie banku czy działu sprzedaży fabryki kosmetyków?
Cieszę się, że wreszcie ktoś mnie o to spytał wprost. I wprost odpowiem: tak, mnie to kręci. W studiu telewizyjnym ma pan maksymalnie 300 osób widowni. Na imprezie zamkniętej jest ich tyle samo. Jeśli potrafi pan przyciągnąć ich uwagę, zainteresować ich, to jest sukces. Taki sam jak w telewizji.

Od której skądinąd pański żywot jest uzależniony i do której będzie pan musiał wrócić.
Co ja zrobię, że na telewizji znam się najlepiej?! To lubię i w tym się realizuję. Będę chciał do niej wrócić i zrobię wiele, by to osiągnąć. Spróbuję zarzucać ludzi pomysłami, inspirować ich, by znaleźć dla siebie miejsce. Jestem fighterem i walczę na tym rynku.

Co jest takiego w telewizji, że musi pan tam wracać?
Bo daje błyskawiczną reakcję widza. Jej siła oddziaływania jest absolutnie niezwykła. Chciałbym wyjść na scenę i móc powiedzieć kilka zdań, które rozbawią ludzi, będą klaskać…

Będą, będą. W studiu telewizyjnym to obowiązkowe.
Ale publiczność na festiwalu w Opolu potrafi nieźle przećwiczyć. Jeśli jesteś nieciekawy, masz czerstwe teksty, to leżysz.

Nie boi się pan, że jak jeszcze z rok nie popracuje w telewizji, to będzie coraz gorzej? Coraz mniej będzie pan brał za koncerty, szkolenia.
Boję się. Uczciwie mówię: boję się. Dlatego szukam pomysłów na nowe programy, staram się nimi zainteresować ludzi. Niemniej mój stan mnie nie frustruje. Każdy wie, kto to jest Clooney, Cruise czy Travolta, ale nawet ci najwięksi, nawet legendy muszą zabiegać o pracę. Ja też muszę walczyć o swój byt jak każdy inny człowiek.

Zgódźmy się, że pan walczy o kawior, nie o chleb.
Jakkolwiek by to interpretować, to walka jest ta sama. I nadal będę ją prowadził. Dla mnie definicja sukcesu w telewizji zamyka się w jednym słowie: instytucja. Chciałbym być człowiekiem instytucją, realizującym się w tym, na czym znam się najbardziej, czyli dużych programach rozrywkowych.

Jak żenujący "Tour de Maryla" sprzed kilku lat?
Pana to żenowało, ale siedem milionów ludzi to oglądało. Jeśli czegoś żałuję, to tego, że za długo prowadziłem "Randkę w ciemno". Zmieniła się telewizja, czasy, przewalił się "Big Brother" i tamten format był już anachroniczny.

"Big Brothera" by pan poprowadził?
Wtedy, kiedy go brał Grzegorz Miecugow i Martyna Wojciechowska, nie zastanawiałbym się ani chwili.

I nie miałby pan żadnych obiekcji?
Tam nie było nic, co budziłoby moje obiekcje.

A jak Frytka uprawiała seks, to były to pewnie elementy edukacyjne, tak?
Przykro mi, że do dzisiaj ponosi konsekwencje tego, co narobiła. Myślę, że jej przykład uchronił wielu innych przed podobnymi rzeczami.

Pan miewa czasami jakieś zahamowania?
Oczywiście, pewnych rzeczy bym nie zrobił. Pamięta pan pomysł reality show z Holandii, w którym zwycięzca dostaje nerkę do przeszczepu? To okazało się prowokacją mającą zwrócić uwagę na problem przeszczepów, ale gdyby ktoś serio taki program wymyślił, to nie prowadziłbym go.

Mój sprzeciw budzi też pokazywanie w telewizji egzekucji Saddama Husajna albo w sieci ukamienowania dziewczyny, która zadała się z innowiercą. W takich momentach trafia mnie szlag! Zawsze chciałbym zadać pytanie: po co to pokazywać? Czego to ma mnie nauczyć? Obudzić we mnie psychopatę, który będzie łaknął więcej takich obrazków?

Niech pan sobie nie zadaje więcej takich pytań, bo nie popracuje pan w telewizji.
Ja jestem od rozrywki. Chciałbym mieć wielki, spektakularny program, który idzie w weekend, a poniedziałkowe rozmowy w pracy zaczynają się od tego, co tam było.

Musiałby pan przekraczać bariery smaku, pozwalać na megaobciachowe zachowania.
A może megawstrząsające?

Co to miałoby być? Pani, śpiewając, zjadłaby pytona?
(śmiech) Niech pan poczeka, muszę sobie zapisać. Powinniśmy się częściej spotykać. A ludzi pociąga nie tylko obciach. Mógłby to być program, w którym znany przed laty wykonawca wraca w nowym entourage’u, bo dajemy mu nowych aranżerów, stylistów, studio nagraniowe. Dajemy ludziom szczęście, o którym już trochę zapomnieli.

O co poszło w pańskim rozstaniu z TVP? O kasę?
Nie, o jeden program. Po pierwszym odcinku "Przebojowej nocy" zaproponowano mi, bym wszedł do tego programu i podbił jego oglądalność. Postawiłem kilka warunków, chciałem popracować nad nim i wyglądało na to, że się dogadamy, ale dzień przed spotkaniem w tej sprawie dostałem wypowiedzenie.

Pracował pan w TVP bez różnicy: u Kwiatkowskiego i Urbańskiego.
Były w niej tendencyjne programy i filmy, ale ja jakoś nie potrafię mówić o telewizji publicznej źle.

Bo chciałby pan do niej wrócić.
Bo to była przez 10 lat moja ukochana firma i chciałbym jeszcze kiedyś pracować w telewizji.

Ma pan poglądy polityczne?
Mam, ale zachowuję je dla siebie, a ludzie nie oczekują, by Kammel mówił im o polityce.

Telewizja jest tubą jakiejś partii, ale panu pozwala robić show z gwiazdami. Wchodzi pan w to?
Wchodzę. Ja jestem w tej grupie ludzi, którzy bez względu na ustrój i panującą opcję polityczną kochają robić telewizję. I gdybym mógł robić rasowe widowisko, to bym je robił, bo choćby nie wiem jak upartyjniono newsy czy publicystykę, to jest zawsze grupa ludzi, którzy oczekują rozrywki, nie polityki.

Wszystkich wywiadów udziela pan w towarzystwie ojca?
Jest moim menedżerem, najbliższym partnerem w biznesie. Od pewnego czasu zawsze mi towarzyszy przy udzielaniu wywiadów.

Bo?
Udzielam ich mało i chcę, żeby były dobre.

Sam nie czuje się pan wystarczająco mocny?
Nie, to po prostu dobre, światowe standardy. Różni wielcy ludzie, jak Franz Beckenbauer czy Heidi Klum, też współpracują z rodzicami, którzy są ich menedżerami.

p



Tomasz Kammel, dziennikarz i prezenter telewizyjny. Karierę w mediach rozpoczął od pracy w Muzycznym Radiu FM w Jeleniej Górze. Od 1997 roku był związany z Telewizją Polską, prowadził m.in. "Randkę w ciemno", "Wykrywacz kłamstw", "Teleexpress", pierwszy reality show w TVP - "Miasto marzeń", a także liczne festiwale, m.in. Festiwal Jedynki, Sopot Festival i Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu. We wrześniu TVP rozwiązała z nim umowę za "złamanie zapisów kontraktu", czyli występ u konkurencji - prezenter wziął udział w "Tańcu z gwiazdami" i w programie u Kuby Wojewódzkiego.