Kiedy piszę te słowa, jakiś Witold Gombrowicz może już ją sobie ćwiczy na klawiaturze? A może jest temat tak ważny dla Polaka, że aż pomijany jako zbyt oczywisty - ponieważ zawsze najciemniej jest pod latarnią?

Postanowiłam zadać to pytanie dziewięciu znanym krytykom literackim. Sami państwo przeczytają, co sobie wymarzyli. Tylko jeden komentarz: nie może nie wydać się znamienne, że część z nich marzy o książce opisującej polski katolicyzm. Powieści, która nam odpowie na pytanie, jak można, będąc inteligentnym i wykształconym, wciąż wierzyć w Boga. Która pozwoli zrozumieć dramat katolicyzmu i zobaczyć katolika w nowoczesnym świecie. Krytykom brakuje przeprowadzonego całkiem serio rozrachunku Polaka z własną religijnością. Niech się przyzna, do czego służy mu wiara, w jakie mechanizmy swojej duszy ją zaprzągł. Niech wyjaśni, jakim cudem i za jaką cenę wytrzymała (jeżeli wytrzymała) napór nowoczesności. Niech opowie o jej wymiarze pięknym i tragicznym (jeśli taki jeszcze się ostał). A jeżeli się nie ostał, to niech zapłacze nad tą utratą - a nie tylko szydzi, że katolicyzm to ideologia usprawiedliwiająca bicie żony.

Myślę zresztą, że katolicyzm to świetny przykład szerszego problemu. W naszej literaturze jest wielu mniej lub bardziej utalentowanych naśladowców Gombrowicza i wczesnego Mrożka, opisujących świat w krzywym zwierciadle. Śmiech i szyderstwo to oczywiście świetne narzędzia, często jednak pozwalają zapomnieć, że istotą literatury jest pogłębianie ludzkiej wrażliwości. Ja czekam na książkę, która będzie zupełnie innym spojrzeniem na dzisiejszego człowieka. Wcale nie musi odkrywać nowych zjawisk. Wystarczy, że całkiem inaczej na nie spojrzy. Że opisze nasze życie ze swojego dziwnego, oryginalnego punktu widzenia, dziwnie i oryginalnie go oceniając. W dobie wspaniale rozwiniętego reportażu i wywiadu to chyba jedyne, co literatura może zrobić lepiej i mądrzej: pokazać świat, który już znamy, przez pryzmat zupełnie innej duchowości. Ale musi to zrobić z siłą, która nam się narzuci - tak, że odtąd, otwierając rano oczy, kupując w metrze gazetę czy wchodząc do biura, nie będziemy mogli choć przez chwilę nie pomyśleć o sobie w ten właśnie sposób. Co taka książka by nam dała? Uchroniłaby nas od stereotypu i kazałaby na nowo przemyśleć samych siebie.

Tadeusz Nyczek: Potrzebny jest nam opis współczesnego polskiego katolicyzmu

Marzy mi się książka najodważniejsza z odważnych: z satysfakcją odrzucająca strach przed opisaniem dzisiejszej Polski katolickiej. Czyżby najbardziej katolickiego kraju Europy wciąż nie było stać na wielką powieść o kwestii religijnej? A przecież od tematów aż się kłębi. Dla jednych moc Kościoła to narodowy cud boski, dla drugich – czarna pajęczyna. Tu Rydzyk i Okopy Świętej Trójcy broniące nas przed szatanem, tam „Tygodnik Powszechny”, Tischner, Życiński i Wojtyła. Z jednej strony przepychanki o religię w szkole, z drugiej – ogromny sukces wydawniczy „Boga urojonego” Dawkinsa.

Jakież wspaniałe zatrudnienie dla batalistów! Polska wojna religijna o rząd dusz trwa wszak w najlepsze, choć nawykliśmy do niej i niemal nam spowszedniała. Pożywiliby się też autorzy powieści społecznych i sensacyjnych, psychologicznych i kryminalnych. Nieogarnione pole dla diabelskiego pióra: cynizm kościelnych hochsztaplerów porastających w bogactwa kosztem najbiedniejszych; pycha budowniczych średniowiecznych zaiste latyfundiów i kapiących od bogactwa katedr; bezwstydna monachomachia pokrywana frazesami o niewzruszonej jedności Kościoła. A gdzie jest nasza „Wojna żydowska”? Nasz „Jan Barois”, „Czerwone i czarne”? Za wysoko sięgam? Cóż, mieliśmy głównie Kossak-Szczuckie, Gołubiewów albo Dobraczyńskich. Jak mawiał Miłosz: literatura szlachetna, niestety. „Sprzysiężenie” Kisielewskiego? „Spiżowa brama” Brezy? „Bramy raju” Andrzejewskiego? A kiedy to było? No i większość zajmowała się historią...

No i na przykład chciałbym się dowiedzieć z takiej książki, dlaczego pewien mój znajomy, dziwnie do mnie podobny, w 1979 r. stał kilka godzin na krakowskich Błoniach, nie odrywając oczu, uszu i myśli od papieża, a w 2005 roku był przerażony rozmiarem pośmiertnego kultu dla kogoś, kto był i nadal pozostaje nierozwiązaną zagadką: jak można z taką inteligencją i wykształceniem wciąż wierzyć w Boga?

Inga Iwasiów: Książka urojona

W witrynach berlińskich księgarń można zobaczyć taką książkę: „Mittagsfrau” Julii Franck, uhonorowaną Deutschen Buchpreises za 2007 r. Nie czytałam jej (co pozwala mi uczynić z niej obiekt idealny), ale dostępne omówienia potwierdzają, że osią jest tu historia opowiedziana we fragmencie pomieszczonym onegdaj w „Sarmackich krajobrazach” (wyd. Czarne, 2006), będąca zarazem autobiograficznym węzłem pisarstwa Franck. Próbowałam znaleźć dla tego rodzaju narracji polski odpowiednik i nie wyszłam poza oczywiste autobiografie zwykle brnące w skrajności – nieszczerze afirmatywne wobec świętej pamięci, nostalgiczno-naiwne lub nieludzko obrazoburcze. Nie znalazłam w roku 2007 powieści, która by poważnie traktowała historię, chciała ponieść jej ciężar, a zarazem była w pełni XXI-wiecznym głosem uwzględniającym wszystko to, co powiedzieliśmy sobie w ciągu ostatnich 20 lat o pamięci, przodkach, traumie, narracji. Warunek dodatkowy: chciałabym, żeby taką powieści napisała kobieta, żeby kobieta wyszła naprzeciw takiemu zadaniu przemyślanemu również z perspektywy feminizmu, który za bardzo flirtuje z popkulturą lub też stara się zerwać z demonem politycznej poprawności.

Marzy mi się powieść dojrzała, zadająca poważne, fundamentalne pytania, nieniwecząca perspektywy feministycznej, ale i nieulegająca przymusom tej metody opisywania świata. Powieść uciekająca z wielkim krzykiem od kompromisów, czyli od tego, czego rzekomo domaga się rynek. Nieuciekająca przed odpowiedzialnością, patosem, ryzykiem, nic sobie nierobiąca z oczekiwań i mód, pokazująca ten wciąż niedopowiedziany, zakłamany obszar naszego, kobiet, związku z historią XX w.

Chciałabym powieści o kobietach uwikłanych w wojnę, PRL, komunizm, emigrację i o tym, że ich uwikłania nie są wyłącznie osobiste ani powierzchowne, czyli uniwersalne. Chcę, żeby była ważna, a to wystarczająca definicja książki urojonej.

Karol Maliszewski: Literatura – byt niemożliwy

Przy okazji tej ankiety uświadomiłem sobie, że pewne rzeczy są w literaturze niemożliwe, w związku z czym marzenia i oczekiwania, o których tu mowa, z góry skazane są na konwencjonalizację. Tęsknota za autentyzmem i dzikością również się z nią wiąże. Jaką książkę chciałbym przeczytać? Taką, która zdjęłaby ciężar oczekiwań na arcydzieło, sama tym arcydziełem, niezauważonym jak zawsze, będąc. Taką, która zaistnieje sobie w niszy i zanim dopadnie ją zwierzę rynku, by rozszarpać na minoderyjne szczątki, zasieje niepokój i będzie znakiem rozpoznawczym, samizdatem wrażliwości dla żyjących i myślących inaczej. W poezji tego rodzaju satysfakcji nie brakuje. Co roku pojawiają się na moim horyzoncie ciekawe zjawiska wpisujące się w konwencję oczekiwania na to czy tamto. Godne szerszego zauważenia. Na przykład nominacje do Paszportu Polityki. Już nie wiem, jak mam przekonywać decydentów, że młoda poezja nie kończy się na Tomaszu Różyckim.

Ale wróćmy do prozy. W 2008 r. chciałbym otworzyć się na to, co niemożliwe. Chciałbym przeczytać książkę, która byłaby spontanicznym połączeniem rozrzuconych kartek z zupełnie różnych szuflad. Chciałbym przeczytać książkę będącą efektem spotkania Bieńczyka z Klimko-Dobrzanieckim, Tulli z Niziurskim i Krajewskim, Foksa z Kadenem-Bandrowskim, Wiedemanna ze Strugiem, Tokarczuk z anonimowymi autorami przedwojennych pamiętników chłopów i bezrobotnych. Być może przemawia przeze mnie tęsknota za polskim Vonnegutem. Albo po prostu czekam na nową książkę Jacka Bieruta.

Nie chodzi o zestaw tematów, rodzaj zaangażowania, ekspresję preferencji seksualnych czy literackie dowartościowanie szarych stref. Jak zawsze gra toczy się o styl. Styl, o którym marzę, poradzi sobie z tym wszystkim i coś jeszcze dorzuci od siebie.

Jacek Kopciński: Tylko nie kicz

Istnieje w polskiej literaturze współczesnej temat, który czeka na utalentowanego pisarza. Jest nim wiara. „Sprywatyzowana”, „uwewnętrzniona”, nadal stanowi ważną cząstkę nowoczesnej tożsamości, choć jej obecność coraz częściej objawia się negatywnie – jako brak. W zderzeniu z nowym stylem życia i myślenia także w Polsce słabnie, zanika lub przyjmuje nowe formy. Jedną z nich jest fenomen rozmaitych wspólnot chrześcijańskich. Tworzą je ludzie świeccy, którzy na przekór światu i ogarniętemu rutyną Kościołowi próbują żyć tak, jakby właśnie zawołał ich Pan... Nic o nich nie wie nasza literatura.

W jednej z takich wspólnot funkcjonuje bohater powieści, którą chętnie przeczytam w nadchodzącym roku. To młody, nowoczesny, dobrze wykształcony zakonnik i filozof, obdarzony nie tylko łaską, ale i pewnością, że postmodernizm to ostateczny schyłek tego świata. Z zapatrzonych w niego jak w proroka rówieśników (głównie absolwentów katolickiego uniwersytetu) tworzy grupę, która najpierw doświadcza „raju” miłości i jedności, by z czasem pogrążyć się w „piekle” oskarżeń, zranionych uczuć i dramatycznych rozstań. Osią ich konfliktu nie będzie jednak psychologia, lecz metafizyka, a dokładniej – kluczowe dla ludzi wiary pytanie o Boży plan. W życiu młodych członków wspólnoty potrafi go rozpoznać tylko on, charyzmatyczny kapłan. Wpatrzony w ludzkie serca i wsłuchany w głos Boga, bezwiednie zamienia się w manipulatora. A także subtelnego heretyka, który tym różni się od wielu ortodoksów, że wierzy żarliwie.

Ta historia zaczyna się w konfesjonale, przy którym pewnego dnia ukląkł jeden z przyszłych członków wspólnoty. Gdzie się zakończy? Tego dowiem się może z powieści, która oby nie okazała się katolickim – czy też antykatolickim – kiczem.

Tomasz Burek: Niech ktoś ukończy dzieło Brzozowskiego

Kilkanaście lat temu dwaj włoscy pisarze – Carlo Fruttero i Francesco Lucentini – postanowili wziąć na warsztat powieść „Tajemnica Edwina Drooda”, której zmarły w 1870 r. Charles Dickens nie dokończył. Naszkicowaną przez Dickensa intrygę o sensacyjno-kryminalnym posmaku rozwinęli oni w duchu poniekąd postmodernistycznym, pastiszowym i ludycznym i dopisali do powieści dawnego mistrza własne zakończenie. Tak powstała „Sprawa D., czyli zbrodnia rzekomego włóczęgi”. Przypominam tę powieść daltego, że i w naszym piśmiennictwie mamy do czynienia z przypadkiem trochę podobnym... a zarazem dramatycznie różnym. Znamy taką powieść, raptownie po intrygującym początku urwaną ręką śmierci, która od stu prawie lat czeka, aby jacyś przekonani integraliści ją rozwinęli i doprowadzili do końca. To „Książka o starej kobiecie” Stanisława Brzozowskiego.

Onegdajszy orędownik prądów modernistycznych i postępowych, gwałtownik sprawy socjalizmu międzynarodowego i polskiego, w roku 1908 oskarżony przez partie socjalistyczne o tajną współpracę z Ochraną, a przez polemistów reprezentujących rozmaite odcienie opinii publicznej zawsze podejrzewany o zaprzaństwo narodowe, spróbował Brzozowski w tej u schyłku życia (zmarł 30 kwietnia 1911 r.) pisanej powieści dokonać swego rodzaju autolustracji. Chciał także zawrzeć w niej rezultaty swoich przewartościowań w dziedzinie poglądów na wszystko: na rewolucję, na socjalizm, na postęp, na nowoczesność, z drugiej zaś strony na religię, Kościół powszechny, naród i podobne im „pamiątki wzgardzone”.

Ten Brzozowski, który zaprojektował „Książkę o starej kobiecie”, przestawał czuć się intelektualnym więźniem nowoczesności. Już czytał Chestertona, a nakreślona w zakończeniu VI rozdziału „Ortodoksji” tegoż wizja niebiańskiego rydwanu prawdy chrześcijańskiej przedzierającej się przez herezje powinna stanowić, moim zdaniem, plan myślowy ewentualnej rekonstrukcji „Książki o starej kobiecie”.

Ulec którejś z nowoczesnych herezji czy któremuś z nowoczesnych snobizmów – powiada Chesterton – byłoby czymś banalnym. Odrzucić je wszystkie to dopiero przygoda; przygoda przyprawiająca o zawrót głowy. Zatem chciałbym przeczytać doprowadzoną do logicznego końca, integralną, przyprawiającą o zawrót głowy „Książkę o starej kobiecie”. Lecz jakiej spółce autorskiej zechce los powierzyć tak podstępne, choć chwalebne, zadanie?

Jerzy Jarniewicz: Czas na nowe tłumaczenia klasyków

Przyznaję: w 2008 r. najchętniej przeczytałbym książki, które już czytałem. Proszę nie sądzić, że trawestuję słynną sentencję ze słynnego filmu. Chodzi mi o książki, które czytałem w obcym języku, a które rad byłbym widzieć w spolszczeniu, bo jest ono koniecznie potrzebne. Trudno nie nazwać skandalem, że do tej pory nie doczekaliśmy się przekładów takich arcydzieł jak późne powieści Henry’ego Jamesa „Skrzydła gołębicy” i „Złota czara”. To dzieła powstałe ponad sto lat temu, ale wybiegające poza swój czas, bez których nasza wiedza o XX-wiecznej literaturze jest po prostu boleśnie i wstydliwie dziurawa. Wina tylko częściowo leży po stronie tłumaczy. Większość wydawców padła bowiem ofiarą monoteistycznego kultu nowości. Za ten kult płacimy słono – zapomnieniem o ważnych, a dotychczas nieprzełożonych powieściach współczesnych mistrzów literatury. A więc: z powrotem do „nieprzerobionych” klasyków! Do wspomnianego Jamesa, do nieznanej w Polsce Woolf, ale także do D.H. Lawrence’a, bo nie mamy ani jego „Tęczy”, ani też „Kochanka Lady Chatterley”, skandalizującej ongiś powieści, którą on sam uznawał za swoje najważniejsze osiągnięcie. Marzę więc o tym, by w nowym roku pojawiły się te i inne odłożone na półkę tytuły, jak choćby znakomite powieści Philipa Larkina. Chciałbym przeczytać też książki dostępne już wprawdzie w języku polskim, ale pilnie domagające się ponownego przekładu. A jest tu w czym wybierać: od „Davida Copperfielda” Dickensa po „Buszującego w zbożu” Salingera. Niech się zmierzy z nimi współczesna polszczyzna, niech stanie wobec nich najnowsza polska literatura. Możemy na tym tylko zyskać.

Tomasz Bocheński: Marzę o jeszcze lepszym Witkacym

Mój przyjaciel, historyk literatury, co pięć lat wywozi do domu na wsi kilkadziesiąt kilogramów beletrystyki. Kupuje wiele książek i w mieszkaniu brakuje mu miejsca. Ostatnio wywiózł dużo najnowszej prozy, bo przeczytał, wie o niej wszystko i nie będzie wracał. Do czyśćca na wsi zesłał zatem prozę do lektury jednorazowej. Rozumiem go. Dlatego w nowym roku chciałbym przeczytać polską powieść, mądrą, wielokrotnego użytku. Czekam na powieść, do której można wracać wielokrotnie i to nie tylko ze względu na językowe koncepty czy dowcipy. Ze względu na całość. Gdy mówię o mądrości, nie mam na myśli kilku aforyzmów rodem z poradników psychologicznych ani wniosków wyczytanych w socjologicznych analizach, ale mądrość formy, myślenie formą. Dziś socjologia czy filozofia społeczna wyprzedza powieść. Więcej, wyprzedza ją reportaż, wywiad, esej. Proza opisuje opisane już gdzie indziej. Co gorsza, bardzo często chce być zamienna w slogan i użyta przez jeden z modnych dyskursów. Kiedy już taki slogan zastępuje powieść, pisarz osiąga sukces. Chodzi mi o inne pisanie, eksperymentujące z formą, niepokojące, odważne intelektualnie.

Powieść ma uwodzić i zaskakiwać. Eksperymentem będzie zawsze określenie w formie powieściowej dzisiejszych ludzi i dzisiejszych czasów. Powieść, której sobie życzę, powinna opisać dziś, by dało się o nim poczytać jutro i pojutrze. O czym ma być? Właściwie wszystko jedno: o nieziemskiej babci, niemieckiej szafie, ostatniej wieczerzy czy nawet o łuskaniu powieści. Z „banalnego” pomysłu: budzę się i prowadzą mnie dorosłego do szkoły, narodziła się niezła przecież proza. Mogę też przeczytać książkę pisarza, która ma te rady za nic, powieść uważa za marny gatunek, nie znosi dzisiejszych czytelników, ale jest piekielnie inteligentny, nie boi się żadnego tematu i nie idzie na żaden intelektualny kompromis. Czyli nowe „Nienasycenie” albo „Pożegnanie jesieni”, tylko lepiej napisane.