Zarówno językowe: hermetyczność ich frazy sięga bowiem rejonów alpejskich (Żiżek tu i ówdzie próbuje rozcieńczać ją swoimi słynnymi, ale już mocno przechodzonymi grepsami filmowymi), jak i myślowe: bo zaiste trudno wydobyć z nich jakąkolwiek uchwytną treść. No, może poza kilkoma w istocie banalnymi obserwacjami udekorowanymi dla niepoznaki podniośle brzmiącą pojęciową pstrokacizną.

Nieświadomość jest faktem

Wiele można zarzucić psychoanalizie, ale jednej zasługi nie sposób jej odmówić. Przyczyniła się ona bez wątpienia do bezpowrotnej destrukcji naiwnego i – w ostateczności – niebezpiecznego wyobrażenia człowieka jako istoty w pełni racjonalnej, obdarzonej wolną wolą i z natury dobrej. Po Freudzie zwyczajnie nie wypada tak myśleć.

Wiadomo bowiem, że im silniej ktoś wierzy w swą moralną doskonałość, im bardziej ufa klarownym wyborom swego intelektu, im bardziej przekonany jest, że wszystkie decyzje i sądy wydaje sam i z własnej inicjatywy - tym mniejszy udział tych szlachetności w jego codziennym życiu. Ta diagnoza postawiona przez Freuda przeszło sto lat temu - w jego słynnym dziele "Objaśnianie marzeń sennych" - jest trudna do podważenia.

Nieświadomość to fakt, przekonywał twórca psychoanalizy, nie zaś egzotyczna hipoteza. Nieświadomość to doświadczenie, nie zaś wyrafinowany konstrukt myślowy. Innymi słowy, psychika jest czymś więcej, niż tylko "ja” - psychika to ocean, na którym „ja” jest zaledwie niewielką łódeczką (albo niewielkim pontonem), reszta zaś pozostaje zakryta.

Zakryta, ale oddziałująca na świadomość w sposób dokładnie taki, w jaki ocean oddziałuje na przedmiot unoszący się na jego falach. Bez względu na to, co o tym sądzą psychologowie akademiccy - nie wiedzieć czemu przekonani, że to im przypada rola arbitrów mogących ostatecznie rozstrzygnąć o ważności bądź nieważności Freudowskich koncepcji.

Bez względu na to, co o tym sądzą niektórzy filozofowie głoszący (zazwyczaj w trybie postulatywnym) oświeceniowe mity o hegemonii rozumu. Bez względu na to, co o tym sądzą teologowie przywiązani do prostej wizji, w ramach której powołani zostaliśmy do życia na obraz i podobieństwo Pana Boga, wystawieni na pokusy szatana, na ziemi zaś rozgrywamy nieustannie swój eschatologiczny mecz o wieczność w niebie albo w piekle.

Jednak przekleństwem Freuda była jednostronność - fiksacja na seksualności, skłonność do budowania hydraulicznego systemu, który jest w stanie pomieścić absolutnie wszystko (co stało się podstawą zarzutu o niefalsyfikowalność sformułowanego przez Karla Poppera) oraz zaawansowany redukcjonizm sprowadzający bogate i wielorakie przejawy życia psychicznego do kilku ogólnych, mocno dyskusyjnych zasad.

Można więc powiedzieć, że Freud był odkrywcą pionierem, który dotarł na nowy ląd (choć prefiguracje pojęcia nieświadomości znajdujemy już u starożytnych Greków czy u św. Augustyna), wskazał innym drogę - natomiast mapa, którą wyrysował, pozostawia wiele do życzenia. Niemal równolegle z Freudem na ten ląd zaczęli wyprawiać się też inni - w tym szwajcarski psychiatra Carl Gustav Jung, początkowo jego uczeń, potem zaś twórca własnej, niezwykle oryginalnej koncepcji (w skład której wchodzą m.in. pojęcia archetypu, introwersji/ekstrawersji i nieświadomości zbiorowej).

Współczesna psychologia głębi ma zatem dwie główne gałęzie - jedną pochodzącą od Freuda, drugą od Junga (znacznie, moim zdaniem, ciekawszego). Te tradycje dzieli niemal wszystko. Wydaje się jednak, że to głównie postfreudyści zabrnęli w ślepą uliczkę, oddalili się od rzeczywistości psyche, popadli w nieznośny, hermetyczny, parafilozoficzny żargon. Wina zapewne leży po części w myśli samego Freuda. W jej wspomnianej jednostronności i dogmatyzmie oraz - ostatecznie - w materialistycznym światopoglądzie, poza który Freud nie był nigdy w stanie wykroczyć. Myślę jednak, że Freud miał też pecha do swoich interpretatorów. A w szczególności do jednego z nich.

Lingwistyczny przełom

Istotnym bowiem momentem kształtowania się nurtu wywodzącego się bezpośrednio od autora "Objaśniania marzeń sennych" jest tzw. lingwistyczny przełom (kompletnie redefiniujący podstawowe koncepcje Freuda – w duchu przeciwnym jego intencjom) dokonany przez Jacques’a Lacana (1901 – 1981). Żiżek cytuje w swojej monografii bodaj najsłynniejsze jego zdanie: "Nieświadomość jest ustrukturowana jak język”. "Nieświadomość mówi i myśli”, dodaje po chwili, już od siebie słoweński filozof. A skoro tak, to jej języka można się nauczyć, można go zrozumieć. Minimonografia „Lacan” ma być zaś właśnie rodzajem elementarza pomocnego w nauce.

Mimo jednak najszczerszych chęci nie sposób Żiżka traktować poważnie. Jego próba wyjaśnienia meandrów Lacanowskiej konstrukcji (której - poza Lacanem i grupą najbardziej oddanych mu wyznawców - prawdopodobnie nikt nie zrozumiał, bowiem jak podejrzewają niektórzy, nie ma w niej wiele do rozumienia) z pomocą przykładów zaczerpniętych z klasyki światowego kina nuży najdalej po trzydziestu stronach.

Nuży, bo żadnej wyraźnej tezy nie uświadczysz. Bo błyskotliwości starcza mu na dwa, trzy chwytliwe kawałki, później zaś robi się nudno i pusto. Bo czytelnikowi towarzyszy dojmujące poczucie, że cała ta rzekoma "wielkość” Lacana polega na konstatacji czegoś, co wiedzieć powinien każdy dziewiętnastolatek wychodzący z trudnego okresu adolescencji. Jesteśmy ograniczeni przez konwencje społeczne.

Nasz świat jest światem formy. Nie można robić wszystkiego, co się chce. Często bezrefleksyjnie odgrywamy kulturowe role, które przejmują nad nami panowanie. Et cetera. Reszta zaś jest patetycznym pustosłowiem, czystą formą upstrzoną efektownymi neologizmami i figurami (jak choćby bezpłciowa "lamella” będąca połączeniem człowieka i omletu), doprawioną dla pikanterii szczyptą perwersyjnych tez o mrocznej erotyce dominującej nasze myślenie.

Charakteryzowane w ten sam sposób wywody Kristevej o melancholii - jeśli porównać je choćby z genialnymi analizami Jamesa Hillmana, najwybitniejszego ucznia Junga (i twórcy własnej koncepcji zwanej psychologią archetypową) - wywody, które nie są ani literaturą, ani filozofią, ani psychologią, choć chciałyby być tym wszystkim naraz, wprost porażają manieryzmem, myślową miałkością i zerową łącznością z doświadczeniem.

Doświadczeniem, które powinno przecież stanowić dla Kristevej podstawowy punkt odniesienia. Tymczasem punktem odniesienia staje się tu ciemna, pojęciowa abstrakcja. Efekt? Świat "Lacana” oraz "Melancholii” jest światem płaskim, w którym nie ma miejsca na przeżycie, na psyche - z całym jej bogactwem i różnorodnością. Są tylko struktury językowe, słowa i gramatyki. Wieje nudą i egzaltacją.

Rewolucja jak z „Matriksa”

Co więcej, abstrahując już od intelektualnej jakości ich pisarstwa, Żiżek i Kristeva przypominają rewolucjonistów na miarę Neo z "Matriksa” (posłużmy się przez chwilę ulubioną przez Żiżka formą analogii). Ich pozornie antysystemowy bunt jest przewidziany przez logikę i ekonomię systemu, który zamierzają zwalczać.

Obietnica, którą składają - obietnica rozkodowania szyfru nieświadomości i supremacji uwięzionego w siatce wszechogarniających znaczeń podmiotu – jest tylko kolejną wersją czegoś, od czego raz na zawsze miała odejść psychologia głębi: przekonania, że ludzką egzystencję da się prześwietlić.

Żiżek i Kristeva (wraz z Lacanem) pozostają w objęciach tego przekonania, zmieniają tylko lampę (zapewne ani oni, ani ich admiratorzy nie zgodziliby się z tym twierdzeniem, ale to już temat na inny tekst). Problem polega jednak na tym, że ta quasi-rentgenowska działalność owocuje zdjęciami podłej jakości. Trudno zrozumieć, na jakiej podstawie owi autorzy roszczą sobie pretensje do reprezentowania wyższej mądrości. Zygmunt Freud zapewne przewraca się w grobie.

Tak naprawdę, zamiast tracić czas na lekturę ich dzieł, lepiej sięgnąć do szczytowych osiągnięć tradycji psychologii nieświadomości. Do - wciąż w Polsce bardzo słabo rozpoznanych - prac Karen Horney (po linii Freuda) i Jamesa Hillmana (po linii Junga). Oni bowiem proponują nam realną i trudną konfrontację z ciemną stroną - zarówno siebie, jak i kultury, w której żyjemy. A co najważniejsze, szanują swoich czytelników. Nie zalewają ich patetyczną logoreą – nie muszą bowiem z jej pomocą kamuflować merytorycznej pustki.

Slavoj Żiżek „Lacan. Przewodnik Krytyki Politycznej”, Krytyka Polityczna, Warszawa 2007

Julia Kristeva „Czarne słońce. Melancholia i depresja”, Universitas, Kraków 2007