"We Francji często żartuje się na temat tego, czy Juliette Greco jeszcze żyje" - mówi Jacek Hawryluk, dziennikarz Polskiego Radia. "Widziałem jej występ w zeszłym roku na festiwalu Printemps de Bourges i sam byłem zaskoczony, w jakiej wciąż jest formie. Zaśpiewała w wielkiej hali dla ponad dwóch tysięcy osób w bardzo różnym wieku, ale wszyscy słuchali jej w pełnym skupieniu".

Trudno się temu dziwić, skoro takie piosenki jak "Accordeon" czy "La javanaise" napisane dla niej przez Serge’a Gainsbourga czy "Les vieux amants" i "Quand on n’a que l’amour" autorstwa Jacques’a Brela, znają chyba wszyscy Francuzi. I właśnie taką chcą ją wciąż pamiętać - jako piękne wspomnienie lat 40., zadymionych kafejek w Saint Germain, gdzie przesiadywali wielcy intelektualiści, malarze i poeci.

"Dziś wiem, że duch egzystencjalizmu, który wtedy panował, i ludzie, których wtedy poznałam, mieli ogromny wpływ na kształtowanie mojej osobowości" - wspomina teraz Juliette Greco, której biografia obfituje w niezwykłe epizody, np. to jak spędzała długie wieczory na rozmowach z Jeanem Paulem Sartre’em, Simone de Beauvoir czy Albertem Camusem. W środowisku paryskiej bohemy wyróżniała się nie tylko niezwykłą urodą, ale również wielką charyzmą, odważnymi poglądami oraz niezwykłym talentem. Zauroczony Jean Cocteau zaproponował jej rolę w filmie "Orfeusz", a potem w serialu "Belphegor", który uczynił ją prawdziwą gwiazdą.

Artystka wiodła bujne życie towarzyskie, ale jej jedyną prawdziwą miłością był zawsze Miles Davis. Spotkała go dzięki Borisowi Vianowi jeszcze na początku jego kariery po koncercie w Paryżu.

"Był jeszcze taki młody jak ja" - wspomina Greco. "Poszliśmy na kolację z jakimiś ludźmi, których zupełnie nie znaliśmy. Miles nie mówił po francusku, a ja po angielsku. Nie wiem, jak nam się udało porozumieć, ale to był właśnie cud miłości".

Ich bliska znajomość ciągnęła się latami, ale nigdy nie wzięli ślubu. Sartre spytał nawet kiedyś jazzmana, dlaczego nie zdecydowali się na ślub, a on odpowiedział: "Za bardzo ją kocham, żeby uczynić ją nieszczęśliwą".

Jednak oprócz tych barwnych epizodów z życia artystki najważniejszy jest jej dorobek muzyczny. Kiedy za namową Sartre’a zaczęła śpiewać w kafejkach, mówiono, że zdobędzie sławę na miarę Edith Piaf. Tymczasem życie znów postawiło na jej drodze wspaniałych muzyków. Na początku kariery pomogła Jacques’owi Prevertowi oraz jako jedna z pierwszych odkryła Charles’a Aznavoura. Jej najbliższymi współpracownikami byli jednak Jacques Brel, który nazywał ją "prawdziwym mężczyzną", oraz Serge Gainsbourg, jeszcze wtedy bardzo nieśmiało marzący o zrewolucjonizowaniu francuskiej piosenki. Wspólnie z tymi kompozytorami i tekściarzami przez kolejne lata napisała historię francuskiej piosenki.

Dziś Juliette Greco wciąż żyje tą przeszłością. Dowodem tego jest chociażby jej ostatni album "Le temps d’une chanson", na którym wykonała utwory swoich współpracowników. Ale właśnie tym imponuje wielu młodym twórcom, takim jak Christophe Miossec czy Benjamin Biolay, który jest uznawany za lidera ruchu "nouvelle chanson" i miał zaszczyt wystąpić na jej płycie "Aimez-vous les uns les autres, ou bien disparaissez". "Musiałbym być idiotą, żeby odmówić współpracy" - wspomina zaproszenie. "Ona utożsamia dla mnie Francję, którą kocham, do której powracam w swoich piosenkach".

Po zeszłorocznych koncertach z okazji 80. urodzin artystka stwierdziła, że wiek nie gra dla niej żadnej roli. "Wciąż czuję się wspaniale, ponieważ mogę wykonywać zawód, który kocham. Mogę podróżować, poznawać ludzi, wieść pełne pasji życie".