CEZARY POLAK: Jak znalazła się pani w obsadzie serialu "Alternatywy 4"?
STANISŁAWA CELIŃSKA: To było moje drugie spotkanie ze Stasiem Bareją, u którego wcześniej zagrałam w "Nie ma róży bez ognia". Proponował mi też rolę w filmie "Poszukiwany, poszukiwana", gdzie miałam zagrać żonę głównego bohatera, ale odmówiłam. W tamtych czasach bardzo szybko szufladkowano aktorów i obawiałam się, że będę postrzegana jako aktorka wyłącznie komediowa. A komedia czy serial telewizyjny uchodziły za coś gorszego. Wtedy, jeśli aktor miał angaż w dobrym teatrze, wiadomo było, że na ekranie pojawić się może tylko u Wajdy, Zanussiego albo Kutza.

Bałam się więc, że nie będę potem grać w teatrze, teatrze TV i filmie poważnych ról. Żałowałam tej decyzji. Moje obawy były idiotyczne, zrozumiałam, że taki płodozmian jest dla aktora korzystny. Znacznie trudniej jest przecież zrobić dobrą komedię niż dramat. Staszek był świetnym reżyserem, zatęskniłam za jego sposobem pracy. Okazja nadarzyła się po kilku latach. Przypadkiem spotkaliśmy się na ulicy pod moim domem na Mokotowie. Miałam na sobie fartuch, w rękach miotłę i sprzątałam przed budynkiem. Nagle patrzę, a tu na rowerze jedzie Staszek. Też wyglądał malowniczo, był w cyklistówce, a na bagażniku wiózł jakieś warzywa. I tak nastąpiło spotkanie "gwiazdy" z reżyserem (śmiech).

"Wiesz Stasiu, zagrałabym u ciebie" - powiedziałam. Staś się uśmiechnął, zabawnie podrapał w głowę, jak to miał w zwyczaju, i powiedział: "Dobrze". Nie czuł urazy, że kiedyś mu odmówiłam. Jak tylko zapadła decyzja o realizacji "Alternatywy 4", dał mi rolę w serialu.

Czym wyróżniał się Bareja, że tęskniła pani za pracą na planie jego filmu?
Staszek miał ogromna wiedzę na temat tego, jak trzeba zrobić film, żeby był śmieszny. Świetnie pracował z aktorem. Tak naprawdę wystarczyło nauczyć się tekstu i zaufać mu. Aktor nie musiał mieć jakichś odlotowych pomysłów i samemu biedzić się, jak to będzie. Staszek wszystko wiedział. Jednocześnie był bardzo otwarty i słuchał innych. Kupował pomysły. Na planie "Nie ma róży bez ognia" spotkali się Dobrowolski, Tym i Fedorowicz.

Chłopcy prześcigali się w pomysłach. Stasio się uśmiechał, drapał po głowie i często dawał się przekonać. Współpracownicy go kochali. Stasio dbał o aktorów, robił wszystko, żebyśmy czuli się dobrze. Wiedziałam, że mogę mu zaproponować sześć wersji mojej roli, a on wybierze najlepszą. A jeśli nie zaproponuję żadnej, to on i tak zrobi wszystko, żeby ta scena była dobra. Kiedy było coś nie tak, to po prostu o tym mówił.

Praca z nim była przyjemnością. Był dowcipny, dobroduszny, serdeczny. Pewnie się denerwował, ale ja nigdy nie widziałam go w takiej sytuacji. Sceny, które kręciliśmy, autentycznie go śmieszyły, często śmiał się do rozpuku.

W "Alternatywy 4" zagrała pani nauczycielkę Lewicką romansującą z szalonym docentem Furmanem. Podobno na początku ta postać miała wyglądać inaczej?
To miała być znacznie mniejsza rola. Początkowo Staszek zakładał, że romans z docentem Furmanem granym przez Wojciecha Pokorę będzie miała striptizerka. W trakcie zdjęć moja postać tak się spodobała, że zmienił scenariusz i zrobiono z nas parę.

Po wprowadzeniu stanu wojennego aktorzy ogłosili bojkot telewizji. Wyjątkiem były "Alternatywy 4". W serialu występuje plejada gwiazd polskiej sceny. Dlaczego aktorzy nie zbojkotowali filmu Barei?
Umowy angażu podpisaliśmy jeszcze przed wprowadzeniem stanu wojennego. Prawdopodobnie gdyby zdarzyło się to po 13 grudnia, odmówiłabym. Sądzę, że większość obsady zrobiłaby tak samo.

Genialną kreację w serialu stworzył Roman Wilhelmi. Jak pani wspomina pracę z wybitnym aktorem?
Z Romanem Wilhelmim spotkałam się w mojej pracy aktorskiej kilkakrotnie. Za każdym razem podziwiałam jego niezwykła pasję i energię twórczą. Rola dozorcy Anioła była dla niego stworzona, mógł sobie pohulać. Podczas rozmowy z panem uświadomiłam sobie, że właściwie wszystkie postacie w "Alternatywy 4" są niezwykle ostro zarysowane. Reżyserzy boją się takich ostrych typów.

Mam wrażenie, że Bareja i scenarzyści nie wymyślili tych postaci, były jakby żywcem wzięte z życia. Stasio niezwykle trafnie podpatrywał rzeczywistość. Wie pan, my, aktorzy, bardzo często widząc na ulicy kogoś niesamowicie ubranego, mówimy: wygląda, jakby go ktoś wymyślił. Ale istnieje obawa, że gdyby przenieść taką postać na ekran, to uznano by to za przesadę. Bareja się tego nie bał, dlatego te postacie są takie prawdziwe.

Życie często wyprzeda film, więc żeby do tego życia doskoczyć, to trzeba przerysować, stworzyć takie wyraziste typy właśnie jak w "Alternatywy 4". Tylko z pozoru świat w tym filmie jest wykrzywiony, tak przecież było naprawdę, z tą paranoją musieliśmy kiedyś w Polsce żyć. Mieszkałam wtedy na Stegnach w bloku takim jak z "Alternatywy 4" - w domu były krzywe ściany i wypaczone drzwi. A w naszym osiedlowym kiosku handlowano cielęciną z prywatnego uboju tak jak w "Misiu".

Zdarza się pani oglądać "Alternatywy 4"?
Oglądam serial zawsze, kiedy tylko mam okazję. Śmieję się do rozpuku, również ze swojej roli. Moje dzieci i ich rówieśnicy uwielbiają "Alternatywy 4", znają film dużo lepiej niż ja. Często cytują dialogi z poszczególnych scen. Myślę, że dla tego pokolenia jest to lekcja historii.

Krążą anegdoty o niezwykle ugodowym charakterze Stanisława Barei. Podobno kiedyś zamiast czerwonego kabrioleta dostarczono na plan rower, a reżyser to zaakceptował i nie przerwał zdjęć?
Staszek był reżyserem elastycznym, nie czepiał się detali, nie należał do tych, którzy z takiego powodu przerywają zdjęcia. Dla Stasia ważne było co innego. Liczyła się treść, idea sceny, a nie to, czy aktor wystąpi w żółtych majtkach czy czerwonych. Poza tym Stasio traktował kręcenie filmów jak wielką przygodę. Zakładał, że na planie może wydarzyć się coś nieprzewidzianego i trzeba to przyjąć z całym dobrodziejstwem. To było bardzo racjonalne stanowisko.

Bez sensu przecież było marnować dzień zdjęciowy albo taśmę filmową, która jak prawie wszystko w tamtych czasach była droga i trudnodostępna. Myślę, że gdyby forsował inne podejście, to przy kłopotach, które miał z cenzurą, nic by nie nakręcił. A trzeba pamiętać, że komedie uważne były wtedy za gatunek podejrzany. Cenzorzy gorliwie pilnowali, żeby ekranowy śmiech i satyra nie były kpiną wymierzoną w partię czy Związek Radziecki.

Myślę, że Stasio uprawiał znacznie trudniejszą sztukę niż twórcy kina moralnego niepokoju. W ich przypadku sprawa była oczywista - film od razu szedł na półki. Ze Stasiem cenzorzy mieli kłopoty, nigdy nie byli pewni, czy udało się go do końca rozgryźć. Staś ciągle nastawiał karku. Bardzo głęboko wszystko przeżywał, był bardzo wrażliwy, co zapewne zaowocowało problemami z sercem.

To widać w filmach. Komedie Barei podszyte są goryczą.
Jego spojrzenie było pełne ciepłego sceptycyzmu i miłości do ludzi. To było nieustanne zdziwienie, że świat może być tak głupi i absurdalny. Oczywiście kryła się pod tym rozpacz, ale on nigdy nie dał tego po sobie poznać. Miał dystans do siebie i do świata. Jego bronią był śmiech.