"Persepolis" to autobiograficzna opowieść o dojrzewaniu w trudnych czasach. Bohaterkę - kilkuletnią Marjane - poznajemy w chwili, gdy w Iranie dokonuje się islamska rewolucja, a uczęszczająca do francuskiej szkoły dziewczynka zmuszona jest zasłonić twarz chustą. I nie może już bawić się na przerwie ze swoimi kolegami - dziewczynki i chłopcy zostają rozdzieleni, by "nie siać zgorszenia". To na razie jedyna przykrość, jaka spotyka Marjane ze strony nowego reżimu, ale w miarę jak dorasta w swojej inteligenckiej rodzinie o lewicowych sympatiach, dowiaduje się coraz więcej o naturze rządów ajatollaha Chomeiniego.

Zderzenie wrażliwości dziecka ze skomplikowanymi strukturami świata dorosłych - zwłaszcza w momentach gdy ten świat wyraźnie szwankuje - zawsze jest zabiegiem atrakcyjnym i umożliwiającym przekazanie rozmaitych emocji. Satrapi nie zadowala się jednak upraszczającymi opozycjami "dobre - złe", "wsteczne - postępowe", "religijne - laickie". Dziewczynka, która skrycie pragnie zostać prorokiem i nocami rozmawia z Bogiem, a jednocześnie czyta komiksy o Marksie i bawi się w Che Guevarę, jest doskonałym uosobieniem przecinających się w Iranie wpływów, tradycji i dążeń.

W miarę rozwoju akcji, gdy przerażeni eskalacją konfliktu zbrojnego z Irakiem rodzice Marjane wysyłają nastoletnią córkę do szkoły w Europie, okazuje się, że zetknięcie z europejską kulturą, mimo panującej tam "wolności" też nie jest przyjemne. Bohaterka dowiaduje się, że prawdziwa wolność jest stanem, na który trzeba sobie samemu zapracować i który ma swoją - zazwyczaj bardzo wysoką - cenę. I trzeba naprawdę dorosnąć, by być gotowym ją zapłacić.

Satrapi udało się nie tylko przenieść na ekran tę wzruszającą i mądrą historię ze wszystkimi jej niuansami, ale też spojrzeć na własne dzieło z dystansem i w gruncie rzeczy napisać je od nowa, dostosowując do potrzeb innego medium. Między bajki można bowiem włożyć idiotyczne przekonanie, że wystarczy wprawić w ruch komiksowe kadry, by powstał film. Dynamiczna, zwarta, elegancka i pomysłowa animacja jest niewątpliwie zasługą drugiego ze współautorów filmu - Vincenta Paronnauda, autora komiksów i krótkich filmów rysunkowych. Nagroda jury na festiwalu w Cannes przypadła tej parze całkowicie zasłużenie. Decyzja, by pozostać w sferze rysunkowej niedosłowności, zamiast robić film aktorski, także wydaje się bardzo trafna.

Choć - zwłaszcza po sukcesie książki w Stanach - Satrapi miała propozycje z Hollywood na zrobienie filmu z Bradem Pittem w obsadzie. Czarno-białe, rysowane prostą kreską, nieco abstrakcyjne rysunki pozwalają nadać tej historii znacznie większy uniwersalizm, niż gdyby był to rozgrywający się w realistycznych dekoracjach film aktorski. Dzięki temu otrzymujemy frapujące, mocne w wyrazie dzieło zamiast jeszcze jednej "egzotycznej" opowieści o Trzecim Świecie.