Lata 30. – to były lata. Mam do nich wielki sentyment. Jeśli tylko nadarza się okazja, zawsze oglądam filmy z tamtych czasów.

Przypominam sobie wielkie gwiazdy i wielkie poruszenie, jakie hity ekranu wywoływały wśród widzów. Jednym z moich idoli był Adolf Dymsza, który stworzył znakomitą kreację warszawskiego cwaniaka w melodramatycznej komedii "Każdemu wolno kochać”, która ukaże się w kolekcji DZIENNIKA. Podobały mi się zarówno jego role ekranowe, jak i sceniczne. Strasznie mi imponowało, że był gibki i wysportowany. Mój ekranowy komizm, zwłaszcza w początkowym okresie kariery, wzorowałem na dokonaniach Dymszy. Osobiście spotkałem go tylko raz. Po wojnie, kiedy byłem studentem czwartego roku szkoły teatralnej w Łodzi, prowadziłem koncert, w którym uczestniczył także Dodek. Po występie wpisał się do pamiętnika. Autograf przechowuję do dziś.

Adolf Dymsza cieszył się popularnością także po wojnie. To był człowiek instytucja - w filmie "Sprawa do załatwienia" Leonarda Buczkowskiego z 1953 roku zagrał osiem postaci. Potem polska kinematografia jakoś nie potrafiła czy nie chciała wykorzystać talentu słynnego aktora.

Drugim moim idolem był Stanisław Sielański, można rzec - prototyp komika. Sielański nie udawał, że jest zabawny, lecz był śmieszny na serio, tak jak w "Dorożkarzu nr 13” Mariana Czauskiego, który też znajdzie się w kolekcji DZIENNIKA.

Lata 20., lata 30., wielkie gwiazdy i wielkie poruszenie, jakie polskie filmy wywoływały wśród widzów. Pamiętam projekcję "Znachora" Michała Waszyńskiego, na którą zabrała mnie ciotka. Widownia szlochała podczas seansu, a po jego zakończeniu ludzie gromadzili się przed kinem, dyskutowali i... dalej płakali. Genialny był odtwórca głównej roli Kazimierz Junosza-Stępowski, który operował całą paletą aktorskich środków wyrazu. Myślę, że świetnie dałby sobie radę także dziś - odnalazłby się we współczesnym kinie, teatrze i telewizji. Wtedy cieszył się niesłychaną estymą. Producenci czatowali pod kawiarnią, w której bywał. Podstawiali samochody, żeby od razu po wyjściu z lokalu zawieźć aktora na plan filmowy, bo mógłby się rozmyślić - a dostawał najwyższe stawki. Mieliśmy prawie Hollywood.

Świetną kreację doktora Dobranieckiego stworzył w "Znachorze” Józef Węgrzyn. To był prawdziwy amant, miał ciemne oczy i głębokie, świdrujące spojrzenie - nic dziwnego, że kobiety za nim szalały. Słyszałem niewiarygodne opowieści o ekscesach wywoływanych przez jego miłośniczki. Podobno zaprzęgały się do dorożek, którymi miał jechać i domagały się, żeby nimi powoził. W takim stopniu w Polsce są dziś popularni chyba tylko aktorzy serialowi. Widok aktora teatralnego czy filmowego kupującego w warzywniaku pomidory nie robi już większego wrażenia.

Wracając do lat 30., nie mogę nie wspomnieć o Aleksandrze Żabczyńskim, największym amancie międzywojennej kinematografii. To był wspaniały aktor i piękny, obdarzony świetnym głosem mężczyzna. Wtedy prawie wszyscy aktorzy śpiewali, a film bez piosenki należał do rzadkości. Te ekranowe szlagiery potem nuciła i tańczyła na dancingach cała Polska. Powojenne przeboje filmowe rzadko kiedy miały taki rezonans. A wtedy ludzie po prostu żyli kinem.

Kochano się w polskich aktorkach. Jadwiga Smosarska, wspaniała jako polska arystokratka w „Barbarze Radziwiłłównej” Józefa Lejtesa i kobieta w męskim przebraniu „Czy Lucyna to dziewczyna?", otoczona była autentycznym kultem. Ludzie koczowali pod teatrami czy hotelami, żeby zobaczyć aktorkę, jak wsiada do samochodu, jak się porusza i w co się ubiera. Kochano Helenę Grossównę, urodzoną aktorkę filmową, wspaniałą tytułową bohaterkę "Jadzi” Mieczysława Krawicza. A była jeszcze Elżbieta Barszczewska, która kapitalnie przenosiła swój urok osobisty do filmu, choćby jako odtwórczyni dwóch ról w "Znachorze”, Karolina Łubieńska, fantastyczna Władzia w „Książątku” Konrada Toma i Stanisława Szebegi, Tola Mankiewiczówna, Mieczysława Ćwiklińska, Stanisława Wysocka – listę można długo rozwijać.

W czasach PRL filmy z międzywojnia oglądało się w dwójnasób sentymentalnie. Pokazywały świat którego nie - niezburzoną Warszawę, dwory, pałace, piękne kamienice, eleganckie kawiarnie i sklepy. Oglądało się te filmy, żeby zobaczyć jak mogła wyglądać polska rzeczywistość.

Dziś patrzę na to trochę inaczej, analizuję grę aktorów. Wszyscy mieli wtedy nawyki teatralne, więc reżyserzy musieli wykonać dużą robotę, żeby tej maniery nie było widać na ekranie. Co i tak bardzo często nie udawało się do końca. Ale to nie była polska specyfika. Jak się czyta wspomnienia hollywoodzkich reżyserów z tamtych czasów, to pełno jest tam opisów zmagań z aktorami, którzy na planie filmowym zachowywali się jak w teatrze i trzeba było nie lada wysiłków, że odzwyczaić ich od scenicznych nawyków. Pamiętajmy, że słynne Actors Studio zostało założone dopiero w 1947 roku. Film spowodował, że aktorzy grają bardziej elastycznie, a przez to ciekawiej. Kamera nie lubi teatralnej emfazy, co dla wielu znakomitych artystów (również polskich, ale nie będę wymieniał nazwisk) okazało się barierą nie do pokonania. .

Wielu świetnych aktorów nie potrafiło się odnaleźć na ekranie, grali za mocno. W teatrze jest łatwiej, są próby, czytanie tekstu. W filmie od razu wchodzi się na głęboką wodę, trzeba grać a vista. To w pewnym stopniu tłumaczy nieobecność przedwojennych gwiazd w powojennym kinie. Po za tym reżyserzy szukali nowych twarzy, eksperymetowali. To produktem naszych czasów są stajnie aktorów, którzy grają w pięciu emitowanych właśnie serialach, że można pomylić ich role oraz tytuły.

Z filmami z międzywojnia nie mam takich kłopotów. Pamiętam obsadę "Wrzosu" według Rodziewiczówny i "Trędowatej” Mniszkówny w reżyserii Juliusza Gardana czy ekranizacji Moniuszkowskiego "Strasznego dworu”, którego nakręcił Leonard Buczkowski. Paradoksalnie nie chodziłem wtedy do kina zbyt często i to nie tylko dlatego, że nie byłem pełnoletni. Powody były prozaiczne. Bilet wstępu kosztował 25 groszy, a dla dziecka to była wtedy niebagatelna suma. Jeśli babcia nie zafundowała wejściówki, to było krucho, ale jakoś sobie radziłem - zamiast jeździć tramwajami, poruszałem się po Łodzi, gdzie wtedy mieszkaliśmy, piechotą. Zaoszczędzone pieniądze przeznaczałem na ukochane kino. Z żalem muszę przyznać, że wtedy ta instytucja była bardziej elegancka niż dziś. Nie serwowano żadnych przekąsek ani słodyczy, nie do pomyślenia było, żeby ktoś jadł podczas seansu. Na widowni roznosił się zapach perfum, a nie smażonego tłuszczu. Powtórzę: lata 30. - to były czasy!