Martin Scorsese: Stonesi to dżentelmeni
Wybitny reżyser Martin Scorsese, największa gwiazda festiwalu w Berlinie, świetnie czuje się w towarzystwie muzyków. Z zespołem The Rolling Stones przypominają zgraną paczkę starych kumpli. Reżyser opowiada DZIENNIKOWI o swoim najnowszym filmie, który poświęcił właśnie Stonesom.
- Rolling Stones: Każdego dnia jesteśmy lepsi
- Scorsese: Ratuję kino przed zagładą
- DiCaprio znów kręci ze Scorsese
- Berlinale - twierdza niekomercyjnego kina
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Poniedziałek 2012-05-21

temp. min 6°C max. 30°C
opady:
śladowe opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
MAGDALENA MICHALSKA: Dlaczego dopiero teraz postanowił pan nakręcić film o Stonesach? Grają przecież niemal od pół wieku...
MARTIN SCORSESE: Bo przez te 40 lat próbowałem dobrze ich poznać. Po raz pierwszy spotkałem Micka Jaggera na jakiejś imprezie w Los Angeles pod koniec lat 70. Ale dopiero kiedy
zaczęliśmy wspólną pracę nad projektem filmu fabularnego, zacząłem częściej chodzić na ich koncerty i obmyślać koncepcję filmu. Dopiero wtedy przekonałem się, że nic nie może się
równać z ich występami na żywo. Moim zadaniem jako reżysera będzie uchwycić i zapisać na taśmie ich energię - piosenka po piosence. Bo co by mi dało siedzenie z nimi za kulisami? Co
mógłbym pokazać, czego jeszcze nie pokazano? Podstawowe pytanie jest takie: co zostanie po Stonesach? Poglądy, skandale? Nie sądzę. Zawsze najważniejsza będzie muzyka. Poza tym nie jestem
przekonany, czy oni są wciąż jeszcze takimi skandalistami jak kiedyś. Może pani w to nie uwierzy, ale Stonesi to prawdziwi dżentelmeni. Są bardzo grzeczni.
Wspomniał pan o filmie fabularnym, nad którym pracujecie wspólnie z Mickiem Jaggerem.
Od jakichś ośmiu, dziewięciu lat przygotowujemy z Mickiem projekt, który opowiadałby o kulisach biznesu muzycznego w Ameryce. Mick jest producentem, a ja reżyserem. Akcja rozpoczyna się w
latach 60. i dociera aż do czasów nam współczesnych. Stonesi nie są bohaterami tego filmu, Mick jest raczej naszym konsultantem - moim i scenarzystów zaangażowanych w projekt. Dostarcza nam
informacji, jak wówczas powstawały wytwórnie, jak się wtedy nagrywało płyty, kto na tym zarabiał i co się działo z pieniędzmi. Ten film to rodzaj dzikiej historii biznesu. Chcę pokazać
przede wszystkim producentów, a nie muzyków. Twardzieli, którzy zrobili na tym fortuny. To będzie makiaweliczna historia pełna przemocy.
Przywiązuje pan ogromną wagę do muzyki. Czy zdarzało się panu najpierw układać ścieżkę dźwiękową, a potem dopasowywać do niej sceny?
W latach 60., zanim udało mi się zrobić pierwszy pełnometrażowy obraz, często układałem listy piosenek, które chciałbym umieścić w swoich filmach. Moja rodzina należała do
konserwatywnej klasy pracującej i w domu nigdy nie słuchaliśmy młodzieżowych stacji na falach UKF, zawsze leciało coś na długich falach. Pierwsza piosenka Boba Dylana, którą usłyszałem,
to było "Like a Rolling Stone". Kiedy pojechałem na Woodstock, nie znałem połowy artystów, którzy pojawiali się na scenie. Teraz, na starość, coraz częściej piszę sceny
pod konkretne piosenki - tak powstała spora część "Infiltracji". Dawniej ujęcie filmowe było dla mnie kombinacją opowiadanej historii i muzyki, teraz muszę mieć najpierw
muzykę.
Nie myślał pan o wykorzystaniu utworów młodszych muzyków?
Raczej zostanę przy swoim starym repertuarze, bo nie znam nowego i jestem za stary, by się go uczyć. Piosenki z moich młodych lat były dla mnie niesamowicie ważne. Słuchanie ich powoduje, że
w mojej głowie pojawiają się nowe obrazy, nowe pomysły. "Gimme Shelter" Stonesów występuje chyba w każdym moim filmie i potrafiłbym napisać jeszcze parę scen do tej
piosenki.


















































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!