Berliński występ był dla gości doskonałą okazją, by ocenić formę zespołu. Podekscytowanie - widoczne zarówno wśród członków zespołu, jak i publiki - było spore. Nic dziwnego, w końcu Beth Gibbons, Geoff Barrow i spółka nie grali ze sobą od dekady.

Po premierze ich pierwszego albumu "Dummy" przed piętnastoma laty, Portishead okrzyknięto kolejnymi - po Massive Attack - zbawcami brytyjskiego popu. Na kilka lat Bristol stał się dla Wyspiarzy stolicą muzycznego świata. Zresztą debiutanckie krążki artystów z tamtejszej sceny triphopowej: "Blue Lines" "Massive Attack" ( 1991), "Dummy" (1994) i "Maxinquaye" Tricky’ego (1995) zachwyciły nie tylko kapryśnych Anglików. Twórcy z Bristolu zaproponowali bowiem niespotykaną wcześniej fuzję soulu, hip-hopu, reggae i jazzu a ich nagrania fascynowały mrocznym, nieco halucynacyjnym klimatem. Mówiono wówczas, że Bristol to miejsce, gdzie wstawanie z łóżka zajmuje więcej czasu niż gdziekolwiek indziej. Prasa wykreowała też stereotyp triphopowego twórcy - połączenie utalentowanego ulicznego chuligana i komputerowego maniaka z nieodłącznym skrętem marihuany w ustach.

Spośród wielkiej triphopowej trójcy, muzycy Portishead najbardziej odstawali od tego obrazu.

Lider grupy Geoff Barrow wcześniej grywał na perkusji w zespołach rockowych, zaś muzyką profesjonalnie zajął się świeżo zainspirowany amerykańskim hip-hopem. Zanim założył grupę, zdobywał doświadczenie jako inżynier dźwięku, pracując m.in. podczas sesji do epokowego "Blue Lines". Choć na "Dummy" słychać - podobnie jak u innych twórców z Bristolu - sporo sampli ze starych soulowych płyt i filmowych soundtracków, Portishead - w przeciwieństwie do Tricky’ego i Massive Attack, nie mieli doświadczeń w ulicznych didżejskich kolektywach, a w ich muzyce w brakowało dubowej wibracji. Stylistykę zespołu definiowały elektroniczne fascynacje Barrowa, jazzowe inklinacje gitarzysty Adriana Utleya i niezwykły głos wokalistki Beth Gibbons porównywanej do Billie Holiday.

Anglicy zaproponowali unikalną formułę melancholijnego białego hip-hop bluesa, który najlepiej sprawdzał się słuchany w samotności, ze słuchawkami na uszach. Ich dźwiękowe pejzaże i udręczony wokal Gibbons śpiewającej o osobistych dramatach okazały się niezwykle atrakcyjne dla poszukiwaczy muzycznego spleenu, z różnych środowisk. Portishead skutecznie jak nikt inny oswoili z "nowymi brzmieniami" muzycznych tradycjonalistów - edukując zarówno miłośników lirycznego popu, pogrobowców 4AD czy nawet fanów klimatycznego metalu.

Popularność zespołu stała się też jednak jego przekleństwem. Gibbons i Barrow coraz częściej dawali znać swemu rozgoryczeniu: w swoim mniemaniu tworzyli bowiem katarktyczną sztukę, tymczasem ich piosenki wykorzystywano jako tło w kawiarniach czy hotelowych lobby. Zmęczeni nieustannym zainteresowaniem prasy z czasem niemal zerwali kontakt z mediami. Coraz rzadziej grali też koncerty. Po oszałamiającym sukcesie "Dummy" grupa nagrała w studio jeszcze jeden, niedoceniony krążek. Pożegnaniem z fanami było zaś wydawnictwo koncertowe "Roseland, NYC Live", po którym drogi muzyków rozeszły się na kilka lat.

O tym, że Portishead znów pracują razem, mówiono od czasu, gdy grupa zagrała razem po przerwie podczas benefisu dla ofiar tsunami w 2005 roku. Dziś Barrow przyznaje, że popularność zespołu przytłoczyła go i na długi czas stracił przyjemność z tworzenia muzyki. Potrzebował spokoju i wyciszenia, przede wszystkim zaś chciał uniknąć presji związanej z sukcesem kolejnego albumu. "Po 10 latach nikt z nas już tego nie czuje. I dopiero teraz możemy robić to, na co mamy ochotę" - mówi. Pytany o nowy krążek żartuje zaś: "Ten album będzie jak oglądanie serialu »Lost« - niekończąca się podróż i zaledwie kilka odpowiedzi."

Berliński występ odkrył jednak kilka narosłych przez lata tajemnic. A nieformalna atmosfera radiowej sesji pozwoliła oglądać zespół niejako od kuchni, podczas generalnej próby przed europejskim tournee. Niektóre kompozycje grupa przerywała w połowie, rejestrując właściwą wersję dopiero za kolejnym podejściem. Każdą kolejną pomyłkę kwitowały zaś salwy śmiechu całego składu. I choć trudno było się spodziewać, że Beth czy Geoff na co dzień odgrywają swe role romantycznych ponuraków, swobodna atmosfera zadziwiająco kontrastowała z powagą zaprezentowanego repertuaru.

Portishead wciąż poraża bowiem głębią melancholijnego śpiewu Beth i intensywnością brzmienia. Równocześnie jednak nowe kompozycje zaskakują rytmiczną dynamiką. Już na drugim krążku Barrow zrezygnował z sampli - na "Third" ich miejsce jeszcze wyraźniej wypełniają elektroniczne jazgoty lub zgrzytliwa gitara. Wydaje się też, że Anglicy chcą odciąć się od triphopowej formuły powolnych beatów i nieco zaspanych wokali. Wokal Gibbons wciąż jest niezwykle skupiony, czasem melodramatyczny w tonie, jednak jej balladowe melodie kontrowane są mocnymi brzmieniami electro czy motorycznymi, wybijanymi przez dwie perkusje rytmami inspirowanymi awangardowymi eksperymentami grup krautrockowych. Portishead mają świadomość, że ich brzmienie jest niepodrabialne, a starzy fani będą szczęśliwi, mogąc ponownie posłuchać smutnych songów Beth. Dzięki temu mogli sobie pozwolić na śmiałe dźwiękowe poszukiwania i udało im się uniknąć powtarzania dawnych artystycznych gestów. Ich nowe oblicze, to wynik twórczej ewolucji, a nie radykalnej zmiany stylu, jednak jedyna piosenka ze "starego" repertuaru "Sour Times" - przyjęta rzecz jasna owacyjnie, zabrzmiała jak wspomnienie z odległej epoki. Ostateczny kształt "Third" poznamy za miesiąc, jednak koncertowy entuzjazm i dyspozycja Anglików nakazują myśleć, że przyszłość ambitnego popu wciąż leży w ich rękach.