Klara Klinger: W Polsce obchodzimy właśnie rocznicę Marca ’68. Czesi też mają teraz ważną rocznicę - praskiej wiosny. Mówi się, że odczytanie przez pana słynnego listu Sołżenicyna na zjeździe pisarzy w 1967 roku było początkiem praskiej wiosny. To była zorganizowana akcja?
Pavel Kohout: Miałem ten list akurat przypadkowo ze sobą, bo wszyscy mieliśmy jego kopie. Mój kolega Aleksander Kliment wspomniał o tym, że czescy pisarze powinni go poznać. Wtedy ja spontanicznie zgłosiłem się i powiedziałem: "to mogę go przeczytać, bo mam go przy sobie". Moja propozycja była dla mnie samego zaskoczeniem.

Ale domyślał się pan co może wywołać ten list?
Jasne. I stało się tak, jak przewidywałem. Główny ideolog partii, który akurat tam siedział, natychmiast wstał i wyszedł.

Ale do tego czasu był pan po tej samej stronie - był pan aktywnym komunistą. Co się stało, że pan przeszedł na drugą stronę barykady?
To nie było tak, że był jeden przełomowy moment. Ta przemiana zaczęła się sporo wcześniej. Trzeba pamiętać, że u nas komunizm nie przyszedł z Armią Czerwoną, która narzuciła reżim, jak było w Polsce, czy na Węgrzech. Wybraliśmy go sobie sami. U nas istniała prawdziwa Czechosłowacka Partia Komunistyczna, która tuż po wojnie miała całą rzeszę zwolenników. Ludzi, którzy nie chcieli powrotu tzw. dzikiego kapitalizmu, który doprowadził Czechosłowację do ciężkiego kryzysu gospodarczego. Do partii ludzie wstępowali z przekonania, kierując się pewnymi zasadami. A kiedy przekonali się, że to bujda, że hasła sprawiedliwości społecznej to tylko nic nieznaczące komunały, zaczęli już w połowie lat 50. zastanawiać się, jak z tej tragicznej sytuacji się wykaraskać. Widzieliśmy różne powstania: w Berlinie w 1953, w Poznaniu, w Warszawie i Budapeszcie w 1956, i zrozumieliśmy, że barykady nas do niczego nie doprowadzą. Uważaliśmy, że jedyne, co da się zrobić, to otworzyć na zewnątrz.

Stał się pan wrogiem reżimu numer jeden. Chciano nawet pana zabić – planowano wysadzenie pana samochodu...
Takich jak ja, których nienawidził reżim, było więcej. Na szczęście, to już jest za nami. W sumie miałem farta.

Mimo dość ostrych prześladowań nie chciał pan emigrować. W końcu jednak został pan w Austrii.
Co miałem robić - zostałem. Na początku niemieckie i austriackie teatry wystawiały moje sztuki. Ale z czasem pokłóciliśmy się ze środowiskami artystycznymi. Bo oni byli komunistami, a ja byłem w ich oczach zdrajcą. Nie mogli mi wybaczyć, że zdradziłem ich marzenie o wspaniałym komunizmie. Ale oni nie mieli pojęcia, jak to naprawdę wygląda. Ja byłem żywym przykładem, że komunizm nie jest taki, jak oni go sobie wyobrażali. Tymczasem oni, zmęczeni kapitalizmem, chcieli socjalizmu. I mieli wrażenie, że za wschodnimi granicami zaczyna się raj równości. Nie chcieli wierzyć tym, którzy mówili, że to oszustwo. I przestali grać moje dramaty.

Jedną z pana bardziej znanych powieści jest "Kacica". Rzecz o dziewczynie, która chodzi do szkoły dla katów...
"Kacica" to dziecko Jaroslava Haszka i Franza Kafki. W tym sensie, że dla mnie Kafka jest północnym biegunem literatury, a Haszek południowym. I między nimi sytuuje się właśnie moja "Kacica". To, podobnie jak u Haszka, czeski humor wpleciony w potworną rzeczywistość. W książce stworzony przeze mnie świat jest prawdziwy, bo wszystkie fakty o oprawcach zaczerpnąłem z literatury naukowej. Tylko ta szkoła jest wymyślona. Teraz po raz kolejny wychodzi "Kacica" w Pradze, to będzie świąteczne wydanie.

Powieść miała symboliczne znaczenie, ale była bardzo drastyczna, pełna realistycznych opisów tortur....
Zabawne, bo zauważyłem, że na spotkaniach autorskich po autograf z tą powieścią przychodzą przede wszystkim osiemnastoletnie dziewczęta. Nigdy nie widziałem, żeby przyszedł jakiś starszy pan. Czyli "Kacica" okazała się chyba literaturą dla dziewcząt.

W Polsce wyszedł właśnie zbiór pana dramatów. Jeden z nich "Maria walczy z aniołami", to historia aktorki Vlasty Chramostovej, którą po podpisaniu Karty spotkał totalny ostracyzm towarzyski.
Większość moich dramatów jest polityczna. Odnosi się wprost do moich osobistych przeżyć, także doświadczeń politycznych. Ale kiedy historia sama w sobie jest tak zajmująca jak dobre opowiadanie, to chwyta. Nie chcę wyjść na nieskromnego, ale dobry dramat zostaje dramatem. Więc mimo że poza granicami rozumiano ją może nieco inaczej niż w Czechach, w całej Europie cieszyła się bardzo dużą popularnością. Grają ją wszędzie, tylko nie w mojej ojczyźnie...

Jak to?
Bo ta sztuka jest o moich rodakach. O tym, jak czescy artyści kolaborowali z reżimem. Jak traktowali tych spośród siebie, którzy odważyli się podpisać Kartę 77. O ostracyzmie, jaki spotkał sygnatariuszy Karty ze strony ich niedawnych przyjaciół. O donosach. Dochodziło do tego, że spotkawszy któregoś z nich przypadkiem na ulicy, reżimowi artyści nagle przechodzili na jej drugą stronę. Bardzo smutny był przypadek Vlasty Chramostovej, bohaterki sztuki "Maria walczy z aniołami". Vlastę wyrzucono z teatru. Nie poddała się, grała w domu. Potem zginął jej syn. A przyjaciele opuścili ją jako wroga reżimu. Oczywiście to sztuka, ale wiele jej elementów jest prawdziwych. Chyba jasne więc, że teraz nie chcą wystawiać tej sztuki w Czechach.

Artyści donosili także na pana. Po 1989 roku dostał pan z archiwum StB tysiące donosów na siebie...
Było tego 13 tysięcy stron. Z ciekawością przeczytałem je wszystkie. Dowiedziałem się, że donosiły na mnie aż 262 osoby, na szczęście nikt z przyjaciół, którzy podpisali Kartę. Byli to starzy koledzy, przyjaciele jeszcze ze szkoły. Potem te dokumenty oddałem historykom, bo to bardzo interesujące świadectwo. I z nich powstała książka, która nazywa się "Svazek Dialog". Bo "Dialog" to było imię nadane mi w StB. Co zabawne, Havla nazwano "Monolog".

Przeżył pan wiele lat w Austrii, pisze pan nadal po czesku?
Po niemiecku piszę głównie eseistykę i publicystykę. Pisałem też dramaty. A potem tłumaczyłem je na czeski i oczywiście wychodził z tego zupełnie inny dramat.

Gdzie pan teraz mieszka?
W pociągu. A tak na poważnie, mam mieszkania w Wiedniu i w Pradze, ale wciąż nie możemy się zdecydować, gdzie będziemy żyć. Choć pewnie zwycięży Praga. Na razie uprawiam taką miastową bigamię.