MAGDALENA MIECZNICKA: Jak wyglądały pani przygotowania do Świąt?
ANTONINA KRZYSZTOŃ*: Dla mnie to przede wszystkim przygotowanie duchowe, bo jestem praktykującą katoliczką. Staram się wziąć udział w rekolekcjach, żeby zastanowić się nad sobą. Nasze codzienne życie przypomina coraz szybszy bieg, a rekolekcje to czas, kiedy człowiek zatrzymuje się, spotyka się sam ze sobą, ale przede wszystkim spotyka się z Bogiem.

Zastanawiam się, na ile jest to podobne do psychoterapii. Teraz większość moich koleżanek nie na rekolekcje, ale raz w tygodniu chodzi do psychoterapeutów. I zastanawiają się nad tym samym – nad swoimi słabościami, swoimi relacjami z ludźmi.
Psychoterapia może nam pomóc zrozumieć siebie, ale to jest zetknięcie się dwojga ludzi, a nie spotkanie z Bogiem. Trzeba sobie zdać sprawę, że jesteśmy grzesznikami i żadna psychoterapia nas nie oczyści i nie zbawi…

We Francji wręcz mówi się, że współczesną religią jest psychoanaliza: to jest nowoczesny sposób pogłębiania siebie.
Dla mnie Francja duchowo to Taizé, to Marta Robin.

Ale nie myśli pani, że jednak dzisiejsze społeczeństwo odchodzi od tego systemu wartości? Dla mnie znakiem przemiany duchowości, być może jej spłycenia, była przemiana, którą widziałam w swoim liceum. Moja mama należała w liceum do harcerstwa – i to opozycyjnego – z całym jego wspaniałym systemem wartości. Kiedy ja chodziłam do liceum w latach 90., harcerstwo stało się nagle śmieszne. Granie na gitarze i wszystkie te rzeczy były śmieszne. W dobrym tonie było posiadanie ładnych ubrań i jeżdżenie na narty w Alpy.
A co teraz pani o tym myśli? Czy było to dla pani jakąś wartością?

Myślę, że wszystko może być wartością. W latach 90. nagle wartością stało się szybkie zrobienie kariery. I to było bardzo trudne i wymagające. Wszyscy moi koledzy dużo się uczyli, byli ogromnie ambitni - żeby osiągnąć sukces.
Tak, widziałam te zmiany, o których pani mówi, i widzę je nadal. Mogę powiedzieć, że mam luksus, że nie jestem teraz w pani wieku. Wiem, że macie bardzo trudno. Nam było prościej, bo mieliśmy konkretnego wroga - Ruskich i komunistów - a sprawy bytowe były nieistotne, bo wszyscy i tak mieli figę z makiem. Nie było konkurencji. Nie trzeba się było nawet ścigać w kończeniu dobrych studiów, bo i tak ważna była tylko czerwona książeczka. Teraz jest walka, żeby być najlepszym. Ale myślę, że to kiedyś przyhamuje. Nie jestem przeciwko pieniądzom - niech się pieniądze nas trzymają, ale nie na odwrót. Jednak jeżeli nie służą naszemu rozwojowi - są zbędne. Wyrosłam w rodzinie, w której wpojono mi taki system wartości. Mieszkałam u mojej cioci Haliny Mikołajskiej i Mariana Brandysa, którym bardzo wiele zawdzięczam. I dlatego staram się, tak jak oni, nie kierować sukcesem i materią. Być może dlatego nie jestem osobą promowaną. Na początku, w latach 80., śpiewałam i grałam dla wszystkich. W pewnym momencie zostałam włożona w szufladę piosenek religijnych. A ja po prostu śpiewam o tym, co jest dla mnie istotne, o Panu Bogu też. Na świecie nikogo to nie dziwi, ale w Polsce tak. Kiedy nagrywałam płyty w podziemiu, w latach 80., wśród moich piosenek znalazł się „Hymn o miłości” ze św. Pawła. I wtedy nikomu to nie przeszkadzało. Kiedy w latach 90. chciałam zatytułować piosenkę „Dziękuję Ci, Boże”, firma nagraniowa powiedziała mi, że to nie przejdzie. Okazało się, że w kraju, który w dalszym ciągu jest katolicki, nie ma otwartej drogi dla ludzi konsekwentnie idących tą drogą. Teraz na szczęście trochę się to zmieniło.

A więc jednak czuje pani, że świat odchodzi od wartości, które dla pani są istotne? W Europie Zachodniej, na przykład w Anglii, widziałam na własne oczy kościoły zamieniane na puby, hotele, prywatne domy.
A jednak nie! To, co widzimy w telewizji, co czytamy w gazetach, jest tylko fragmentem rzeczywistości. Od 25 lat jeżdżę z koncertami, często występuję w kościołach, gdzie spotykam młodych ludzi, i widzę, że jest mnóstwo wspaniałej wierzącej młodzieży. Człowiek ogranicza się do pewnych kręgów i nie widzi wszystkich dookoła. Nadal jest wielu ludzi, którzy wybierają taką drogę jak moja. Spotkałam tylu wspaniałych księży, którzy są prawdziwymi przewodnikami, często dla samotnej młodzieży są ojcami duchowymi. Niestety dla mediów ciekawsi są ci, którzy upadli. Poznałam też ludzi pracujących w hospicjum i dzięki nim zobaczyłam, jak można żyć zupełnie inaczej. To kompletnie inny świat - i ten świat istnieje, tuż obok tego materialistycznego świata, o którym pani mówi.

A skąd ci ludzie się wzięli? Gdy przypominam sobie swoje liceum, nie pamiętam takich zainteresowań. Wszyscy zajmowali się wprawianiem się w pisaniu CV.
Mogła ich pani nie zauważać, bo byli mniej widoczni. Są dzisiaj bardzo różni młodzi ludzie. Na przykład jest Ruch Czystych Serc, w którym młodzież ślubuje sobie czystość do ślubu. Oczywiście czystość przedmałżeńska jest wpisana w Dekalog, ale w naszym świecie zachowanie jej jest trudne. Uczestniczyłam w mszy, gdzie cały kościół był wypełniony młodzieżą. Podczas ofiarowania przynosili karteczki ze swoimi imionami i nazwiskami, jako znak tego ślubowania. A to jest tylko jeden przykład. Wracając do hospicjów. Zobaczyłaby tam pani ludzi, których motywacją jest po prostu chęć pomocy ludziom umierającym.

To niesamowite, że są tacy ludzie. I bardzo piękne. Ale mam wrażenie, że coraz rzadsze. Dla mojego pokolenia poświęcanie się dla drugiego człowieka nie jest tak oczywiste jak kiedyś. Na przykład całe życie mojej babci było poświęcaniem się dla innych: miała rodzinę, pracowała dla niej, gotowała, i tak dalej. Dla mnie i moich koleżanek taka postawa byłaby zupełnie niemożliwa. Czułybyśmy, że zmarnowałyśmy życie.
Niech pani zapyta babcię, czy czuje się spełniona i czy jest szczęśliwa. Być może dla pani babci atrakcyjne było to, co dla pani byłoby losem tragicznym. Dla niej to było życie. Ja też miałam taką babcię, która robiła wszystko dla innych. Miała życie zminimalizowane, ale jednak niezwykłe. Zazdroszczę jej, że tak potrafiła. Nie były jej potrzebne te wszystkie gadżety.

Moi znajomi cieszą się tym, że kupią sobie lampę jakiegoś projektanta i pasuje im ona do fotela, a są sfrustrowani, gdy komuś się nie podoba. Więc umieją się tak ustawić, żeby te gadżety wypełniały ich życie i nadawały mu sens.
Człowiek jest naczyniem, które może wypełnić rzeczami i sukcesami. Ale w rezultacie się od nich uzależnia. Ja nie lubię być uzależniona. Musimy bardzo chronić siebie, bo jesteśmy w tej chwili łatwym łupem. Od kiedy sytuacja w Polsce się poprawiła, mamy iluzję, że możemy coś stwarzać. Że na przykład spowiedź zastąpimy sobie psychoterapią, a modlitwę gadżetami. Żyjemy w czasach, w których bogiem jest materia i znajduje ona wielu wyznawców. Czym są te Święta Wielkanocne? Są wyjściem ze śmierci do światła i do życia, świadomością, że Bóg nas przed tym ratuje.

Na pani stronie internetowej przeczytałam coś, co mnie uderzyło: modlitwę dziecka z Ravensbruck: "pamiętaj o tych, którzy nam sprawiają cierpienie, a także o wszystkim, co zrodziło się w nas z tych cierpień: o przyjaźni, lojalności, pokorze…". Kiedy to czytałam, pomyślałam sobie, że dziś tak się nie rozumuje. Teraz się uważa, że cierpienie jest czymś ewidentnie złym, że musimy być wściekli na świat, który sprawia nam ból.
Nie, nadal są dwa nurty. Ja ze swego doświadczenia mogę powiedzieć, że cierpienia, których doznałam, oczyściły mnie, pokazały mi, kim jestem. Ale nie dziwmy się, że dzieją się bardzo złe rzeczy, bo grzesząc, poszerzamy pulę zła i to my jesteśmy odpowiedzialni za tych, którzy umierają w Afryce. Jeżeli nie chcesz, by tak się działo, nie grzesz.

To podobnie jak alterglobaliści, którzy twierdzą, że Afryka cierpi przez Zachód. Żartuję. Ale także Wielki Post można strywializować i niejako wprząść w swój egoizm. Znam wiele osób, które nie są specjalnie wierzące, a wykorzystują Wielki Post po to, żeby się zmobilizować, by na przykład nie palić papierosów i nie jeść słodyczy. Ale Wielki Post jest dla nich tylko pretekstem, tak naprawdę robią to dla swojego ciała.
Mobilizacja jest dobra. Ważne jest, czemu służy. Zdaje mi się, że u pani to jest ciągle rozważanie umysłu, i to może być niebezpieczne. Mam wrażenie, że nasze drogi są kompletnie równoległe.

Czytając współczesnych pisarzy, można pomyśleć, że wszyscy idą w tym samym kierunku: materializmu, który wiąże się zresztą z różnymi neurozami, frustracjami. Ludzie są nieszczęśliwi i samotni, ale nie mają ochoty żyć inaczej.
Bo te gadżety nie uszczęśliwiają! Dają tylko złudzenie. A co by panią uszczęśliwiło?

Szczęśliwa miłość. Sukces zawodowy.
Czyli spełnienie siebie. Bóg, spełnienie siebie, czyste sumienie i miłość - to są cztery rzeczy, które dają nam szczęście. A spełnienie jest bardzo indywidualne. Może dzisiaj wielu ludzi nie ma kontaktu ze swoim ja, i nie ma pojęcia, co dałoby im szczęście. Zakładają, że szczęście daje im to, czym kusi świat: kariera, pieniądze, a to nieprawda. Ktoś pokazał mi niedawno swoją wystawę, myśląc, że zrobię do tego muzykę. Gdy to zobaczyłam, przez pół roku nie mogłam do tej osoby zadzwonić. To był „Krzyk” Muncha, to była „Guernica”, ale sposób ukazania tego był dla mnie nie do przyjęcia od strony ludzkiej. Wychodzę z wystaw, gaszę muzykę, wychodzę z kina, kiedy czuję, że to jest dla mnie duchowo trujące. To mogą być wielcy artyści, ale nie to jest dla mnie istotne, ważne jest to, czym się dzielą - przekaz.

Wie pani, wymową Wielkanocy jest życie, moje nawrócenie, twoje nawrócenie. To, że możemy zacząć od nowa, że On nas kocha, że możemy znowu żyć. Jeżdżę po Polsce z pieśniami wielkopostnymi i śpiewam je a capella. Jest tam pieśń, której ostatnia zwrotka brzmi tak: „Do Boga powrócić może każdy człowiek. Nawet z bardzo krętej drogi widzę światło Boże”. O tym jest Wielkanoc. O tym spotkaniu. Weźmy to moje spotkanie z panią - zastanawiam się, dlaczego jest to spotkanie i zaczyna mi się wydawać, że nie jest związane tylko z wywiadem, ale że spotkałyśmy się z jakiegoś powodu. Zawsze jest jakiś powód. Nie ma przypadków.

To po co się spotkałyśmy?
Jeszcze nie wiem.