19 lat temu, kiedy widzieliśmy go po raz ostatni, ulubiony archeolog ludzkości odjeżdżał na koniu w stronę zachodzącego słońca po znalezieniu Świętego Graala. Wydawało się, że to musi być koniec przygodowej serii rozpoczętej "Poszukiwaczami zaginionej arki”, przebojem kasowym z 1981 r. Aż tu nagle przed południem 18 czerwca 2007 r. reżyser filmów z Indianą Jonesem Steven Spielberg oraz ich pomysłodawca George Lucas stanęli przed ekipą filmową na pustyni w Deming w stanie Nowy Meksyk. "Jak ten czas leci" - powiedział Spielberg, unosząc kieliszek szampana. "Nikt się nie zmienił, wszyscy wyglądamy tak samo. Chcę powiedzieć tylko jedno: życzę wam połamania nóg, miłego kręcenia i zdrowie wasze nieustające, moi drodzy".

Temperatura wkrótce osiągnęła 36 stopni. Chyba nikt nie odczuwał tego dotkliwiej niż odtwórca głównej roli Harrison Ford, który w wieku 65 lat znów włożył na siebie strój Indiany Jonesa. "Prawdę mówiąc, facet dziwnie się ubiera" - mówi Ford. "Nosi przy sobie pejcz i w skórzanej kurtce włóczy się po różnych upalnych miejscach".

Do polskich kin film trafi 22 maja, cztery dni po światowej premierze, która odbędzie się na festiwalu w Cannes. Fabuła rozgrywa się w 1957 r. Jones musi się zmierzyć z zimnowojennymi rosyjskimi agentami dowodzonymi przez zimną jak lód Cate Blanchett. U jego boku ponownie stoi Karen Allen jako Marion Ravenwood, prawdziwa miłość Indy’ego, po raz ostatni widziana w "Poszukiwaczach”. Wschodząca gwiazda Shia LaBeouf gra dziecko Indy’ego i Marion.

Prawdopodobieństwo sukcesu kasowego jest duże. 63-letni Lucas i 61-letni Spielberg zrobili 13 spośród 100 najbardziej dochodowych filmów wszech czasów, osobno albo w tandemie. Sam cykl o Indianie Jonesie zarobił 1,18 mld dol., i to nie licząc wpływów z komiksów, książek i gadżetów.

Film na sobotnie poranki

Ale dawno temu, w latach 60., Lucas i Spielberg byli kopciuszkami pukającymi do drzwi pałacu. Hollywood rządzili wówczas ludzie znajdujący się w ich obecnym wieku, twardzi faceci, którzy nie zamierzali poddawać się bez walki. 18-letni Spielberg pojechał na wycieczkę autokarową do Universal Pictures i kiedy autobus stanął przed toaletami, ulotnił się i aż do zmroku łaził po terenie wytwórni. Był pasjonatem kina, nakręcił już 8-milimetrową kamerą pełnometrażowy film "Firelight” (ze swoimi siostrami w rolach głównych) i rwał się na szersze wody.

Następnego dnia przyszedł do wytwórni w garniturze i z aktówką swojego ojca. To przebranie wystarczyło, by strażnicy go wpuścili. Zajął puste biuro i pracował w Universalu przez całe lato 1965 r. Poznał scenarzystów oraz reżyserów, odbył coś w rodzaju nieformalnego stażu. Podczas studiów w Long Beach nadal odwiedzał wytwórnię. W weekendy nakręcił 23-minutowy film "Amblin” o parze autostopowiczów. Zapewniło mu to prawdziwą posadę - reżysera w telewizyjnej części Universalu. I tak młody geniusz w otoczeniu posiwiałych weteranów realizował kolejne odcinki "Night Gallery” oraz "Columbo”, wypracowując warsztat, który przydał mu się przy kręceniu następnych filmów: od "Sugarland Express” (1974) po "Monachium” (2005).

Z kolei Lucas filmowcem został z przypadku. Jako chudy, chory na cukrzycę nastolatek dorastający w zakurzonym północnokalifornijskim mieście Modesto chciał być kierowcą rajdowym - w tamtych czasach szybka jazda i naprawianie samochodów to były jego główne talenty. Jednak marzenie prysło jeszcze przed ukończeniem szkoły średniej, kiedy dachował swoim fiatem bianchina i cudem uniknął śmierci. Po dwóch latach nauki w małym college’u złożył podanie do szkoły filmowej uniwersytetu południowokalifornijskiego. Wyjechał na południe wbrew woli rygorystycznego ojca (który uważał przemysł filmowy za niemoralny) i szybko wyrobił sobie markę serią eksperymentalnych filmów krótkometrażowych.

Dzięki tym pracom został przyjęty na staż do Warner Bros., gdzie trafił na plan zdjęciowy "Tęczy Finiana”, musicalu kręconego przez jednego z nielicznych wtedy młodych reżyserów, 28-letniego Francisa Forda Coppolę. Późniejszy twórca "Ojca chrzestnego” namówił Lucasa, aby nauczył się pisać scenariusze i tworzyć przystępne filmy. Lucas wziął sobie tę radę do serca. Przez następne lata działał w większości poza systemem. Za niemałe przychody ze swoich dzieł zbudował Lucasfilm, skromniejszą wersję Hollywood dziś mieszczącą się w dzielnicy San Francisco Presidio i na dużym ranczu w hrabstwie Marin.

W 1967 r. podczas festiwalu na UCLA Spielberg obejrzał krótkometrażówkę Lucasa "Elektroniczny labirynt: THX 1138 4EB”. "Poznałem George’a za kulisami. Jego film mnie powalił. Francis Coppola przedstawił nas sobie" - wspomina Spielberg. Ponownie spotkali się na początku lat 70. w Los Angeles, kiedy Lucas robił casting do "Amerykańskiego graffiti”. Grupa młodych filmowców zjechała do domu Lucasa przy ulicy Benedict Canyon. Znalazł się wśród nich Spielberg, który pracował nad scenariuszem "Sugarland Express”. Jeszcze w tej samej dekadzie hity Spielberga ("Szczęki”) i Lucasa ("Gwiezdne wojny”) zmieniły oblicze przemysłu filmowego. W dniu premiery "Gwiezdnych wojen” w 1977 r. Lucas uciekł z Los Angeles na Hawaje. Niebawem dołączył do niego Spielberg - tam omówili swoje filmowe plany. "Powiedziałem, że chcę znowu uderzyć do producenta Cubby’ego Broccoliego, który za pierwszym razem odrzucił moją propozycję nakręcenia odcinka Jamesa Bonda" - mówi Spielberg. "George powiedział mi na to: "Mam coś lepszego. To »Poszukiwacze zaginionej arki«”. Streścił mi fabułę i od razu na plaży zaangażowałem się w ten projekt".

Lucas wymyślił uzbrojonego w pejcz archeologa na początku lat 70., gdy ledwo wiązał koniec z końcem w Mill Valley na północ od San Francisco. Mniej więcej w tym samym czasie w jego głowie narodziła się idea "Gwiezdnych wojen”. Szlifował także pomysł na "Amerykańskie graffiti”. "Mam taką skłonność, że kiedy nad czymś pracuję, to jednocześnie zajmuję się setką innych rzeczy, żeby mnie to nie znudziło. Trochę wcześniej razem ze scenarzystą oraz reżyserem Johnem Miliusem pracowałem nad scenariuszem "Czasu Apokalipsy”" (zanim projekt trafił w ręce Coppoli, miał go wyreżyserować Lucas).

Właśnie wtedy wymyślił postać Indiany Smitha (takie pierwotnie dał mu nazwisko). Zależało mu na odtworzeniu klimatu filmów Republic Pictures, które oglądał w telewizji jako dziecko. "Serial na sobotnie poranki" - taka była pierwsza myśl. Trochę więcej staranności, lepsza produkcja oraz szczypta ironii - i może uda się stworzyć coś interesującego dla widowni z lat 80.

"Poszukiwacze zaginionej arki” z mnóstwem komicznych scenek oraz brawurowych ucieczek byli najbardziej dochodowym filmem 1981 r. Ford, który w "Gwiezdnych wojnach” zagrał aroganckiego Hana Solo, genialnie wykreował postać profesora archeologii, który poza murami uczelni nie jest już taki dystyngowany. Później powstały jeszcze dwa odcinki: mroczny i przeszarżowany "Indiana Jones i Świątynia Zagłady” (1984) oraz bardziej czuły, slapstickowy "Indiana Jones i ostatnia krucjata” (1989), w którym Indy zyskuje sobie szacunek swojego ojca, zahamowanego emocjonalnie zrzędy granego przez Seana Connery’ego.

To nie była jednak ostatnia krucjata. W latach 1992 - 1996 Lucas nadzorował produkcję "Przygód młodego Indiany Jonesa”, serialu, który zdobył 10 nagród Emmy. Filmując w 1993 r. jeden z odcinków, w którym przez ekran przewinął się Ford, Lucas wpadł na pomysł czwartej części. Wspomniał o tym aktorowi, który zareagował jednak bez entuzjazmu. Również Spielberg nie był zachwycony tą ideą, chociaż nie miał nic przeciwko nakręceniu czwartego filmu. Ale Lucas był nieugięty: albo jego pomysł, albo nic.

Indy niczym Humphrey Bogart

Na terenie Universal Studios stoi zespół dwukondygnacyjnych budynków. To wytwórnia Amblin Entertainment, w której Spielberg pracuje, gdy nic nie kręci. Kiedy przyjmuje kogoś w przytulnie urządzonym gabinecie, patrzy mu w oczy i z zainteresowaniem zadaje pytania. Jest zaangażowany, życzliwy - "obecny”, by posłużyć się slangiem z LA. Gdy robię z nim wywiad, ma przerwę między sesjami montowania nowego Indy’ego. "Jestem w trakcie drugiego montażu, co znaczy, że poskładałem film i obejrzałem go" - mówi. "Zwykle robię około pięciu wersji montażowych. Najlepsza wiadomość jest taka, że po pierwszym obejrzeniu filmu nie chciałem niczego nakręcić od nowa ani niczego dodać".

Od czasów pierwszego Indiany wiele się zmieniło. Przede wszystkim Spielberg, w latach 70. i 80. znany jako reżyser popularnych, lecz czysto rozrywkowych filmów, stworzył poważniejsze: "Listę Schindlera” (1993), "Amistad” (1997) czy "Szeregowca Ryana”(1998). Także jego projekty SF: "A.I.: Sztuczna inteligencja” (2001), "Raport mniejszości” (2002) oraz "Wojna światów” (2005) poruszały się w nieco innych rejonach niż "Bliskie spotkania trzeciego stopnia” (1977) czy "E.T.” (1982). Jednocześnie kino akcji przeszło wielką ewolucję, czego przykładem może być Jackie Chan ucinający szyje ciosem karate. Czy Indy okaże się konkurencyjny na takim rynku?

Zamiast unowocześnić cykl, dostosowując go do współczesnej mody, Lucas i Spielberg uznali, że pozostaną wierni wcześniejszym filmom pod względem obrazowania, tonu i tempa. W fazie przedprodukcyjnej Spielberg obejrzał trzy pierwsze odcinki "Indiany Jonesa” razem z operatorem Januszem Kamińskim. Kamiński zastąpił 94-letniego Douglasa Slocombe’a, któremu tamte dzieła zawdzięczają swoją stylistykę. "Musiałem je pokazać Januszowi" - wspomina Spielberg. "Nie chciałem, żeby stworzył zdjęcia typowe dla XXI wieku. Chciałem, by oświetlenie przypominało to wykreowane przez Douga Slocombe’a, co oznaczało, że Janusz i ja musieliśmy schować dumę do kieszeni. Janusz musiał się wzorować na innym operatorze, a ja na młodszym reżyserze, od którego stylu odszedłem po prawie dwóch dekadach pracy".

Kiedy przyszło do kręcenia, Spielberg i Ford już po paru dniach wskoczyli w stare buty Indy’ego. "Obaj jesteśmy starsi i chyba trochę to po nas widać, ale Harrison genialnie odtworzył ironiczno-lakoniczny styl doktora Jonesa i świetnie sprawdził się w scenach akcji, znacznie lepiej, niż oczekiwałem" - mówi Spielberg.

W osobnym wywiadzie Ford wyraża zadowolenie, że wyszedł z tej przygody bez szwanku: "Kiedy kręciliśmy pierwszy film, zerwałem sobie więzadło krzyżowe w lewej nodze, przy drugim uszkodziłem sobie kręgosłup i w trakcie zdjęć musiałem poddać się operacji, ale teraz nic poważniejszego mi się nie stało". To niemały wyczyn, zwłaszcza że Ford nie zawsze korzystał z zastępstwa kaskadera, choć atrakcyjność Indy’ego bierze się między innymi stąd, że profesor często zostaje nieźle sponiewierany. "Zawsze chciałem dać odczuć widowni, że Jonesa naprawdę boli, bo wtedy jego triumf sprawia jeszcze większą satysfakcję" - mówi aktor.

O dziewiątej rano Ford trzyma w ręku puszkę diet coke. Wygląda jak lekko pomniejszony niedźwiedź. Kiedy mówi o Indianie Jonesie, mur jego wrodzonej powściągliwości kruszeje. "To archetyp filmowy, w który wcielali się Clarke Gable czy Humphrey Bogart: od zewnątrz twardziel i cynik, w środku dusza człowiek" - mówi Harrison. Gwiazdor dokłada jeszcze sporo humoru, dzięki czemu jego bohater jest naprawdę uroczy. Pierwotny pomysł na tę postać był taki sam jak w przypadku Hana Solo: człowiek, który ciągle balansuje na linie, z tym że Solo jest w tym lepszy i bardziej brawurowy. Jeśli Indiana Jones nie spada w przepaść, to tylko dlatego, że w ostatniej chwili coś wymyśli albo szczęście się do niego uśmiechnie. Harrison nie gra adonisa czy superbohatera, tylko zwykłego człowieka, który robi spanikowaną minę typu "rany-boskie-za-chwilę-umrę”. Dzięki temu widownia może się z nim utożsamić.

Taka wiarygodność odpowiada Lucasowi. Producent jest pod wrażeniem filmów o agencie Jasonie Bourne. W filmowym środowisku ten cykl stał się czymś w rodzaju wzorca z Sevres dla filmów akcji. Lucas mówi, że seria podoba mu się właśnie ze względu na jej wiarygodność. "Jeśli ktoś ćwiczył sztuki walki, to wie, że potrafi złamać komuś nogę, nawet jeśli jest starszą panią drobnej postury. Można w to uwierzyć. Ale jeśli widzę, jak jeden człowiek z pistoletem skutecznie broni się przed pięćdziesięcioma facetami uzbrojonymi w karabiny maszynowe, to mówię sobie, że chyba tego nie kupuję. W realnym świecie człowiek by nie przeżył. Taka jest "Szklana pułapka” czy "Mission: Impossible”. A Bourne wciąż jest wiarygodny. Indiana Jones z grubsza też".

Indiana w świecie SF

Według Lucasa pierwszym klockiem, z którego buduje się każdy film o Indianie, jest tzw. MacGuffin. Ten termin spopularyzowany przez Alfreda Hitchcocka oznacza obiekt, który uruchamia fabułę i napędza ją aż do trzeciego aktu. Hitchcock uważał, że im mniej konkretny MacGuffin, tym lepiej. W jego klasycznym thrillerze "Północ - północny zachód” ludzie ścigający Cary’ego Granta chcą odzyskać mikrofilm zawierający tajemnice państwowe. Dla Hitchcocka to był idealny MacGuffin ze względu na jego cudowną ogólnikowość. Lucas generalnie zgadza się z tą koncepcją, ale jego zdaniem MacGuffin nie powinien być tylko pomagającym w zawiązaniu akcji gadżetem, lecz czymś niemal równie ważnym dla widzów jak bohaterowie pojedynkujący się na ekranie z czarnymi charakterami.

Za świetnego MacGuffina Lucas uważa zaginioną arkę, która nie tylko zawierała Dekalog, ale funkcjonowała jako "radio do rozmowy z Bogiem” i swoją starotestamentową mocą unicestwiała tych, którzy ośmielili się zajrzeć do środka. Nietrudno sobie wyobrazić, co by było, gdyby ten skarb wpadł w ręce nazistów, a nie poczciwego Indy’ego. Ale pierwszorzędny MacGuffin jest towarem deficytowym. Lucas nie był do końca zadowolony z MacGuffinów w "Indianie Jonesie i Świątyni Zagłady” (święte kamienie Shankara, które z niezgłębialnych dla widzów powodów trzeba odzyskać, aby uratować dzieci porwane z indyjskiej wioski przed wyznawcami kultu śmierci) oraz w "Indianie Jonesie i ostatniej krucjacie” (życiodajny święty Graal, który bardzo się przydaje, kiedy umiera tata Indy’ego).

"To ja muszę wymyślić fabułę i MacGuffina, nadprzyrodzony obiekt, za którym wszyscy się uganiają. Arka Przymierza idealnie zadziałała, lecz kamienie Shankara były zbyt ezoteryczne, a święty Graal trochę za mało porywający. Bałem się, że nie udźwignie filmu, i tylko dlatego wsadziłem tam ojca Indy’ego, by święty Graal jakoś się bronił. A potem pomyślałem sobie, koniec, nic więcej nie wymyślę, ostatni odcinek z trudem trzymał parametry. W tym momencie tak jakby wziąłem sobie urlop" - mówi Lucas. "Wychowywałem dzieci, zarządzałem swoimi firmami. Ostatnia rzecz, o której myślałem, to kolejny odcinek cyklu. Tak było aż do serialu telewizyjnego. Kręciliśmy jakąś scenę w Wyoming, gdzie mieszka Harrison, i nagle wymyśliłem MacGuffina, który stał jak byk na wprost mnie. Dlaczego ja tego wcześniej nie zobaczyłem?”.

Ford i Spielberg odrzucili ten pomysł, ale Lucas się uparł. Zatrudniał kolejnych scenarzystów, żeby zrobili z jego MacGuffina oś dramaturgiczną nowego filmu o Indianie Jonesie. "Trwało to 15 lat, aż wreszcie wszyscy zaczęli mówić: <Słuchaj, nie zrobimy tego filmu>. Ja odpowiadałem: <Nie potrafię wymyślić innego MacGuffina, a ten się sprawdzi, czuję to>. Później skapitulowałem i powróciłem do <Gwiezdnych wojen>. Aż tu Harrison nagle wyraził zainteresowanie powrotem do Indy’ego. Ja mówię: <Ale musi być z moim MacGuffinem, inaczej nie tykam się tego>”.

Ford ze śmiechem wspomina wytrwałość Lucasa. "Podsyłał mi kolejne scenariusze, ja się buntowałem, aż w końcu jeden scenariusz wydał mi się inteligentny, w logiczny, lecz nienachalny sposób nawiązujący do poprzednich odcinków. Bohater się postarzał, znaleźliśmy się w innej epoce, scenariusz był super, więc powiedziałem: <Dobra, zróbmy to>”.

Na ostatecznym scenariuszu widniało nazwisko Davida Koeppa, scenarzysty i reżysera, który ma na swoim koncie m.in. scenariusze do "Wojny światów”, "Spider-Mana” i pierwszego "Parku Jurajskiego”. Wcześniejsza próba, która zachwyciła Spielberga, ale nie Lucasa, była dziełem Franka Darabonta, scenarzysty i reżysera "Skazanych na Shawshank”, "Zielonej mili” i "Mgły”. Pytam Lucasa, czy w obu wersjach został wykorzystany ten sam MacGuffin. "Mhm" - odpowiada. A potem (ci, którzy nie chcą wiedzieć za dużo przed wizytą w kinie, niech dalej nie czytają) robi się odrobinę konkretniejszy. W "Indianie Jonesie i Królestwie Kryształowej Czaszki” nasz bohater przeprowadzi się ze świata archeologii w dziedzinę fantastyki naukowej. "Kombinowałem tak: Harrison jest o 20 lat starszy, zatem nie powinniśmy kręcić filmu w stylu z lat 30., tylko 50. Jaki był typowy film akcji klasy B w latach 50.? Science fiction. Czyli kręcimy SF klasy B z lat 50. Mam na myśli takie rzeczy, jak <Potwór z Czarnej Laguny>, <Blob>, <Zabójca z kosmosu>".

Jak wiedzą wyznawcy New Age, czaszki zrobione z kryształów kwarcu naprawdę istnieją. Ale czy rzeczywiście są to przedmioty prekolumbijskie pochodzące od Majów lub Azteków? Czy mają własności nadprzyrodzone - tak jak "czaszka zagłady” odkopana podobno na początku XX wieku przez archeologa F.A. Mitchella-Hedgesa? Pozostaje to kwestią sporną, podobnie jak istnienie Yeti czy Atlantydy. Jednak w świecie Indiany Jonesa - jak widzieliśmy na przykładzie "Świętego Graala” i "Arki Przymierza” - legend się nie kwestionuje. Kryształowe czaszki pojawiły się już w czterech powieściach dla młodzieży z Indianą Jonesem oraz w tokijskim parku tematycznym Disneya. W serialu telewizyjnym "Stargate SG-1” przybyły na Ziemię z kosmosu. Można podejrzewać, że w nowym filmie o żądnym przygód archeologu te rekwizyty również będą w jakiś sposób związane z obiektami lub istotami nie z tego świata. Słowa Lucasa - więcej nie udało się od niego wydobyć - zdają się potwierdzać spekulacje internautów, że sceny kręcone w Nowym Meksyku rozgrywają się w Area 51, bazie wojskowej w Newadzie, gdzie według zwolenników teorii spiskowych lądują UFO, a kosmici prowadzą swoje badania.

Cegły i babeczki z budyniem

Lucas jest przekonany, że nowy film nie wszystkich zadowoli: "Krytykom się nie spodoba, już im się nie podoba, nic na to nie poradzimy. Krytycy nie mogą znieść tego, że nakręciliśmy kolejny odcinek. Już wyrobili sobie pogląd".

Ale ucieszą się przynajmniej rzesze zagorzałych fanów Indy’ego, no nie? Fani się zdenerwują. Zawsze tak jest. "Dlaczego on zrobił tak, a nie tak?”. Piszą swój film, a kiedy ty zrobisz inny, to się denerwują. I później trzeba uważać na cegły i babeczki z budyniem, bo na pewno polecą w twoją stronę.

Czy to nie nadmiar ostrożności? Rzeczywiście Spielberg i Lucas bywali już niemiłosiernie chlastani. Ale przecież ich renoma nieustannie rośnie. Na publikowanej przez Amerykański Instytut Filmowy liście 100 najwybitniejszych filmów w dziejach kina w 2007 r. znalazły się cztery produkcje Spielberga: "Lista Schindlera” (nr 8), "E.T.” (nr 24), "Szczęki” (nr 56) i "Szeregowiec Ryan” (nr 71) oraz dwie Lucasa: czwarta część "Gwiezdnych wojen” (nr 13) i "Amerykańskie graffiti” (nr 62). Pierwszy owoc ich współpracy - "Poszukiwacze zaginionej arki” - zajął 66. miejsce. Można się spierać co do obiektywizmu tej klasyfikacji, lecz na pewno nie można jej zignorować.

Niektórym zarzutom krytyki - u Lucasa drewniane dialogi i melodramatyzm, u obu brak subtelności - trudno odmówić racji. Ford, który jako aktor zna ich chyba najlepiej, podkreśla natomiast ich największe atuty: "Są utalentowanymi reżyserami, którzy mają ambicję komunikowania swoich idei. Zabrzmi to dziwnie, ale z reżyserami nie zawsze tak jest. Po drugie potrafią zaspokoić ambicje artystyczne, robiąc filmy zrozumiałe dla widzów. Żaden z nich nie wstydzi się kręcić filmów dla publiczności".

Lucas uważa, że cykl o Indianie Jonesie w dużym stopniu zawdzięcza swój sukces dobrze skonstruowanym fabułom. "Jest różnica między budowaniem historii a rzuceniem szczeniaka na szosę i obserwowaniem, co będzie dalej. Nie wystarczy wpuścić bohatera w tarapaty, chociaż nawet takie filmy potrafią zarobić trochę pieniędzy. Filmy z Indym są bardziej skomplikowane. Przypominają zegarki z mnóstwem elementów" - ocenia Lucas. Teraz, jeśli nie spodoba wam się główna sprężyna "Indiany Jonesa i Królestwa Kryształowej Czaszki” - MacGuffin, to będziecie wiedzieli, czyja to wina.