Polly Jean Harvey z pewnością nie wygląda jak gwiazda rock and rolla. Drobna, poważna, na okładce ostatniego krążka siedzi samotnie, ubrana w staromodną suknię z bufiastymi rękawami. Przypomina raczej postać z powieści Virginii Woolf niż bohaterkę alternatywnej sceny. O sobie mówi: "jestem niezwykle cichą osobą, która rzadko wychodzi i rzadko rozmawia z ludźmi”.

A jeszcze niedawno uznawano ją za gniewną prowokatorkę, wściekły głos kobiecej emancypacji w zdominowanym przez mężczyzn świecie rocka. To jednak właśnie umiejętność godzenia sprzeczności, łatwość zmiany wizerunku, gotowość poszukiwania nowych środków wyrazu sprawiły, że Angielka fascynuje publiczność od ponad 15 lat.

Na początku lat 90. jej płyty porażały gwałtowną ekspresją, surowym brzmieniem, mrocznym klimatem. Harvey na wylot znała blues-rockową klasykę dzięki płytowej kolekcji rodziców. Jej ojciec był fanem Johna Lee Hookera i innych czarnoskórych bardów z delty Missisipi. Matka wolała eksperymenty ekscentrycznego Captaina Beefhearta. PJ do gitarowej konwencji podchodziła jednak bez żadnego pietyzmu. Grała rocka intensywnie, drapieżnie i głośniej niż mężczyźni. Dodatkowej mocy jej utworom dodawały śmiałe, często niezwykle zmysłowe teksty. Odważnie łącząc biblijną metaforykę i erotyczne konteksty, PJ Harvey doczekała się etykietki "Nicka Cave’a w spódnicy”. Zresztą z Cave’em kilka lat później zaśpiewała morderczą balladę "Henry Lee”. Na pewien czas połączył ich też romans, na dłużej - przyjaźń. W karierze pomogło jej również wsparcie legendy brytyjskiego radia - Johna Peela i uznanie Kurta Cobaina, który jej debiut "Dry” uznał za jedną z najlepszych płyt wszech czasów.

Choć porównywano ją też z bohaterką nowojorskiej nowej fali Patti Smith, współczesne rockowe feministki nigdy jej nie polubiły. Harvey pisała z kobiecej perspektywy, jednak jej przekaz był nazbyt intymny, ambiwalentny, niejednoznaczny i nie pasował do ideologicznych doktryn walczących Riot Grrrls. Punkowe aktywistki ostro krytykowały ją zarówno, gdy pojawiła się topless - choć odwrócona plecami - na okładce magazynu "NME”, jak i później, gdy występowała w mocnym makijażu i czerwonej sukni.

PJ nigdy jednak nie kokietowała tanim, infantylnym erotyzmem. Jej image z okresu przełomowego krążka "To Bring You My Love” (ponad milion sprzedanych kopii) zainspirowały ponoć przedstawienia teatru kabuki i występy drag queens. "Uważam, że mocny, rozsmarowany na twarzy makijaż jest piękny. Może to moje zwichnięte poczucie estetyki, ale zawsze lubiłam pewną przesadę - co słychać też w moich piosenkach” - tłumaczyła wówczas.

Nigdy nie godziła się na przypisywane jej etykietki. Niejednokrotnie podkreślała, że każda piosenka jest dla niej jak teatralna kreacja, głośno protestując, gdy do jej tekstów przykładano klucz biograficzny. Twierdzi, że pisze je po to, by ludzie mogli szukać w nich własne historie, uruchomić własną wyobraźnię:

"Mit udręczonego artysty to jakieś obłąkane wyobrażenie. Ludzie postrzegają mnie jako swego rodzaju czarownicę zafascynowaną złem i mrokami rzeczywistości. To ogromna bzdura” - mówiła w jednym z wywiadów. W innym dodawała: "Wiele ze swych najbardziej mrocznych i trudnych piosenek napisałam w najszczęśliwszych chwilach życia”.

W swej karierze przybierała różne kostiumy i maski. Stronę wizualną swych płyt i występów konsultuje z przyjaciółką polskiego podchodzenia - Marią Mochnacz, od lat odpowiedzialną za jej zdjęcia i klipy. Nad brzmieniem kolejnych albumów zwykle pracuje z zaufanymi producentami: Floodem, Johnem Parishem lub Robem Ellisem.

Choć z czasem odeszła od hałaśliwego łomotu z pierwszych krążków, nigdy tak naprawdę nie spotulniała. Aby nagrać "White Chalk”, wróciła w domowe pielesze do prowincjonalnego angielskiego Dorset. Większość nowych piosenek wraz z Floodem zarejestrowała we własnej sypialni, grając na zdezelowanych instrumentach. Głównie na starym pianinie, na którym dopiero uczy się grać. Jak twierdzi, dzięki temu w tworzenie musiała włożyć więcej emocji.

Myliłby się bowiem ten, kto by oczekiwał, że powrót do krainy dzieciństwa będzie dla Polly Jean nostalgiczną i ckliwą wycieczką. "White Chalk” to płyta folkowa, jednak zamiast bukolicznej aury, mamy tu duszny klimat starego przeklętego domu pełnego tajemnic. Harvey snuje zaś niesamowite "ghost stories” niczym z wierszy i opowiadań Dylana Thomasa. Wraca do swych angielskich korzeni oraz wspomnień z dzieciństwa, by oswoić nocne koszmary i niestłumione lęki z okresu dorastania. I nawet w tej kameralnej konwencji, przy pianinie i w wiktoriańskich sukni prezentuje się nie mniej drapieżnie i magnetycznie niż na surowym debiucie "Dry”.

Od pierwszej płyty zachwyca niezwykle emocjonalną wokalną ekspresją - potrafi w jednym utworze przejść od krzyku czy spazmatycznych jęków do równie niepokojącego szeptu. I choć niegdyś mówiła, że " ćwiczenia śpiewu to najnudniejsze, co można sobie wyobrazić”, w ostatnich latach zdecydowała się jednak na wokalne lekcje, by poszerzyć swą skalę. I to właśnie jej głos - czasem niezwykle zmysłowy, czasem dochodzący jakby z zaświatów - to największa siła jej ostatnich nagrań. Choć napisano setki stron o jej kolejnych wcieleniach, obsadzano w roli subkulturowej bohaterki, pokoleniowej rzeczniczki czy kobiecej ikony rocka, w głębi duszy Harvey pozostała wierna tradycji surowego prostego bluesa. W notatkach opublikowanych we wkładce do "Uh Uh Her” pisała: "Znaczenie mają jedynie mój głos i moja historia”. Po raz pierwszy zaprezentuje je na żywo w Polsce. Reszta jest naszą fantazją.