Prezentowany w ramach VII edycji objazdowego festiwalu filmowego Filmostrada "Sukiyaki Western Django" to pierwszy japoński western. Niedawno Piotr Uklański podjął podobną próbę w Polsce. Tłumaczył, że chciał zobaczyć swoją kulturę w lustrze kultury obcej. Panu przyświecała podobna myśl?

Takashi Miike: Nie. W moim przypadku było odwrotnie. Miałem dość samurajów i mangi. Zwykle korzystam z obcych scenariuszy. Jeśli mnie zachwycą, przenoszę je na ekran. Czasami też nie umiem oprzeć się pracy z jakimś twórcą – scenarzystą albo aktorem. "Sukiyaki Western Django" to jedyny film w mojej karierze, który sam sobie wymyśliłem. Uznałem, że w kinie japońskim brakuje westernu. Tradycyjny japoński etos zastąpiłem etosem kowbojskim.

Dlaczego zatęsknił pan za opowieścią w stylu Dzikiego Zachodu?

Nie było tu żadnej kalkulacji, zadziałała podświadomość. Westerny zawsze mnie fascynowały. Gdy byłem dzieckiem, włączałem telewizor i chłonąłem je. Nie miałem wtedy pojęcia, czym jest kino. Obrazki przelatujące przez ekran traktowałem jak część życia. Dzisiaj nie pamiętam nawet tytułów filmów. Mam za to przed oczami aktorów – Clinta Eastwooda, Franca Nero, Giuliana Gemmę.

Jakie miejsce na pańskiej mapie kina zajmuje Quentin Tarantino, którego zaprosił pan do współpracy przy "Sukiyaki…"?

Uwielbiam go. Odpowiada mi jego wrażliwość i to, że wie, czego szuka w sztuce. Quentin za minimalne pieniądze potrafi zrobić świetny film, który staje się inspiracją dla wielu twórców. Jest takim bezczelnym Kopciuszkiem światowego kina. Wiedziałem, że on też zna moją twórczość. Quentin oglądał na płytach DVD nie tylko moje filmy, ale również materiały z planu. Swoją drogą, jakież to fantastyczne medium! Dzięki niemu dwóch reżyserów z dwóch różnych końców świata ma szansę się poznać.

Jak się panowie spotkali?

Przez przypadek. Ale od razu zapaliliśmy się do współpracy. Grałem we współprodukowanym przez niego "Hostelu". Przy "Sukijaki..." wymienialiśmy się pomysłami, robiliśmy sobie burze mózgów, a później kłóciliśmy się o to, kto co wykorzysta. Czerpałem pełnymi garściami z klimatu jego kina i wyobraźni. Jednak na planie najważniejszym zadaniem Tarantino była rola tłumacza. W końcu mój film zrealizowany został w bardzo łamanym angielskim.

Bywa pan nazywany "azjatyckim Tarantino". Może dlatego, że obaj panowie nie szczędzą swoim widzom obrazów przemocy.

Wielu krytyków widzi w moich obrazach głównie przemoc. Ale nie przesadzajmy. Nie lubię epatować krwią i nie pokazuję okrucieństwa dla samego okrucieństwa. Brutalność jest po prostu częścią życia, więc kino nie może przed nią uciekać.

Przepraszam, ale ucięte nogi porozrzucane po mieszkaniu nie są elementem codziennego doświadczenia zwyczajnego człowieka XXI wieku.

Dlatego się ograniczam. Gdybym miał pełną swobodę, moje obrazy byłyby bardziej krwawe. Staram się jednak stworzyć wypadkową tego, jak ja widzę świat i co jest w stanie znieść publiczność. Dla mnie ziemia to padół łez. Ludzie codziennie zadają sobie te rany. Tyle że w inny sposób. Zamiast piły używają słów i robią ze swych domów piekło.

Czy pana rzeczywiście interesuje codzienność? Brał pan udział w projekcie "Trzy ekstrema". A ekstremum z definicji nie jest normą.

W mojej twórczości sceny przemocy są metaforą ludzkich losów. Zdarza się, że mój bohater taśmowo, bez opamiętania morduje ludzi. Ale dzieje się tak tylko wtedy, gdy w ten sposób chcę podkreślić jego chłód i obojętność. W sytuacjach niecodziennych i ekstremalnych najlepiej ujawniają się ludzkie charaktery.

Chciałby pan, aby pańskie dzieci dorastały, oglądając pana filmy? Choćby "Izo", opowieść o nieśmiertelnym samuraju, który zabija każdego, kogo napotka na swojej drodze?

Mam trzech synów. Mają teraz 14, 19 i 23 lata. Daję im pełną wolność wyboru, na co chodzą do kina. Nigdy nie namawiałem ich do oglądania moich obrazów, ale też im tego nie zabraniałem. Czasami biorą je z półki. Choć przyznaję, że wolałbym, żeby na to nie patrzyli. Chyba jako ojciec jestem łagodniejszy i bardziej odpowiedzialny niż jako filmowiec.