ROBERT MAZUREK: Nawalił mi rozmówca. Poratujesz kolegę wywiadem?
ARTUR ANDRUS: Zawsze. Jakiś czas temu pewna dziennikarka poprosiła mnie o komentarz do występu Polaków w finale mistrzostw świata w piłce ręcznej.

Ciebie? A ty odróżniasz piłkę ręczną od hokeja?
Też się broniłem się, że nic o tym nie wiem, ale zapewniała, że to nie szkodzi i poprosiła o wierszyk. Wtedy zorientowałem się, że meczu finałowego, który mam skomentować, jeszcze nie było. "No tak, ale ja jutro wyjeżdżam, więc gdyby mógł pan nagrać dwie wersje: jak wygramy i jak przegramy". To przygotowałem.

Pomocny z ciebie chłopiec. Dziennikarze nachodzą cię jako satyryka. O co pytają?
Skąd pan czerpie pomysły?

"To chyba trudno wymyślać wszystko z głowy, jak pan - zapytała. Trudno - odpowiedziałem. - Ale myślę, że z nogi byłoby jeszcze trudniej" - to Lec. Ciebie uczono chyba tylko, gdzie słonko świeciło.
Nie gdzie świeciło, tylko "Co słonko widziało?". Rzeczywiście kiedyś jako młodego dziennikarza radiowego wysłano mnie na kongres polonistów, na którym ze trzy godziny przemawiał bardzo mądry profesor, przewodniczący Towarzystwa im. Marii Konopnickiej. W przerwie podszedłem do niego i spytałem: "Panie profesorze, co słonko widziało?".

A pamiętasz swoją pracę z geografii na trzecim roku?
Napisałem coś o słonku?

Napisałeś "Wpływ nasłonecznienia na migrację ludności", gdzie przekonywałeś, że chłopi z "ciemnej Galicji" emigrowali do Ameryki nie za chlebem, ale za słońcem.
O matko! Tłumaczy mnie tylko to, że sam jestem z ciemnej Galicji. W ogóle nie pamiętam tego.

A pani doktor, która prowadziła z nami te zajęcia na pewno pamięta.
Widziałeś się z nią?

Nie, ale patrzyła na ciebie jak na dziecko specjalnej troski.
[śmiech] To może być prawdą.

Cytowałeś w tej pracy "prekursorkę badań nad wpływem nasłonecznienia na migrację ludności Marię Konopnicką, autorkę dzieła »Co słonko widziało«".
Widać, że musiało mi ono zapaść w pamięć, bo kilkakrotnie się na nie powoływałem. Prześladuje mnie ten wiersz.

Pociągnijmy wątek Andrus dziennikarz. Nabijałeś się z nazwisk.
Ja? Nigdy.

Zenon Tarapata.
Ja je tylko utrwaliłem! Tak się nazywał zięć właściciela mieszkania, które razem z kolegą, zresztą przeprowadzającym ten wywiad, wynajmowaliśmy na studiach. Zięć Tarapata jeździł "samochodem marki trabant osobowy", a jego nazwisko wykorzystałem kiedyś w wierszu.

W relacjach z Bieszczad dla Radia Rzeszów.
Czy ty nie mógłbyś sam zrobić tego wywiadu? Wiesz o mnie więcej.

I znam więcej anegdot. Pamiętasz, jak się nazywała twoja kultowa audycja?
Chodzi ci o "Rum tum tum, trala bum"? To rzeczywiście była nowa jakość w historii polskiej radiofonii. Była w Programie IV Polskiego Radia nadawanym wtedy wyłącznie na falach średnich, w sam raz dla rybaków na Morzu Ochockim.

Jesteś magistrem dziennikarstwa, ale zawodu chyba nie wykonujesz?
Śladowo. Jestem zatrudniony w Polskim Radiu jako komentator. To awans, bo byłem już młodszym redaktorem i redaktorem, ale głównie jeżdżę po Polsce i towarzyszę kolegom bawiącym się w kabaret.

Wiemy, jakim byłeś dziennikarzem. Wróćmy do tego, o co ciebie pytają inni dziennikarze.
Niedawno pewien młody człowiek zastrzelił mnie. Skończyliśmy rozmawiać, on wyłączył magnetofon i mówi: "Przepraszam pana, ale ja nie mam jeszcze obycia w wywiadach, bo to dopiero mój drugi. Pierwszy był z takim księdzem, ale on już nie żyje."

Nie chcę cię martwić, ale też rozmawiałem z księdzem, który już nie żyje.
To widocznie ze mną tylko tacy chcą rozmawiać. Ciekawe czemu? Ale ciekawsze niż moje, są przygody kolegów. Pewna młoda dziennikarka przeprowadzała w garderobie wywiad z Andrzejem Poniedzielskim, a że był to grudzień, to spytała, co uważa za swoje największe osiągnięcie w mijającym roku. Andrzej zamilkł, popatrzył na nią, westchnął i powiedział: "Proszę pani, ja w sierpniu z ośmiu metrów trafiłem ogryzkiem w wiadro".

Piękna rzecz, tak trafić.
A wyraz twarzy tej dziennikarki był zjawiskowy. A propos wyrazów twarzy, to przypominam sobie, jak w pewnej telewizji informacyjnej, z którą współpracuję, relacjonowano pierwszy przypadek choroby wściekłych krów w Polsce. I korespondent produkuje się, produkuje, opowiada, a na koniec kompletnie roztargniony i niezainteresowany tym prezenter pyta: "Maćku, a czy możesz jeszcze powiedzieć, o jakie zwierzę chodziło?".

A o jakie?
Odpowiem jak redaktor Maciek [Artur Andrus zaciska zęby i mówi z wściekłością]: - O krowę!

Roztargnienie bywa bolesne w skutkach.
Mistrzostwem była rozmowa pewnej dziennikarki radiowej z Wiesławem Michnikowskim. Aktor dał się namówić na wywiad, a ona zaczyna tak: "W naszym mieście z gościnnymi występami przebywa Edward Dziewoński. Chciałam pana zapytać…". I Michnikowski bez mrugnięcia okiem występował w roli Dziewońskiego, opowiadał, jak to zakładał kabaret "Dudek", grał w "Eroice" i Teatrze Syrena, a na koniec dodał, że chciałby pozdrowić słuchaczy i sprostować, że nie nazywa się Edward Dziewoński, tylko Wiesław… Gołas. To powinno trafić do muzeum dziennikarstwa polskiego.

Obok wywiadu dziennikarki z Bydgoszczy, która postanowiła przygwoździć Jarosława Kaczyńskiego i spytała go na żywo: "Czemu inwigilował pan prawicę?".
Tu ciekawy musiał być wyraz twarzy Kaczyńskiego, bo ona zapewne uważała, że wszystko jest w porządku. Nic chyba nie przebije jednak słynnego pytania do Władysława Bartoszewskiego: "Panie profesorze, w czasie II wojny światowej zginęło sześć milionów Żydów. Dużo to czy mało?".

Masz na koncie podobny wyczyn?
Pamiętam swój pierwszy występ w telewizji, w programie "100 pytań do…". Byłem studentem dziennikarstwa i bardzo chciałem w nim wystąpić, żeby mama zobaczyła mnie w telewizji, no i ciotki.

Nie masz za dużo ciotek.
Ale każda ma telewizor. Przygotowałem więc pytanie do marszałka Wiesława Chrzanowskiego i nawet je zadałem. Nie przyznam się, jakie, ale on zupełnie nie zrozumiał, o co mi chodzi. Po powrocie do domu przypomniałem sobie to pytanie i stwierdziłem, że ja też niczego nie rozumiem. Tak byłem przejęty początkiem kariery…

Tłumaczy cię to, że nie znasz się na polityce, a dziennikarze, co wiem po sobie, często wypowiadają się na tematy, o których nic nie wiedzą.
Bo nie ma specjalizacji i trzeba się znać na wszystkim, a jak pracujesz w radiu, to musisz jednego dnia odpytać prof. Orłowskiego i wpaść na jubileusz 85-lecia Aliny Janowskiej. Trudno się więc dziwić dziennikarzom, że łatają to pytaniami: "Jak to się zaczęło?" i "Skąd pan czerpie pomysły?".

Czasem są researcherzy, mogą pomóc.
Ale czasem oni wiedzą tyle samo. Pamiętam, jak koleżanka z telewizji przygotowywała się do wywiadu z Markiem Andrzejewskim, młodym piosenkarzem z Lubelskiej Federacji Bardów. Popatrzyłem na grube dossier Marka i zdziwiłem się, że choć taki młody i mało znany, zdążył już udzielić tylu wywiadów. Rzuciłem okiem bliżej. Okazało się, że koleżance dostarczono wywiady z… Felicjanem Andrzejczakiem. Uratowałem ją w ostatniej chwili, mówiąc, że to nie ten facet od "Jolka, Jolka pamiętasz…".

Czasami nie da się dziennikarza uratować.
Jak tego dżentelmena, który rozmawiał z Anną Dymną? Program na żywo, w telewizji i dziennikarz zagaja, że mija kolejna rocznica śmierci znanego krakowskiego poety i kabareciarza Wiesława Dymnego, a w studiu mamy panią Annę Dymną. "Jaki był pani ojciec?". I krzyk Dymnej: "Mąż!". Pani Anna mogła się jednak zlitować…

Gdybym był tym dziennikarzem, poprosiłbym realizatora, by poraził mnie prądem. Jak ty byś wybrnął?
Ja mam łatwiej, bo ludzie kojarzą mnie z kabaretem, więc pomyśleliby, że to żart. Słaby, ale zawsze jakiś. Kilka razy udało mi się w ten sposób zachować resztki twarzy. Prowadziłem kiedyś transmitowaną w radiu bardzo poważną uroczystość wręczenia Nagrody Ikar księdzu Twardowskiemu i witając przewodniczącego jury, dyrektora Muzeum Literatury prof. Janusza Odrowąża-Pieniążka, powiedziałem: "Przed państwem prof. Janusz Odrowążek-Pieniążek".

I jak reakcja?
Profesor pobłażliwie się uśmiechnął, ale nie zawsze uchodziły mi takie rzeczy płazem. Kiedy na balu prawników i lekarzy powiedziałem: "Bawcie się, zaprzyjaźniajcie. W końcu kiedyś każdemu prawnikowi będzie potrzebny lekarz, a każdemu lekarzowi - prawnik". Nie wiedzieć czemu, poproszono mnie, bym już nie prowadził dalszej części imprezy.

Zdarzają się nieoczekiwane prośby organizatorów?
Kilka dni przed uroczystością polsko-szwajcarskiej izby handlowej zadzwoniono do mnie z prośbą, czy nie mógłbym poprowadzić jej, niczym Wilhelm Tell, w zielonych spodenkach i czapce na głowie.

A jakie ty masz wymagania?
Kiedyś poprosiłem szefa kelnerów, by podczas występu nie roznosili jedzenia, bo to przeszkadza. "Ależ oczywiście, tak uzgodniliśmy z organizatorami". Wchodzę na scenę, witam się, a tu jak na komendę na sali zaroiło się od kelnerów. Nie chciałem stroić foch, więc dograłem do końca, a potem idę do faceta, z którym rozmawiałem, a ten się broni: "Ale myśmy przecież tylko znosili puste talerze!".

Występujecie do kotletów?
Jeden z kolegów zastrzegł sobie, że nie będzie żadnego jedzenia w trakcie jego występu. Obiecano mu to solennie. Wychodzi na scenę i widzi, że dosłownie przed każdym widzem stoi zupa i drugie danie. Jeden utwór, drugi, ale nikt nie je! Przy trzecim on nie wytrzymał i pyta publiczność: "A państwo nie jesteście głodni?". "Jesteśmy!". "To czemu nie jecie?". "Sztućców nam nie dali".

Z kim chałturzyłeś?
Ze wszystkimi. Łącznie z tym, że na Dniu Chemika w Kutnie, w początkach mojej kariery konferansjera w programie obok mnie był jeszcze człowiek - guma i fakir. Innym razem byłem ja, iluzjonista i balet "Independent", czyli trzy bardzo atrakcyjnie rozebrane dziewczęta zwołane specjalnie na ten wieczór jako balet. To była duża klęska.

Oglądałeś "Celebrity" Woody Allena?
Oczywiście. Ale tak jest na całym świecie i nie tylko w telewizji, ale w całym show-biznesie.

Piotr Zaremba przysłał mi kiedyś SMS, że jest w "Dzień dobry TVN", a z nim czipendelsi i Wiesław Myśliwski.
Tak to działa.

Prowadziłeś uroczystość grabarzy?
Nie, ale kolega był na otwarciu spalarni śmieci. Wstęgę przecinał premier Buzek. Teraz modna jest resocjalizacja przez sztukę, stąd popularność występów w więzieniach. Na jeden z nich zaproszono pewnego aktora dramatycznego z monodramem. Po kilku minutach wstał jeden z więźniów i powiedział donośnym głosem: "Proszę mnie natychmiast zaprowadzić do celi".

Miałeś takie recenzje?
Takie nie, ale kiedyś podeszła do mnie pewna pani i powiedziała: "Boże, pan jest taki śmieszny jak pies".

Ale to była aprobata.
Innym razem firma farmaceutyczna wynajęła mnie i kilka innych osób na cykl występów dla kardiochirurgów. Przed jednym z nich, w Wiśle, organizatorka powiadomiła nas, że występ odwołano. Okazało się, że zadzwonił do niej jeden z lekarzy reprezentujący kolegów i spytał, kto będzie występował. Powiedziano mu, więc spytał jeszcze, ile wynoszą nasze honoraria. Tego się nie dowiedział, ale niezrażony zaproponował, by odwołać artystów i za wszystko kupić im wódki.

Kardiochirurg potrafi.
Przynajmniej ma w środowisku taką opinię. Prowadziłem też imprezę plenerową, której konkurencją było rozłożone obok wesołe miasteczko. I w czasie przerw przeszedłem się tam i zobaczyłem napis na kasie: "Podczas występu artystów karuzela gratis".

Takie napisy to dopiero twórczość! Na klatce schodowej u mojej teściowej wisiało: "Prosimy nie wpuszczać obcych. Bo kradną".
To po twojej wizycie? Ktoś podrzucił mi ogłoszenie z klatki schodowej: "Uprzejmie informujemy, że od dnia 1 lutego będą pobierane opłaty za psy w wysokości 24 złote oraz 12 złotych od emerytów i rencistów". Ciekawe, też czy na zamku w Książu wciąż wisi tablica "Stado ogierów Skarbu Państwa zaprasza"? W Brzezinach, na trasie Warszawa - Łódź jest restauracja reklamująca się tablicą: "Potrawy kuchni orientalnej. Jak u mamy".

To ktoś z twoich stron, ze wschodu.
Jasne, w Sanoku zawsze nosiliśmy sajgonki do szkoły. Z kolei w Bytowie w restauracji jest rewelacyjne menu. Po zupach, daniach głównych i deserach są jeszcze dodatki, a w nich dwie pozycje: zapałki i prezerwatywy.

Musieli ostro zabalować. Bar dworcowy w Tczewie kusił "bułką z grzybem".
To apetyczne. W Krakowie na Grodzkiej wisiało ogłoszenie: "Szukamy chłopaka na kebab".

Wróćmy do reklam.
Mój ulubiony napis w Zgierzu: "J. Słomczewska przyszłość wentylacji". Andrzej Poniedzielski zadumał się nad tym i skwitował: "Nie znam kobiety, ale być może…". Albo zakład pogrzebowy w Sławnie reklamujący się: "Promocja! Do każdego pogrzebu trąbka gratis". Pewnie mają zapisy na trzy lata do przodu. Jeden z hipermarketów miał inną promocję: "Mleko UHT 2%. Weź 10, zapłać za 12".

Kupiłeś?
Nie, poszedłem tam do pracy. Poszukiwali rzeźnika. "Oferujemy: atrakcyjne wynagrodzenie, system szkoleń, możliwość rozwoju zawodowego, ciekawą i odpowiedzialną pracę w miłej atmosferze".

A propos napisów. W toalecie kawiarni, w której siedzimy, można przeczytać: "Prosimy nie wrzucać ręczników do toalety. Prosimy wrzucać je do kosza. Jak na wczasach we Włoszech".
Serio?

Idź sprawdź.
Skoro już na taki poziom zszedłeś, to dostałem kiedyś metkę "Toilet paper professional". A przed jedną z toalet w Warszawie jest piękny napis: "Damska. Wejście przez męską". Niezłe są też pozostałości po napisach peerelowskich, jak w Bydgoszczy na fabryce kabli: "Kable zawsze z Partią". Z PRL-em kojarzy mi się piosenka żołnierska, której się nigdy nie uczyłem, ale pamiętam do dziś. "Kiedyś cięły chłopcy nasze: ciach pałaszem, ciach pałaszem, ale teraz to już nie to. Buch rakietą, buch rakietą!".

Czysta poezja.
Po jednym z występów w Kołobrzegu, gdzie o tym opowiadałem, podszedł do mnie starszy pan i powiedział, że on ma to samo, bo jego trzyma się wierszyk zapamiętany w podstawówce: "Trochę bokiem przeszliśmy w pochodzie, do sztandaru wzięto mnie jednego. Mamo, Stalin uśmiechnął się do mnie, a Grześ się sprzecza, że do niego!".

Zmieńmy temat. Jesteś popularny?
Byłem nawet na okładce pewnego pisma - "Farmacja i ja". Zazdrosny Poniedzielski powiedział, że on się nie dziwi, bo wielu osobom w Polsce kojarzę się z bólem.

Ja marzyłem o pracy w "Przeglądzie Cukierniczym".
Też mógłbym tam być recenzentem. I chciałbym tam mieć okładkę. A mogę na koniec coś opowiedzieć o polityce?

Nie. Wystarczy, że występujesz w programie dla moherów a rebours w TVN 24.
To tylko jedna historyjka. W ostatnich wyborach prezydenckich lokalni działacze PiS rozlepiali na własną rękę hasła: "Innych jest wielu, Kaczyński jest jeden".

Muszę, po prostu muszę zadać sakramentalne pytanie: Jakie ma pan plany na przyszłość?
Po południu jadę na Ursynów.

Artur Andrus, dziennikarz, poeta, autor tekstów piosenek, artysta kabaretowy i konferansjer. Od 1994 roku współpracuje z Polskim Radiem Program III. Redaktor programu "Powtórka z rozrywki" oraz "Akademia Rozrywki", gospodarz spotkań w warszawskiej "Piwnicy pod Harendą" oraz w łódzkiej "Przechowalni" i w krakowskiej "Piwnicy pod Baranami". Od 2005 jest stałym gościem programu publicystyczno-satyrycznego "Szkło kontaktowe" w TVN 24.