Oto koszmar, który prześladuje każdą kobietę, choćby luźno związaną z literaturą. Poznajesz mężczyznę. Jest przystojny, dobrze ubrany, uprawia sporty. Niestety, przychodzi chwila, w której postanawia wykazać, że jest również inteligentny. Ponieważ dowiedział się, że jesteś krytykiem literackim/polonistką/pisarką/redaktorem w wydawnictwie, albo choćby osobą czytającą książki, postanawia zabłysnąć na polu literatury. I zanim zdążysz zaprotestować, już deklaruje: „Książka, która ostatnio zrobiła na mnie wielkie wrażenie, to…”. Pada tytuł. Facet uśmiecha się z satysfakcją: jest pewien, że zaraz zacznie się między wami porozumienie nie tylko w dziedzinie ulubionych sposobów spędzania wakacji, lecz także w dziedzinie ducha. Ostatnio postanowił bowiem, że raz w tygodniu po pracy, zamiast squasha, uprawiać będzie życie duchowe. Biedaczek, nie wie, że już teraz jedynym porozumieniem możliwym pomiędzy wami jest, że to on płaci za kolację. Nie będziesz dokładać nawet złotówki do kolacji z analfabetą.

Mnie osobiście w takich sytuacjach prześladowały zawsze dzieła Paulo Coelho. Iluż czarujących mężczyzn, których nie mogłam traktować poważnie, od kiedy mi się zdradzili z miłością do "Alchemika". Zaproszona po raz pierwszy do jego mieszkania, zawsze się obawiałam, czy gdzie nie stoi "Pielgrzym” lub inne z dzieł Mistrza. I kiedy już oddychałam z ulgą: nie ma - na jakiejś półce przy łóżku, pod stertą pism o samochodach, dostrzegałam kawałek nieuniknionej okładki…

Kiedy to się znowu zdarzyło w zeszłym roku, postanowiłam naocznie zbadać fenomen. Sama, rzecz jasna, Coelho nigdy nie czytałam, nawet jednej strony. Są książki, których nie trzeba czytać, żeby wiedzieć, ile są warte. Wystarczy, że polecą nam je koleżanka X i kolega Y. Do tych autorów, którymi pogardzałam zaocznie, poza Coelho należeli jeszcze Janusz L. Wiśniewski i Dan Brown. Pomyślałam: a gdyby tak zrobić sobie dwa dni ze szmirą? I wreszcie mi się udało w tym tygodniu.

Paulo Coelho
Ponieważ sama tych dzieł nie posiadam - pewnych książek nie wypada nawet mieć na półce - udałam się do biblioteki. I zaczęłam od Coelho. Tak, wiedziałam, że to jest tandetne: nauczania speca od marketingu, jak żyć, zawarte w jakichś pseudomistycznych fabułach. Ale lektura jednak przerosła moje oczekiwania. Spodziewałam się kiczowatej fabuły i filozofii za trzy grosze, ale - zdawałam sobie sprawę, w miarę brnięcia przez utwór "Alchemik” - Mistrz poszedł jeszcze znacznie dalej w swojej brawurze. Tak naprawdę w tej książce nie ma żadnej fabuły ani właściwie żadnej filozofii. Co nam bowiem opowiada Autor? Bohater podróżuje po świecie, żeby odnaleźć Skarb. Skarb, znaczy Tajemnicę. Tajemnicę, znaczy Życie. Odnaleźć Życie, by podążyć Drogą. "Życie obdarza hojnie tego, kto jest wierny Własnej Legendzie”. "Twoje serce jest tam, gdzie twój skarb”. "Tylko ten, kto odkrywa Życie, może znaleźć skarb" - następowały jeden po drugim nieubłagane cytaty. Coelho odnalazł kamień filozoficzny literatury: wystarczy pisać dowolne brednie, i od czasu do czasu nacisnąć Shift, żeby zrobić wielką literę. Na pewno temu i owemu skojarzy się to z Głębią.

Miałam kiedyś kolegów Norwegów, którzy zgodnie z ogólną obojętnością na sprawy kultury panującą w tym bogatym kraju, nie czytali nic poza Stephenem Kingiem, Johnem Grishamem i Bretem Eastonem Ellisem. Głównie zaś oglądali telewizję. Ich potrzeby duchowe były zerowe, ale mówili o tym wprost, niczego nie udając. I, jak powiedziałby Jerzy Pilch, to było dobre. Kiedy jednak człowiek o podobnej mentalności postanawia pogłębić się duchowo (na przykład pod wpływem jakiegoś kursu z samodoskonalenia zorganizowanego w jego firmie), kończy się to jakże często katastrofą estetyczną w rodzaju Coelho.

No, ale gdyby przyjąć z dobrą wolą, że znajduje się tam jakaś myśl - to jak by ją streścić? Trzeba by wówczas powiedzieć coś w rodzaju: jest to filozofia optymizmu jednostki w oparciu o Duszę Wszechświata. Objaśnianie jej należy zacząć od cytatu: "Jeśli naprawdę z całych sił czegoś pragniesz, znaczy to, że pragnienie owo zrodziło się w Duszy Wszechświata". Zdając się na Duszę Wszechświata, trzeba jednak wiedzieć, że "Wszechświat mówi wieloma językami". Na drodze do ich zrozumienia nie wolno zaś zapominać paru podstawowych prawd. Na przykład: "Wszystko można wybaczyć, tylko nie to, że nie umiesz wysłuchać wyznania miłości do końca" (w tym na przykład gwałt i morderstwo z poćwiartowaniem). I żeby nie pobłądzić: "Nie staraj się objaśniać uczuć". Nade wszystko zaś: czytaj książki Mistrza.

Ostatni cytat to zresztą ważny składnik Myśli: antyintelektualizm. Drodzy panowie konsultanci i bankowcy, czy wiecie, ze Coelho jest przeciw rozumowi? Ale nic dziwnego. Posiadanie rozumu uniemożliwiłoby wszakże czytanie jego książek.

Brnęłam tak jeszcze godzinę czy dwie przez to i inne dzieła Autora. Aż doszłam do zdania: "Jeśli znasz Miłość, poznałeś także Duszę Wszechświata, która jest Miłością". Dalej nie mogłam. To była przykra lektura, i męcząca, ale też jakoś mnie oczyściła: odtąd, kiedy wspomnę tego czy innego mężczyznę, który czytał Coelho, nie będzie mi już tak bardzo żal jego złamanego serca. Miłość może i jest Duszą Wszechświata, ale pod warunkiem, że nie jest to miłość czytelnika Paulo Coelho.

Janusz L. Wiśniewski
Skończywszy z brazylijskim guru, myślałam, że odtąd może być już tylko lepiej. A jednak, Dusza Wszechświata zgotowała mi niespodziankę: przystąpiwszy do lektury opus magnum Janusza L. Wiśniewskiego, "S@amotność w sieci", prędko zrozumiałam, że nazywanie Autora producentem tanich romansideł jest całkowitym niedocenianiem jego kunsztu. Przy zdaniu: "głód, który powodował, że na samą tylko myśl o tym krew, szumiąc, odpływała w dół jak oszalała i pojawiała się, jak na zawołanie, wilgotność", zaczęłam rozglądać się wokoło. Czy nikt nie widzi, co czytam? Nie - tylko pan bibliotekarz, wydając mi tomy, uśmiechnął się pogardliwie.

Ale jak to możliwe? Słyszałam na własne uszy kobiety kulturalne, na stanowiskach, które czytają tę prozę do poduszki, i mówią o tym na głos. Nawet pewna moja znajoma nie dalej jak miesiąc temu zachwycała się, że Autor świetnie rozumie duszę kobiety… No więc kobiety obdarzone duszą, którą rozumie Janusz L. Wiśniewski, uwodzą mężczyzn, "siadając bez majtek, z rozłożonymi udami na biurku". Mężczyźni rzucają się na nie, ale okazują się prędko Narcyzami, i to podwójnymi, czego przyczyną jest zagmatwana relacja z ojcem. Za co one mszczą się straszliwie: uwodzą ojca - a jakże, siadając bez majtek na jego biurku. Swoją drogą, trochę mnie zaniepokoiła ta strategia flirtu, Autor bowiem ma ponoć wielki wpływ na Czytelniczki…

O czym dowiadujemy się z aneksu do "S@motności w sieci", gdzie umieścił swoją z nimi korespondencją. Oto cytat, wybrany na chybił trafił: "Nie wiem, czy powinnam to czytać, proszę powiedz mi, czy mogę. Bo przecież mam chłopaka, którego tak bardzo chcę kochać, a doskonale wiem, że on nigdy nie będzie mnie wypytywał, jak się czuję z pęczniejącym tamponem w środku. Nie zapyta" - rozbrzmiewał głuchy wyrzut pod adresem całej płci męskiej. I tylko jeden Janusz Leon zrozumiał, czego żaden mężczyzna nie rozumie: prawdziwą potrzebą duszy kobiecej jest znaleźć mężczyznę, który wykaże zainteresowanie w tej delikatnej, lecz zarazem głębokiej materii. I dalej: "Mimo twojej dziwnej erudycji odnośnie kobiet wcale nie wiesz, jak łatwo możesz je zniszczyć takimi tekstami. Nie wiesz? Będziemy siedzieć po nocy, odejdziemy od mężów, chłopaków, partnerów, aby szukać kogoś, kto tak dobrze będzie nas znał. Pieprzone książki. Pod wpływem "Alchemika" zdradziłam go drugi raz. Teraz boję się czytać tę cholerną "S@motność."

Zdrada chłopaka lub męża pod wpływem rzeczonych dzieł może nie być uznana za kompromitację wyłącznie w jednym wypadku: gdy następuje ona po odkryciu, że chłopak posiada te dzieła w swojej bibliotece.

Czytając te listy, rzewne, acz niepozbawione delikatnej nuty okrucieństwa, zrozumiałam, że oto objawia się przede mną garderoba dusz naszych sekretarek, specjalistek od marketingu, naszych kierowniczek, niekiedy nawet redaktorek. Te panie, na co dzień chłodne, inteligentne, zorganizowane, niekiedy nawet mówiące obcymi językami, po godzinach wypełniania tabelek Excela i prowadzenia zebrań wyznają w zaciszu swoich gabinetów: "W salonie unosi się zapach mimozy, za oknem już zmrok, a na parapecie drgają płomienie świec… (...) mam mokre włosy; lubię takie mieć".

I ostatni akcent: "Jak po przeczytaniu powieści nie myśleć, że jeżeli Bóg naprawdę stworzył ludzi, to przy Autorze S@motności... spędził trochę więcej czasu?" - snuje się myśl, gdy pachnie mimoza. Na co Autor skromnie: "Teraz, w tym miejscu, ogarnął mnie lęk i zwątpienie. Boję się, że zacytowane pochwały, opisy wzruszeń, zachwyty ściągną na mnie zarzuty pychy, arogancji i zarozumialstwa". Skądże znowu.

Dan Brown
Trzecim wielkim mistrzem ceremonii zbiorowego ogłupiania, która odbywa się w zaciszu naszych salonów i bibliotek, jest Dan Brown. Pal licho jeszcze czytelników, którzy łyknęli tę jego twórczość jako kryminały. Ale fenomen wiąże się z innymi zgoła jej walorami. Ludzie uwierzyli mianowicie, że w "Kodzie Leonarda da Vinci" znajdują się nowatorskie i głębokie refleksje na temat Chrześcijaństwa, Sztuki, Duchowości i Historii Zachodu. Zdarzyło mi się spotykać przystojne kobiety w średnim wieku, na przykład redaktorki w wydawnictwach, które z zadumą mówiły: niby fikcja, ale jednak coś w tym jest…

"Kod Leonarda da Vinci" to nie tylko dwa, ale pięć czy nawet dziesięć w jednym. Stał się ulubionym przewodnikiem Amerykanów klasy średniej, kiedy wreszcie wybiorą się porównać wieżę Eiffla ze zdjęciami z filmów. Podręcznikiem do nauki historii sztuki w weekend. Nowatorskim katechizmem i słownikiem etymologicznym. Przygody bohaterów przeplatane są bowiem krótkimi, wyłożonymi prostym językiem lekcjami na tematy tak różne jak: architektura piramidy w Luwrze, historia Opus Dei, a nawet pochodzenie słowa "poganie" oraz nazwy ogrodu Tuileries.

Chcąc być absolutnie pewnym sukcesu, Dan Brown zawarł w książce także postępowe idee dotyczące Kościoła powszechnie podzielane przez zachodnią kawiarnię, czy raczej zachodni supermarket. "To smutne, że kiedy większa część Kościoła katolickiego powoli zmierza we właściwą stronę w kwestiach praw kobiet, Opus Dei jest zagrożeniem dla postępu" - pisał dramatycznie, budząc zamęt w sercach milionów wierzących czytelników.

Cegielski i Passent
No i tak minęły moje dwa dni w Bibliotece Narodowej. Poza tymi trzema sztandarowymi producentami szmiry goszczącymi na regałach w całej Polsce są jeszcze pomniejsi wybitni autorzy, o których aż się prosi wspomnieć. Z Polaków - Max Cegielski. Miły i inteligentny ten chłopak, dziennikarz w telewizji Kultura, jest tak doskonale pozbawiony nie tyle już talentu literackiego, co elementarnej umiejętności zajmującego pisania, że czytanie jego tekstów przypomina poprawianie wypracowań szkolnych, i to niekoniecznie z liceum.

Nie dość, że pisuje on powieści, to z jakiegoś powodu różne pisma, w tym niestety DZIENNIK, oferowały mu rubrykę felietonową. Oczywiście wiązało się to z jego pozycją człowieka znanego z zainteresowań Wschodem, z prowadzenia radia, organizowania orientalnych imprez o nazwie Masala, i tak dalej. Wszystko to są piękne i godne pochwały dokonania, a jednak dla każdego, kto otworzył na przykład książkę o tym właśnie tytule, "Masala", jasne jest, że autor powinien ograniczyć się do ścisłej działalności pozatekstowej. Nie chodzi już nawet o tandetność tej myśli w stylu "bogaty Zachód dostrzega swoją zgniliznę i chce się odnowić w duchu Wschodu". Chodzi o te tasiemcowe wypracowania: to o krajobrazie Indii, to o jej dziejach, to rozprawki z historii różnych indyjskich kultów albo też obserwacje społeczne na trójkę z plusem. Niestety mimo tych dzieł miły Max nadal uchodzi za duchowego guru wśród pewnej kategorii bankowców znudzonych wieloletnim zarabianiem forsy.

Zawsze uważałam też za straszliwe pisarstwo Agaty Passent. Jest w jej felietonach ta szczególna, niepowtarzalna pretensjonalność, która powstaje z połączenia wielkiej pewności siebie, żeby nie powiedzieć nadęcia, z brakiem czegokolwiek oryginalnego do powiedzenia. Pamiętam jakiś felieton, kiedy się zwierzała, jak to grywała w tenisa z Fibakiem w Harvardzie. Żeby to ona chociaż grywała z Fibakiem dzięki własnym zdolnościom, sukcesom, ciężkiej pracy, i tak dalej. Ale chwalenie się, że tata miał kontakty… A, fe, toż to nie wypada. I kiedy mi ktoś mówi, że czytuje felietony Agaty Passent, wiem, że w kolejnym zdaniu nastąpi informacja, do jakich restauracji się teraz chadza z wózkiem, ponieważ, "jak zapewne słyszałaś, dzieci są teraz bardzo trendy".

Nie słyszałam. Natomiast słyszałam, że brak gustu ciągle trendy nie jest.

Poszukaj książek swoich ulubionych pisarzy na LITERIA.pl >