Na Festiwalu Szekspirowskim byłem tylko dwa dni. Pierwsze wrażenie to tłumy pod kasami, publiczność zajmująca miejsca na schodach i podczas głośnej "Burzy" i "Lumping in Fargo" nieznanego wcześniej w Polsce Transversal Theater z Kalifornii. I jeszcze niespotykana gdzie indziej życzliwość owej widowni z aprobatą przyjmującej nawet kompletnie poronione próby. O podobnym odbiorze artyści zwykle mogą tylko marzyć. Inna rzecz, że zamazuje on proporcje. Ważniejsze jednak, że pokazuje, iż Festiwal Szekspirowski to impreza w Trójmieście bardzo potrzebna, a program szefa Fundacji Theatrum Gedanense prof. Jerzego Limona możliwy do streszczenia w haśle "Przede wszystkim różnorodność" zyskuje zwolenników wśrod tzw. zwykłych widzów.

Młodość to za mało

Cztery wybrane przeze mnie z repertuaru tegorocznej imprezy przedstawienia układają się w zestaw dość chyba reprezentatywny. Oto „Romeo i Julia” ze słynnego The Globe w Londynie – plenerowe widowisko pokazywane w pełnym słońcu, niemal bez rekwizytów i scenografii. Londyńczycy wyraźnie nawiązują do dawnej tradycji grania Szekspira, dziś należącej już tylko do historii teatru. Polem gry ustanawiają niewielki plac, zamiast konnego powozu, nieodłącznego atrybutu dawnych wędrownych trup komediantów, w centrum stawiają wysłużonego volkswagena wana, w Polsce znanego bardziej jako sympatyczny "ogórek". Wokół niego i na nim (scena balkonowa) odgrywają dzieje dwóch zwaśnionych rodów z Werony w tempie zawrotnym, choć bez interpretacyjnych pretensji. Kłopot w tym, że na "Romea i Julię" to o wiele za mało. Spektakl w wykonaniu młodych aktorów The Globe, po części debiutantów, przygotowano specjalnie na objazd. I spełnia tylko takie założenie – jest edukacyjną szekspirowską zabawką, w gruncie rzeczy monotonną. Razi szkolnymi rozwiązaniami i unika nowych tropów w interpretacji. Mimo wigoru wykonawców wydaje się też źle obsadzony. Ot, ciekawostka i nic więcej.

Sprowadzenie do Trójmiasta The Globe łatwo wytłumaczyć marką sceny. Wszelkie próby usprawiedliwienia selekcjonerów zawodzą jednak w przypadku kalifornijskiego "Lumping in Fargo". Kilkoro młodych Amerykanów robi z montażu scen z "Wiele hałasu o nic", "Hamleta" czy, o zgrozo, "Króla Leara" coś w rodzaju zgrzebnej rock-opery. Muzyka jak z NRD w latach 80. Aktorstwo najwyżej amatorskie. A wszystko to podczas jedynego w kraju przeglądu szekspirowskich inscenizacji…

Po totalitaryzmie

Ale jak różnorodność, to różnorodność. Obok przedziwnego spektaklu z USA mieliśmy na festiwalu "Miarkę za miarkę" z Teatru Narodowego w Craiovej – dzieło najważniejszego dziś rumuńskiego reżysera Silviu Purcarete. Jest to artysta klasy europejskiej, na rodzimy grunt przenosi rozwiązania typowe dla nowoczesnego odczytywania sztuk autora "Hamleta". W jego Szekspirze nie ma krztyny jednoznaczności, jest nieprzejednanie w obrazowaniu świata. Powiedzieć, że jego rdzeń jest czarny, to nic nie powiedzieć.

"Miarkę za miarkę" traktuje się zwykle w teatrach dwojako. Albo szukając w niej (zazwyczaj bezskutecznie) czystego humoru, bo zadekretowano gdzieś w teorii, że to komedia – nietypowa, ale zawsze, albo stawiając na obnażenie mechanizmu gry między bohaterami co i rusz wchodzącymi w nieprzystające do ich charakterów i pozycji role. Tę drogę wybrała niedawno w warszawskim Teatrze Powszechnym Anna Augustynowicz. Efekt podzielił krytyków.

Purcarete eliminuje z przedstawienia niemal wszystko, co mogłoby wywołać nawet nie śmiech, a uśmiech widzów. Tworzy przypowieść o uzurpowaniu władzy i o tym, że ta władza dopuszcza wszystkie bezeceństwa. Zaciera podział na dobrych i złych, bowiem na szarej do bólu scenie ci dobrzy praktycznie nie istnieją. Antonio (wybitna rola Valentina Mihali) to tyran, którego poczynaniami kieruje sama biologia. Książę Vincentio (Ilie Gheorghe) nie przywróci dawnego porządku. Jak w szekspirowskich tragediach jednego bezwzględnego władcę zastąpi kolejny, jeszcze gorszy.

Rumuńska "Miarka za miarkę" wywołuje dreszcz przerażenia. Purcarete stworzył inscenizację jak żadna inna wpisującą się w nurt, który można nazwać "Szekspir po totalitaryzmie". A jednocześnie uniknął nawet cienia publicystyki, niepotrzebnego odwoływania się do tzw. aktualności. Jego ponury spektakl brzmi bardzo mocno, a przy tym definiuje pozbawiony ozdobników, za to bogaty w symbole styl znakomitego artysty.

Hołd dla Kantora

W niepodrabialnym, typowym tylko dla siebie stylu reżyseruje "Burzę" także Janusz Wiśniewski w poznańskim Teatrze Nowym. To znów "Burza" po "Burzy" – z tradycyjnym obrazem arcydzieła niewiele ma wspólnego. Wiśniewski zostawia tylko szkielet utworu, całość budując także ze słów Audena, Eliota, psalmistów. Wreszcie Janusza Jęczmyka, którego nieśmiertelny song "Przychodzimy, odchodzimy" znany z Piwnicy pod Baranami stanowi refren widowiska.

"Burza" zaskakująco gładko zmieściła się w rozbuchanym plastycznie teatrze artysty. To przedstawienie zagadka, bowiem Wiśniewski pozostaje w nim wierny jarmarczno-cyrkowej konwencji, do której przez lata przyzwyczaił, ale wyrzeka się wszystkiego, co niepotrzebne. Zostaje tylko ludzki korowód w scenerii wyspy życia. I liczne cytaty. Z Chaplina, Keatona, a przede wszystkim z Tadeusza Kantora. Jest ich tak wiele, że czasem przytłaczają resztę. A mimo to układają się w całość znaczoną inscenizatorskim charakterem właściwym tylko Wiśniewskiemu. Po "Burzy" mam wrażenie, że jego teatr wchodzi w nową fazę. Teraz być może, jak w ostatnich swych latach Jerzy Grzegorzewski, postawi na ascezę, niemal absolutne ogołocenie.

A zatem Purcarete i Wiśniewski – dwa skrajnie różne, a jednak bliskie sobie przedstawienia. Dwa razy Szekspir bez kompromisów.