Mickey Rourke: Jako były profesjonalny bokser nie uznawałem wrestlingu za sport. Patrzyłem z góry na tych wygłupiających się facetów. Dopiero kiedy Darren wysłał mnie do szkoły wrestlingu na dwa miesiące, odkryłem, jak ciężko oni ćwiczą, by osiągnąć efekt lekkiej zabawy na ringu. Uświadomiłem sobie, że nawet jeśli walki w wrestlingu są udawane, to jak 150-kilogramowa kupa mięsa przerzuca cię przez cały ring, nie ma szansy, by nie zrobiła ci krzywdy. Nie lubię, gdy ktoś używa w stosunku do mojej roli w tym filmie słowa "comeback". Jak popatrzysz sobie do słownika, zobaczysz, że może ono znaczyć wiele rzeczy. Podobał mi się sposób pracy Darrena, np. przed pierwszą, bardzo ważną dla filmu sceną, którą gram ze swoja filmową córką Evan Rachel Wood, nie pozwolił nam się spotkać. Mnie powiedział, że zadzwonię do drzwi i otworzy mi młoda kobieta. Jej, że ktoś zadzwoni do drzwi, ona ma otworzyć i powiedzieć: "Ty dupku". Oboje byliśmy nieźle zaskoczeni, gdy się zobaczyliśmy. Zagraliśmy kolejną scenę i pomyślałem: no niezła jest, potem dubel, a ona jest jeszcze lepsza! Kiedy ja miałem 20 lat, nie miałem połowy jej umiejętności, mówię wam, ta zdzira naprawdę potrafi grać!

Czy trudno mi było zagrać człowieka skrajnie samotnego? Oczywiście, że nie, bo to ja. Uczucie przemożnej samotności towarzyszy mi, od kiedy pamiętam. I miałem wiele szczęścia, że spotkałem Darrena i ekipę "Wrestlera", którzy razem ze mną udali się w podróż w moje wspomnienia, moją samotność. Wyszedł z tego piekielnie mocny kawałek. Niestety muszę powiedzieć, że ten film jest o mnie. Zaczęło się od tego, że słyszałem, że Darren to facet, który nie kłania się Hollywood, wiec pomyślałem, że to reżyser idealny dla mnie: z wielkim mózgiem, bezkompromisowy. Bardzo szukałem drogi, by z nim pracować, ale nie wyobrażałem sobie, że zrobimy film, który opowie o mnie, przez który będę musiał spojrzeć jeszcze raz na moje zmarnowane życie. Weźmy scenę, w której Randy dowiaduje się, że nie może wrócić do sportu. Mnie też to spotkało – pewnego dnia przychodzi do ciebie ktoś, kto zmusza cię, byś zmierzył się z rzeczywistością: nie będziesz już nigdy tak dobry, jak byłeś, bo się zestarzałeś. Człowiek nigdy nie przyzna się do tego sam przed sobą. A przypominanie sobie tego boli. Wyobraźcie sobie, że ktoś proponuje wam rolę marzyciela, który żyje po uszy w gównie, w stanie ciągłego wstydu za samego siebie. Kiedy porzuciłem swoją karierę 15 lat temu, właśnie w takim stanie się znalazłem. Nie ma w życiu człowieka nic gorszego niż wstyd. Żałuję, że nie zrobiłem takiego filmu jak "Wrestler" 20 lat temu, wtedy moje życie mogło potoczyć się inaczej.

p

Darren Aronofsky: Mickey mógłby być prawdziwym mistrzem wrestlingu, przynajmniej tak twierdzi trener, który przygotowywał go do roli. Wybrałem go ze względu na… uśmiech. To ironiczne ułożenie ust przyciąga uwagę. Ja byłem nim zafascynowany. Swoje trzy ostatnie filmy: "Pi", "Requiem dla snu" i "Źródło", traktuję jako cykl. Ten etap zabawy z formą uważam za skończony, teraz będę robił kino realistyczne, takie jak robiono pod koniec lat 70. Ale nie chcę przez to powiedzieć, że teraz będę próbował zrobić swoją wersję "Asfaltowej dżungli". Inspiruje mnie wielu twórców: od Johna Hustona do braci Dardenne. Dzięki temu filmowi dowiedziałem się o sobie tego, że byłem obsesyjnie przywiązany do władzy nad filmem: przy trylogii, którą rozpoczynało "Pi", musiałem być bogiem decydującym o wszystkim. "Wrestler" nauczył mnie współpracy z ludźmi na planie. W pewien sposób mnie wyzwolił. Bez Mickeya nie byłoby tego filmu, nie tylko dlatego, że gra główną rolę, ale załatwił za mnie wiele rzeczy. Np. poprosił swojego kumpla Bruce’a Springsteena, by napisał dla nas piosenkę "The Wrestler" i "Boss" w przerwie między kolejnymi trasami koncertowymi zrobił to dla nas. Zrobił to dla Mickeya, tak by pasowała właśnie dla niego. Bruce był w złym nastroju, kiedy pisał - stracił kogoś z rodziny, zmarło dwóch muzyków, z którymi współpracował, ten jego smutek świetnie dopasował się do nastroju filmu. Mimo smutnego końca mojego bohatera myślę o sobie jako o optymistycznym reżyserze, takim, który wierzy w ludzi i widzi dla nich nadzieję. Zastanawiałem się, dlaczego nikt dotąd nie zrobił filmu o wrestlingu, skoro filmy o boksie tworzą już właściwie osobny gatunek. Doszedłem do wniosku, że to dlatego, że wszyscy sądzą, iż wrestling to żart. Tymczasem tam też ryzykujesz swoje życie.