"W ciągu jednego dnia znalazłem odpowiednie zdjęcie i zrobiłem z niego ilustrację" - opowiada stworzył Shepard Fairey, 38-letni artysta z Kalifornii. Projekt wysłał do swego znajomego Yosiego Serganta, speca od marketingu zatrudnionego przy kampanii Baracka Obamy. Od kilku miesięcy planowali, że zrobią coś wspólnie. Właściwy moment przyszedł tuż przed Superwtorkiem (5 lutego, prawybory w 24 stanach). "Projekt wygląda znakomicie. Wchodzimy w to" - zdecydował Yosi. Następnego ranka plakat był już w druku. "Pierwsze 350 sztuk sprzedaliśmy w internecie, a drugie tyle pchnęliśmy na ulice. Ze sprzedaży pierwszego nakładu były pieniądze na druk następnych 4000 sztuk, które studenci rozdawali podczas wiecu w Los Angeles" - wspomina Fairey.

W wywiadzie dla "The Huffington Post" designer opisuje te wydarzenia dosyć powściągliwie. W rzeczywistości w ciągu tych kilku dni Ameryka zwariowała na punkcie jego dzieła. Pierwszy nakład sprzedał się w parę minut - i niemal natychmiast trafił na rynek wtórny. Pod koniec dnia plakaty kosztowały na eBayu ponad 3000 dol. (ku irytacji artysty, który sprzedał je po 45 dol. za sztukę). Wartość tej unikalnej serii będzie rosła, bo wyróżnia ją treść napisu. Pierwotne hasło brzmiało "Progress". Dopiero kilka dni później sztab wyborczy zasugerował zmianę. W miejsce postępu pojawiła się nadzieja. "Hope" - jedno słowo, w którym zawiera się przekaz kampanii Baracka Obamy. Po tej ostatniej poprawce ikona była gotowa.

Kim jest jej autor? Fairey to grafficiarz z Kalifornii, absolwent prestiżowej szkoły artystycznej, skejt czytający Heideggera i McLuhana, uważany za jednego z najważniejszych streetartowców świata. Jego firma projektowa pracowała już dla Pepsi, Adidasa i Mozilli, lecz Shepard nie odstąpił od rebelianckich zwyczajów. W sierpniu podczas konwencji Demokratów w Denver został aresztowany za nielegalne plakatowanie (czternaste zatrzymanie za to przestępstwo). Noc, kiedy jego kandydat odbierał partyjną nominację, artysta spędził w więzieniu. Kaucję - 500 dol. - wpłaciła żona. Dobrze, że kwota nie była wysoka. Wprawdzie obraz przedstawiający Baracka poszedł ostatnio za 108 tys. dol., ale twórca wszystkie zyski przeznacza na finansowanie kampanii plakatowej.

Wielki Brat Obama

Plakat robił karierę, lecz równocześnie pojawiły się wątpliwości dotyczące jego stylistyki. W swojej twórczości Shepard od lat czerpie z totalitarnej propagandy. Wizerunek Wielkiego Brata powraca w jego pracach z obsesyjną częstotliwością. Tak jak fragmenty starych radzieckich i chińskich plakatów - kopiowane i przerabiane ze swobodą, która ściągnęła na grafika zarzut plagiatu. Te inspiracje widać także w jego najsłynniejszym dziele.

Czy w demokracji można sięgać po totalitarny sposób obrazowania? - pytam Stevena Hellera. Heller, krytyk i wykładowca designu, przez ponad 30 lat dyrektor artystyczny w "The New York Times", wydał właśnie książkę "Żelazna pięść. Branding w służbie totalitarnego państwa". - To prawda, w większości swoich prac Shepard parodiuje socrealizm i realizm społeczny. Jednak pamiętajmy, że nie jest to unikalny styl sowieckiej lub faszystowskiej propagandy. W latach 30. taki styl dominował również w Stanach. Często spotykamy go także w reklamach z lat 40. i 50. Fairey po prostu sięgnął po język heroicznej propagandy, by stworzyć swe uderzające dzieło. Czy to jest OK? Pewnie, że tak! W demokracji można takich wyobrażeń używać, o ile nie zamierza się promować dyktatora... Mamy przecież wolne wybory - dodaje Heller.

Nie mam już wątpliwości, że Fairey dobrze odrobił lekcję. Stworzył idealny plakat rewolucyjny: mocny, wyrazisty i łatwy w reprodukcji. Widać, że Amerykanin użył zdjęcia, ale zamienił je w precyzyjny, elegancki rysunek, który powiększony do formatu billboardu lub zmniejszony do rozmiarów naklejki na zderzak będzie wyglądał równie dobrze. Gamę kolorów ograniczył do trzech. Użycie czerwieni oraz trochę wyblakłego błękitu jest oczywiste. Trzeci kolor - barwa twarzy, kołnierzyka i tła - daje do myślenia. Kiedyś taki odcień nazywano cielistym, ale to określenie dawno już wyszło z użycia. Zamiast tego firma Crayola sprzedaje dzisiaj "multikulturowy zestaw ośmiu kredek" - od jasnobeżowych po głęboką czerń. Shepard wybrał jeden z najjaśniejszych odcieni ludzkiej skóry. Grafika rozbroiła problem rasowy.

McCain po goleniu

I pojawiła się w dobrym momencie. W ciągu ostatnich ośmiu miesięcy wydrukowano ponad 200 tys. plakatów, pół miliona naklejek. Portret rozpowszechniał się jak wirus. - Ten obraz pozwala wyrazić poparcie dla Obamy, więc ludzie zaczęli go wklejać na swoje strony Facebooka, wrzucać na MySpace, wysyłać w e-mailach. Niektórzy robili małe wydruki, aby przykleić sobie w biurze - opowiada Fairey. W internecie pojawiły się setki przeróbek i parodii. Rene Wanner, szwajcarski kolekcjoner i znawca plakatu, zebrał już niemal 100 różnych wersji.

Inni graficy również coraz chętniej udostępniają swe prace w sieci. Zwolennicy Obamy mogą je za darmo ściągać z internetu. Na Designforobama.org jest ponad 150 projektów. - Fairey udowodnił, że plakat nie jest martwym medium. Możemy zrewolucjonizować tę kampanię - piszą twórcy serwisu. - Gdy designer chce coś powiedzieć, robi plakat. A wielu projektantów jest dziś za Obamą. Czy to renesans amerykańskiego plakatu? Wątpię. To unikalne zjawisko, związane z poparciem, jakim cieszy się ten kandydat - mówi Steven Heller.

Swój afisz opublikował ostatnio także słynny typograf Jonathan Hoefler. Na niebieskim tle umieścił słowa Obamy: "Dopóki żyję, nigdy nie zapomnę, że w żadnym innym kraju na ziemi moja historia nie mogłaby się zdarzyć". Wygląda, że na przekór pesymistom amerykański mit miewa się nieźle.

Jonathan Hoefler wniósł jeszcze jeden wkład w kampanię Baracka: przed kilku laty zaprojektował font gotham, krój pisma używany dziś w oficjalnym logo kandydata. Na swoim blogu grafik wyraził satysfakcję z tego wyboru. Przy okazji skrytykował liternictwo użyte w kampanii Republikanów. "Ich font, optima, udaje coś, czym nie jest. Ten krój przez lata stosowano jako namiastkę luksusu na podrzędnych produktach" - głosi Hoefler. Na poparcie swej tezy zaprojektował żartobliwą etykietę balsamu po goleniu, który nazwał McCain Pour Homme. Z jednej strony nadzieja. Z drugiej - after shave... Nie wiadomo, kto zwycięży w tych wyborach. Ale nie ulega wątpliwości, kto porwał wyobraźnię grafików.