EWELINA KUSTRA: Pański nowy film "W sieci kłamstw" zaskakuje wiarygodnością przedstawienia ludzi pracujących dla CIA. Ma pan jakieś kontakty w agencji? Zna pan kogoś rangą zbiżoną do agenta Rogera Fellisa granego przez Leonarda DiCaprio?
RIDLEY SCOTT: Nie, ale gdy przy okazji researchu do filmu odwiedziłem ministerstwo kultury w Jordanii, poznałem tam oficjela w randze Haniego (postać grana przez Marka Stronga - red.). Był ubrany, jakby właśnie wyszedł z sesji zdjęciowej dla "Vouge'a". Palił spokojnie papierosa i nagle ni z tego, ni z owego zapytał: "Dlaczego w amerykańskich filmach zły zawsze musi być Arabem?". Zatkało mnie. Ledwie zdołałem wykrztusić: "Słucham?". A on buchnął wtedy śmiechem: "Żartowałem". A ja zupełnie realnie byłem przez chwilę ugotowany. Jednak po chwili wiedziałem już, że postać z takim poczuciem humoru musi się znaleźć w moim filmie. Hani, w najlepszych szytych na miarę garniturach, to właśnie on. Scena w szpitalu, gdy Hani Salaam, szef jordańskiego wywiadu, odwiedza rannego Fellisa, to moja wariacja na temat poczucia humoru faceta, który mnie nieźle wkręcił.

Zdjęcia do "W sieci kłamstw" powstawały w Maroku.
No tak, połowa ekipy narzekała. Że niby wszyscy mają delikatne żołądki, że tamtejsze jedzenie im szkodzi. Jezu, co za nudy. Ja jestem z South Shields, portowej dziury w północno-wschodniej Anglii. Mnie nic nie szkodzi, jestem absolutnie wszystkożerny. Kręciliśmy w stolicy Maroka, w Rabacie. Po raz pierwszy byłem tam w 2000 roku i pod względem filmowym nie działo się tam absolutnie nic. A teraz? W kinach grają osiem filmów nakręconych w Maroku. I to same hity, od Bonda poczynając.

Znów pracuje pan z Russellem Crowe'em. On nie ma opinii najłatwiejszego współpracownika.
A ja mam? Trzeba kogoś po prostu dobrze znać, wtedy można sobie pozwolić na awanturowanie się. I nie ma wtedy znaczenia, jeśli damy sobie po razie czy ktoś strzeli focha. Wiemy, że to nic między nami nie zmienia. Po chwili wracamy do roboty. Może nie toczymy jakichś wielkich kłótni, ale dużo gadamy, często bardzo podniesionym głosem. Russell jest Australijczykiem, wyczuwamy wzajemnie swoją wyspiarskość, wbrew pozorom mamy ze sobą naprawdę dużo wspólnego. Umówmy się, Australię zasiedlano skazańcami (śmiech). Poza tym mamy podobne poczucie humoru. To ważne. On ma coś w sobie dziewiętnastowiecznego i bardzo mi się to podoba. Na dodatek lubię australijskie filmy. "Wesele Muriel" oglądałem chyba z sześć razy. "Roztańczony buntownik" to najlepszy film Baza Luhrmana. "Ostatnia fala" Petera Weira to niesamowity film, którego remake sam chciałem nakręcić.

Dogadywać się to jedno. Ale Russell podobno nieźle imprezuje na planie.
To ja muszę być w formie jako reżyser, muszę mieć głowę na karku, żeby wszystko ogarniać. Dlatego cieszę się, że wiem, kiedy przerwać zabawę z alkoholem. A jego podkrążone oczy zatuszuje charakteryzacja (śmiech). Poza tym w "Sieci kłamstw" ma sporą nadwagę i działa jak centrala telefoniczna, jego życie toczy się przez słuchawkę, którą ciągle trzyma przy uchu. W tej samej chwili całuje dziecko i mówi mu, że je kocha. A przez telefon zastawia pułapki na członków Al-Kaidy. Ale tak naprawdę to dzisiaj wygląda. Ba, sam często pracuję w podobny sposób. Dzięki komórce w ciągu paru chwil mogę przyspieszyć pracę nad filmem o kilka dni, wliczając w to wszelkie opóźnienia związane z różnicą czasu, gdy ja akurat np. jestem w Europie. Godzina przy telefonie i dzień pracy wykonany. Nie bredzę. Ostatnio przeczytałem, że wykorzystujemy tylko 10 procent możliwości naszego mózgu. Ja byłem zawsze kiepski w szkole. Ale proszę sobie wyobrazić, że gdybyśmy wykorzystywali go w całości, to w czasie tej rozmowy uczylibyśmy się dwóch języków, jednocześnie robiąc przez komórkę świąteczne zakupy.

Russell Crowe będzie grał Robin Hooda w pańskim nowym filmie "Nottingham". Chyba będzie musiał schudnąć...
Nie ma wyjścia. To jego problem. Mam nadzieję, że zdąży do stycznia, bo wówczas ruszamy ze zdjęciami. Dopiero wtedy to będzie mój problem. A teraz się nie wtrącam w jego diety i ćwiczenia.

Dlaczego postanowił pan nakręcić kolejną wersję losów Robin Hooda?
Uwielbiałem tego bohatera jako dziecko. To przecież część angielskiego folkloru. Ciekawi mnie ten okres angielskiej historii, kiedy byliśmy bankrutami. Nie boję się, że krytycy będą psioczyć jak przy "Gladiatorze". Ja wiem, co chcę zrobić. Gdy coś takiego czuję, muszę tylko po prostu zabrać się do roboty.

Czy ma pan coś nowego do powiedzenia o tych czasach? A może chce pan w jakiś sposób skonfrontować historię ze współczesnością?
Robin Hood nie ma kasy, wraca do domu i grabi, co się da, bo nie ma grosza przy duszy. Trzeba będzie wymyślić i wprowadzić podatki. Ale nie ma mowy, żeby to był jakikolwiek komentarz do obecnej sytuacji światowego kryzysu finansowego. Co to, to nie. Chcę się trzymać legendy tej postaci, która w Anglii jest wciąż żywa, ale jednocześnie chcę ją przybliżyć do rzeczywistości. Może trudno w to uwierzyć, ale świetny, gęsty, baśniowy las, w którym będziemy kręcić, znalazłem tuż pod Londynem. Kto twierdzi, że to niemożliwe, najwyraźniej nie szukał.

Robi pan filmy od ponad trzydziestu lat. Gdy zerka pan wstecz, z których jest pan najbardziej dumny?
"Pojedynek" był dla mnie przełomem. Krytyka go zmiażdżyła, wtedy przestałem się przejmować tym, co piszą w gazetach o moich filmach. Nie jest pani przerażona? Od 1977 roku olewam prasę! "Łowca androidów" mi wyszedł zajebiście. "Legendą" też wystrzeliłem z grubej rury. "Gladiator", "American gangster" - nieźle się przy nich bawiłem. Lubię też mój inny film: "Dwie ździry w samochodzie", tak pieszczotliwie nazywam "Thelmę i Louise". Niektórzy krytycy zarzucali mi, że każdy film kręcę w innym stylu. Ale nie ma nic gorszego niż zastój. W moim życiu ciągle się coś musi dziać.

p

Po raz kolejny okazuje się, że czerpanie pełnymi garściami z gatunkowej klasyki to broń obosieczna. Z jednej strony pomaga Scottowi w utrzymaniu napięcia od pierwszej do ostatniej minuty, z drugiej zawiesza film w próżni narracyjnej sztampy. Scott wykorzystuje konwencję polityczno-szpiegowskiej intrygi, by malowniczo rozrzucić akcję po całym świecie. Co chwila przeskakujemy między Waszyngtonem, Irakiem, Turcją, Jordanią. Jesteśmy jednocześnie w Bagdadzie, na irackiej pustyni, w bazie CIA. Banalny chwyt, ale wciąż może się sprawdzać, pod warunkiem że akcja ma wszystko to, co powinien mieć rasowy thriller. U Scotta na szczęście ma. Nagłe zwroty, strzelaniny, pościgi, eksplozje sprawiają, że jego film nie zatraca do końca własnej osobowości. Dynamika, dramatyzm, tempo wkręcają w wir intrygi. Brudne, pozbawione temperatury zdjęcia przeplatające narrację migawkami wystylizowanymi na obrazy podglądane za pomocą szpiegowskich kamer dają wrażenie chaosu, nad którym nie sposób zapanować. Podobnie jak montaż, który w miarę rozwoju wydarzeń jest coraz bardziej rwany.

Scott podejmuje ograny motyw walki z terroryzmem sterowanej zdalnie z zacisza waszyngtońskich gabinetów. Udaje mu się oddać wirtualizację takiej wojny, sprowadzenie jej do abstrakcji pokrewnej grze komputerowej. Wszędobylskie kamery, satelitarny nasłuch sprawiają, że wojna traci dla tych, którzy nią kierują, całą realność. Wrogów, a nawet własnych żołnierzy i szpiegów przesuwa się po ekranie za pomocą telefonu zastępującego joystick, a przypadkowe ofiary strąca jak pionki z szachownicy. Nie jest to odkrywcza teza dotycząca amerykańskiej wojny w Iraku i Afganistanie. Niemniej w filmie, gdzie brutalności nie brakuje, najbardziej wstrząsające są sceny, gdy oficer CIA (Russell Crowe) zmienia losy świata podczas spaceru z dziećmi albo między jednym a drugim daniem rodzinnego obiadu. W tym samym czasie jego podwładny (Leonardo DiCaprio) ryzykuje życie, by schwytać przywódcę arabskiej grupy terrorystycznej zamierzającej przenieść front z Bliskiego Wschodu do USA i Europy. Z pomocą szefa jordańskiego wywiadu (Marc Strong) próbuje zwabić wroga w przemyślną pułapkę.

Konfrontacja pragmatyka zdolnego posunąć się do zbrodni dla obrony demokratycznych racji z bezwzględnym wykonawcą płynących z centrali rozkazów nic istotnego do filmu nie wnosi przez polityczną poprawność. Ten pierwszy zdaje się nie mieć żadnych uczuć, skłonny jest złamać każdą zasadę. Drugi, pozornie beznamiętny, naznaczony jest niezbyt przekonującym piętnem moralnej ambiwalencji, choćby przez deklaracje współczucia dla Arabów poparte wątkiem romansu z irańską pielęgniarką. Przewidywalność konfliktu, ociosanie antagonistów z wystających poza typowość cech sprowadza całą rzecz do oczywistej metafory dobrej i złej twarzy dzisiejszej Ameryki.

Scottowi nie udało się powiedzieć nic nowego o sytuacji w Iraku, metodach CIA, wojnie z terroryzmem i samych terrorystach. A jednak maskując dziury nie najlepszego scenariusza Williama Monahana ("Infiltracja"), stworzył przynajmniej pozory, że pod efektowną powłoką solidnego thrillera kryje się jednak jakaś oryginalna myśl.