Sen miałem pełnofabularny. Śniło mi się mianowicie, że gdy na z wolna przeradzającej w bal gali u obecnego prezydenta tańczyłem z byłą prezydentową, zadzwonił do mnie na komórkę obecny prezydent-elekt Obama i zapytał: - Co słychać?

- W sprawie tarczy? - odparłem pytaniem na pytanie.

- Też, ale nie tylko - odparował z dyplomatyczną wirtuozerią.

- Panie prezydencie…

- Daj spokój, mówmy sobie po imieniu, Obama jestem.

- Bardzo mi miło. Jurek. Po amerykańsku Dżerzi.

- Jersey?

- Nie całkiem, ale prawie. Dżerzi.

- O Dżerzi! How nice!

- Listen me, Obama… Nie bardzo mogę teraz rozmawiać, oddzwonię za parę minut. Oddzwonię za parę minut na ten numer, co mi się wyświetlił? OK?

- OK. Ale nie mógł ci się wyświetlić żaden numer. Dżerzi, ja dzwonię z Departamentu Stanu, tu się nie wyświetlają żadne numery.

- Wyświetlił się, jakby się nie wyświetlił, to bym nie odebrał.

- Why?

- Bo nie odbieram zastrzeżonych. Obcych też nie odbieram.

- Mój odebrałeś. Dżerzi, czy ty czasem nie kręcisz? Nie psuj wizerunku Polski.

- Twój odebrałem, bo widzę, że z zagranicy. Akurat miałem nieściszony, słyszę, że dzwoni, wyjmuję, choć nie bardzo mam rękę, wyjmuję, wyjąłem, patrzę, widzę, że z zagranicy, myślę sobie: co mi szkodzi, odbiorę, odebrałem, jestem, ale nie mogę za długo gadać, oddzwonię, pogadamy…

- Why? Dżerzi? Why?

- Co why?

- Dlaczego nie odbierasz obcych i zastrzeżonych?

- O, Obama, wiele by mówić, nasza rzeczywistość jest tak skomplikowana… Nie odbieram, bo boję się, że dzwonią z "Faktu" albo "Super Experessu"…

- O, Dżerzi, powinieneś odbierać, "Fakt" i "Super" to są very influence newspapers…

- Obama… Skąd…

- Przecież mówiłem, że dzwonię z Departamentu Stanu. Skoncentruj się Dżerzi. Nie psuj wizerunku Polski. Powinieneś odbierać i reagować…

- Kiedy oni domagają się, abym skomentował reformę służby zdrowia albo sprawę emerytur pomostowych…

- Bardzo dobrze… Nasza administracja z uwagą śledzi te zmiany…

- Ale ja nie mam o nich zielonego pojęcia…

- Prosiłem cię, Dżerzi, nie psuj…

- Ja niczego nie psuję! Przyjedź i sam zobacz!

- Z radością przyjmuję zaproszenie do waszego pięknego kraju. Przyjadę na pewno, mamy do ustalenia kluczowe kwestie…

- W sprawie tarczy?

- Też, choć nie tylko. Przyjadę, ale obiecałeś, że wcześniej oddzwonisz.

- Zaraz oddzwonię…

- Dżerzi? Czy ja ci czasem w czymś nie przeszkodziłem?

- Skąd! Szczerze mówiąc, jestem na imprezie…

- Jesteś na imprezie! Dżerzi! Dopiero teraz mi mówisz! To zupełnie zmienia sytuację! Jesteś całkowicie usprawiedliwiony! Nie przeszkadzam! Już się rozłączam! Powiedz tylko na koniec: w jakiej jesteście fazie?

- Fazie?

- W jakiej fazie imprezy jesteście? Na jakim etapie?

- No, jest już dosyć późno…

- Fuck you! Dżerzi! Palicie?

- Palicie?

- Dżerzi! Nie udawaj. Chyba że chcesz użyć klasycznej frazy: palimy, ale się nie zaciągamy! Ha, ha, ha!

- Ach o to chodzi… Nie zrozumiałem… Nie.. Towarzystwo jest raczej niepalące…

- Rozumiem. Pijecie. Polska to Polska. Płonący spirytus wprost do gardeł. Za dusze pomordowanych bohaterów.

- Za dusze tak, ale nie spirytus. Gospodarz preferuje wino.

- Są dziewczęta?

- No tak… Są… Można tak powiedzieć

- Dżerzi? Czy ja dobrze słyszę? Muzyka? Gra u was jakiś zespół?

- Oczywiście. Dobrze słyszysz. Właśnie zaczęły się tańce…

- Dżerzi? Ty tańczysz?

- Oczywiście. Dlatego trochę niezręcznie mi rozmawiać.

- O, Dżerzi! Ty biała bestio! Jak ona ma na imię?

- Obama, proszę Cię… Be carefull about subject kolor skóry… My Polacy jesteśmy w tej kwestii przeczuleni… U nas na takie rzeczy natychmiast się reaguje.

- Daruj, Dżerzi, to był żartobliwy komplement…

- My mamy swoją godność i nie pozwolimy się obrażać.

- Nie sroż się, Dżerzi. Lepiej powiedz jak ona ma na imię?

- Kto?

- Dziewczyna, z którą tańczysz.

- Jola. Ale daruj, Obama…

- Ucałuj ją ode mnie. Już ty będziesz wiedział jak. Ucałuj ją, zanim zgasicie światło. Trzymaj się, nie przeszkadzam.

- One moment, Obama. Mam wrażenie, że źle oceniasz sytuację. Ja tańczę z former president’s wife. Jestem na z wolna przeradzającym się w galę balu u prezydenta.

- Former’s?

- Actual’s.

- Z jakiej okazji bal?

- 90. rocznica odzyskania niepodległości.

- Coś takiego… Powinienem wiedzieć… Nikt mnie nie informuje… Wpadłbym, jakbym wiedział.

- W Departamencie Stanu nie wiedzą?

- Będą wiedzieć. Będą wiedzieć, jak ich wymienię! Będą wiedzieć jak ich na zbite i mniejsza o to jakie pyski wywalę!

- Obama, prosiłem Cię…

- Sorry… Sorry… 90. rocznica odzyskania niepodległości, powiadasz… Nie wiedziałem, że jesteście tak starym krajem… 90 lat to nie w kij dmuchał…

- Obama, my only friend, nie osłabiaj mnie. Nasze dzieje są przeszło tysiącletnie. 90 lat temu odzyskaliśmy niepodległość po zaborach.

- Zabory? Zabory? What does it mean: zabory?

- Pause in history. Przepraszam, że do rymu.

- OK. Ale od 90 lat macie spokój?

- No skąd. During second war znów utraciliśmy niepodległość. Ale after second war, w czterdziestym piątym znów ją odzyskaliśmy. But partly.

- Partly?

- Partly, albowiem odzyskawszy niepodległość, znów znaleźliśmy się pod zaborem, tylko wprawdzie jednym, ale tym gorzej. Kolejną, za to już całkowitą, niepodległość odzyskaliśmy w 1989, przy czym wielu twierdzi, że była to niepodległość niewłaściwa, bo niewłaściwi ludzie ją wywalczyli. Obecnie chodzi o to, by niepodległość wywalczoną przez niewłaściwych ludzi przejęli właściwi ludzie. Jak będzie, okaże się za rok, jak będziemy obchodzić 20-lecie niepodległości. Nie tej starej, ma się rozumieć, ale tej nowej. Niewłaściwej. Choć za rok może już właściwej. Albo tym nie właściwszej… Zależy kto…

- Nie bardzo rozumiem.

- Jak przyjedziesz, to dopiero zrozumiesz, co to znaczy nic nie rozumieć.

- Dżerzi, skoro dodzwoniłem się na bal u prezydenta, może ty mi daj na sekundę prezydenta do telefonu?

- Prezydent nie może podejść, bo jest obrażony.

- Na mnie?

- Nie. Na okrągło. Nasz prezydent przeważnie jest obrażony. Od kiedy został prezydentem, zaczął się obrażać. Coraz częściej. Z czasem weszło mu to w krew. Teraz jest tak obrażony, teraz jest tak strasznie i tak permanentnie obrażony, że nie wiadomo, jak do końca kadencji dociągnie. A planuje drugą. Chyba, że się obrazi.

- Może w takim razie dasz mi premiera? Dżerzi, give me Donald.

- Nie ma.

- Give me Lech Wałęsa.

- Nie ma.

- Give me Jola’s husband.

- Był, ale wyszedł.

- Kto jest?

- Palikot.

- Dżerzi, nie powiesz mi, że pałac zaprosił Palikota… Departament Stanu mówi, że to niemożliwe.

- Palikot przyszedł bez zaproszenia. Jest. Choć już go nie ma. Prezydent właśnie goni Palikota. Już nie ma ani jednego, ani drugiego. Już nikogo nie ma. Skończył się bal. Nawet Jola zniknęła…

Obudziłem się bez ulgi. Był ciemny listopadowy poranek. Sięgnąłem po leżący przy otomanie telefon. Ktoś w nocy do mnie dzwonił, nie słyszałem, nie odebrałem, aparat był ściszony. Tak czy tak bym nie odebrał - dzwonił numer zastrzeżony. I obcy.