Anna Theiss: W jednym z wywiadów powiedziałeś, że robisz zdjęcia jak dokumentalista, ale na twoich odbitkach widać już malarstwo.
Todd Hido: Zamykanie w kadrze określonej historii to podstawa procesu fotografowania. Każdy, kto naciska spust migawki, dokumentuje fragment rzeczywistości albo prostą narrację. Da się to zrobić zajmująco, estetycznie, poprawnie albo po prostu nudno. Jeśli mam być szczery, w ogóle nie zależy mi na efekcie dokumentacyjnym. To, co mnie porusza, to osobiste piętno, doświadczenie autora, które da się zawrzeć na fotografii, a z drugiej strony wyczytać ze zdjęcia. Żeby kadr był porywający, musi się w nim pojawić nie tylko to, co znajduje się przed obiektywem, ale też coś z doświadczenia autora. Wspomnienie z dzieciństwa, echo pierwszego dnia w college’u, znajomy warzywniak, cokolwiek.

Do tej pory pracowałeś głównie na amerykańskich przedmieściach. Na YouTube można obejrzeć, jak powstawał twój poprzedni projekt "The House Hunting". Wsiadałeś do samochodu i jeździłeś na jedynce, szukając ciekawie oświetlonych domów. Potem długo naświetlałeś film - jeśli przeleciał samolot albo zgasło światło, wszystko znajdowało się na fotografii. Teraz zająłeś się portretem.
"Between the Two", które pokazuję w Yours Gallery, to projekt ściśle portretowy. Przeszedłem chyba naturalną artystyczną ewolucję. Zaczynałem od pracy z zastanymi obrazami, a teraz zajmuję się krojeniem i szyciem własnej, pracowicie obmyślonej wizji. Tu łatwiej jest osiągnąć efekt, na którym mi zależy. W modelkach, które fotografuję, zawsze szukam podobieństwa do osób z mojej przeszłości.

Jakiś konkretny przykład?
Tak, jak mówiłem, lubię, gdy przypominają osoby z mojej przeszłości. (śmiech)

Praca z modelem i fotografia pejzażowa mogą mieć coś wspólnego?
Ciągle jeżdżę po miejscach, które znam, w których już wcześniej byłem. Wszystko po to, żeby znów poczuć, że "to już znam, to już widziałem". Z modelami pracuję podobnie, próbuję znaleźć jakąś wspólną płaszczyznę, coś, co będzie poruszało i mnie, i fotografowaną osobę. Próbuję wykreować sytuację, która obojgu nam będzie przypominać prywatne historie. Kiedy robisz zdjęcie krajobrazu, liczą się wyłącznie twoje emocje. Portret to zderzenie dwóch energii, dwóch nastrojów. Ta interakcja sprawia, że w zasadzie można powiedzieć, że fotograf jest tylko współautorem zdjęć. Za efekt finalny odpowiada cała konstelacja czynników, bardzo subtelnych. To niezwykle emocjonujące. Udana improwizacja jest przecież majstersztykiem.

No właśnie. Często podkreślasz, że lubisz, gdy twoje zdjęcia trochę przypominają amatorskie kadry.
Modelki, z którymi pracuję, starają się wyglądać tak, jak bohaterowie telewizyjnych show, jak supergwiazdy ekranu. To kobiety, które oglądają magazyny plotkarskie, a potem próbują zdublować te same gesty i spojrzenia. Odtwarzają jakiś banalny kanon, który nie do końca mnie interesuje. Żeby dotrzeć do modelki, potrzebne jest trochę czasu. Często widzę, jak osoba, którą fotografuję, ożywia się podczas zmiany rolek filmowych. Wtedy znika kokieteria i skrępowanie, obcujemy z czystą osobą, która nie gra. To daje iluzję obcowania z czymś prawdziwym, nieudawanym. Podobny klimat przywołuje fotografia nieprofesjonalna.

A jednak taka naturalność to efekt długich manipulacji. Podczas zdjęć w hotelowych pokojach zmieniasz zasłony i chowasz prześcieradła...
Zawsze! Część rzeczy przesuwam, trochę po prostu wymieniam. Pracuję w prawdziwych hotelowych pokojach, ale przystosowuję je do moich potrzeb. Muszą działąć jak teatralna scena. Zmieniam też same modelki, znajduję dla nich peruki, eksperymenujemy ze strojami. Ale zdecydowanie wolę pracę z począkującymi modelkami, profesjonalistki rzadko pozwalają sobie na spontaniczny gest czy minę.

Niedaleko Yours Gallery znajduje się hotel Bristol, jeden z najstarszych w Polsce. Czy mogłyby tam powstać kolejne zdjęcia do twojego cyklu?
Tak. Zdecydowanie tak. O ile tylko jego wnętrze przypadłoby mi do gustu.

Czyli "Between the Two" nie jest ściśle amerykańskim projektem?
Nie, absolutnie. Komentarz, który słyszę najczęściej pod adresem moich zdjęć, to: "och, ależ to mi przypomina pewną sytuację..." I chyba rzeczywiście moją fotografię wyróżnia pewna uniwersalność. Nie wykładam jasno znaczenia znaczenia każdego kadru, wolę, kiedy fotografie są otwarte na interpretację oglądających. Dostępną i w Stanach, i w Europie.

Jeden z twoich wcześniejszych projektów "The Foreclosed Homes" był dokumentacją opuszczonych wnętrz amerykańskich domów. Udało ci się przepowiedzieć kryzys?
Te zdjęcia robiłem dziesięć lat temu, fotografowałem pokoje. Rzeczywiście, okazało się, że w pewien sposób wyprzedziły one to, co stało się z rynkiem nieruchomości w Ameryce. Ale istota tego projektu tkwi gdzie indziej. Chciałem przede wszystkim pokazać, w jaki spoób traci się swoje marzenie, co się dzieje, kiedy American dream już nie działa. Byłem zainetersowany pokazaniem klimatu smutku i nostalgii. "The Foreclosed Homes" nie ma konkretnego bohatera. To cykl o części wspólnej doświadczenia, o tym, że wszyscy mamy jakieś marzenia. Są one dosyć podobne, ale nie każdemu udaje się je spełnić. Ci, którzy odpadają w tym biegu, zostawiają po sobie oparty o ścianę materac i szukają dalej.