Choć dziś trudno w to uwierzyć, nawet Kanye West był kiedyś muzykiem bez dorobku, bez otwierającego wszystkie drzwi nazwiska, bez znajomości i pieniędzy, które ułatwiają owych znajomości zawieranie. Był czas, kiedy żadna wytwórnia nie chciała podpisać z nim kontraktu. Był czas, kiedy recenzenci akceptowali go jako producenta, ale jako rapera nie traktowali poważnie. Był czas, kiedy radio nie chciało grać jego singli. I co wtedy robił? Po prostu swoje.

Miał zaledwie 23 lata, gdy jako producent upichcił dla Jaya-Z podkład do "This Can’t Be Life". Później współpracował m.in. z Alicią Keys i Janet Jackson, ale ciągle mu było mało. Chciał sam stanąć w świetle reflektorów, zostać najpopularniejszym raperem i nie przewidywał planu B. Nie powstrzymał go nawet wypadek samochodowy, partie wokalne na pierwszy singel "Through the Wire" recytował z zadrutowaną szczęką! Ale wytwórnie płytowe nie doceniały jego poświęcenia, pomocną dłoń wyciągnął dopiero Jay-Z, oferując Kanye'emu kontrakt ze swoją firmą Roc-A-Fella. Co okazało się strzałem w dziesiątkę.

Każda z wydanych do tej pory płyt Amerykanina - "The College Dropout" (2004), "Late Registration" (2005) i "Graduation" (2007) - znajdowała miliony nabywców i zbierała przychylne recenzje. Raper ciężko na swój sukces zapracował, od dekady właściwie nie wychodzi ze studia. Do samego tylko singla "Stronger" ściągnął ośmiu realizatorów dźwięku i w rozsianych po całym świecie studiach nagraniowych zarejestrował 50 wersji piosenki. A pod jego kontrolą pozostaje także każdy kadr teledysku, szczegół okładki, element sesji zdjęciowej. Kiedy wypoczywa? Może projektując ubrania albo pracując nad programami telewizyjnymi? Doglądając powstającej sieci restauracji? Zajmując się fundacją dbająca o edukację czarnych dzieci?

Jego sposób na udaną piosenkę…? Och, przepraszam, artysta życzy sobie, by nazywać je "międzynarodowymi hymnami"! Jego sposobem na międzynarodowy hymn i znakiem firmowym Westa są przyspieszone wokalizy wysamplowane z nagrań klasyków soulu. Ale kiedy większość producentów prześciga się w wynajdywaniu artystów mało znanych, zapomnianych, niedocenianych bohaterów drugiego planu, Kanye się nie rozdrabnia. Chce być największy, więc sięga po fragmenty z nagrań innych wielkich, bezlitośnie traktując nożyczkami hity Otisa Reddinga, Marvina Gaye’a i Arethy Franklin. Podejmuje również dyskusje ze swoimi kolegami po fachu, cytując m.in. 2Paca, Jaya-Z i OutKast. Ale nie ogranicza się do czarnych dźwięków, na "Graduation" usłyszeć można strzępy nagrań Eltona Johna, Can i Daft Punk. Jak się załatwia takie sample? Góry pieniędzy nie przeszkadzają, ale nie tylko o nie chodzi. Kanye nie wysyła wyfraczonych menedżerów i adwokatów, ale sam kontaktuje się z artystami. "Nauczyli się ufać mi - mawia - wiedzą, że ich sample nie trafią do jakiegoś klipu z gołym tyłkiem."

Hiphopowy Chrystus

Oczywiście muzyka Westa ewoluuje. W jasno określonym kierunku. Na "Graduation" mocniej zaakcentował rytmy perkusyjne, bo doszedł do wniosku, że gdy już przestanie grać w halach dla kilku tysięcy fanów i zacznie występować na stadionach, potężnie brzmiące bębny będą niezbędne. Uprościł też teksty, zminimalizował wykorzystanie slangu, bo doszedł do wniosku, że gdy pojawi się przed The Rolling Stones, jego przesłanie muszą rozumieć nie tylko czarne dzieciaki, ale i 50-letnie białe damulki.

Olbrzymie ciemne okulary, usta wygięte w pogardliwym grymasie, dobrane ciuchy o wartości małego samochodu - oto Kanye Omari West. Stylizuje się na dandysa, żeby "nie wyglądać jak koleś, któremu daje się samochód do zaparkowania", jednak w przeciwieństwie do innych czarnoskórych raperów z Ameryki nigdy nie zaznał biedy. Urodził się 8 czerwca 1977 r. w Atlancie. Miał trzy lata, gdy rodzice się rozwiedli i matka, dr Donda West, przyjęła posadę wykładowczyni języka angielskiego na uniwersytecie stanowym w Chicago. Z kariery naukowej zrezygnowała, dopiero gdy została pełnoetatową menedżerką syna, którego - jak twierdzi - wychowywała na gwiazdę. Nie tylko pozwalając smarkaczowi godzinami wdzięczyć się do lustra, ale przede wszystkim - posyłając go do najlepszych szkół, w tym chicagowskiego odpowiednika Akademii Sztuk Pięknych. Do dzisiaj zresztą Kanye wymądrza się, że nie jest muzykiem, ale projektantem, tak się tylko złożyło, że "projektuje rap". Projektuje również starannie swoją karierę, czasem stąpając po grząskim gruncie. Pamiętacie Johna Lennona, który chlapnął, że Beatlesi są więksi od Jezusa i cenę, którą potem zapłacił? Kanye West, przyznający się publicznie do wiary, odważył się na podobny gest, pojawiając się na okładce magazynu "Rolling Stone" w koronie cierniowej, wystylizowany na cierpiącego Chrystusa. Nietrudno się dziwić, że w Ameryce, szczególnie na południu, zawrzało…

Na pewno lubi prowokować i w ten sposób zwracać na siebie uwagę. "Jestem artystą, którego ludzie kochają nienawidzić" - trudno powiedzieć, chwali się czy żali, lecz z całą pewnością nie mija się z prawdą. Jest bezczelny i wyszczekany. Co może pomaga sprzedawać płyty, ale nie zapewnia przychylności tłumu, który od idoli wymaga dobrych manier, okrągłych zdań i politycznej poprawności. Tego rodzaju oczekiwaniom Kanye West nie potrafi sprostać. W listopadzie 2006 r., gdy na rozdaniu nagród MTV okazało się, że laur za najlepszy teledysk roku sprzątnęli mu sprzed nosa członkowie duetu Justice, wdarł się na scenę, chwycił za mikrofon i przemówił: "Ja to p...! Mój klip kosztował milion dolarów… Jest tam Pamela Anderson, a ja skaczę przez kaniony i w ogóle. Jeśli to nie wygrało, to znaczy, że wasze nagrody tracą wiarygodność."

Przesadził i wiedział o tym. Kilka dni później przeprosił, a twórcom popularnego program satyrycznego "Saturday Night Live" dał się namówić na występ w skeczu, w którym w podobny sposób przerywał kilka innych ceremonii wręczenia nagród, z Nagrodą Nobla włącznie. W wywiadach zaczął opowiadać, że zwycięstwo Justice było… boską interwencją. Ale nie można wilka uczynić pasterzem. Kiedy po raz drugi nie dostał nagrody MTV, na zapleczu gali zrobił przedstawicielom telewizji karczemną awanturę. Jak na rapera z krwi i kości przystało, w trwającej minutę i osiem sekund tyradzie słowo "fuck" zdołał wymienić dziesięciokrotnie. Ktoś to nagrał, filmik zrobił karierę w sieci, a West na jakiś czas trafił w MTV na czarną listę z nagłówkiem: "Tych piosenkarzy nie obsługujemy".

Numer jeden po przejściach

Rok 2007 był dla Kanyego Westa najlepszy. I najgorszy. Najpierw rozstał się z narzeczoną, kończąc trwający wiele lat - pozornie sielankowy - związek. Prawdziwa tragedia zdarzyła się kilka miesięcy później. W listopadzie jego 58-letnia matka, chcąc za wszelką cenę nadążyć w wyścigu ku wiecznej młodości i nieprzemijającemu pięknu, zmarła w wyniku powikłań po operacji plastycznej. Pozostawiła po sobie dzieło życia - jedynego i niepowtarzalnego Kanye Westa - oraz dokumentację techniczną w postaci książki "Wychowywanie Kanyego - Lekcje życia od matki megagwiazdy hip-hopu". Mniej więcej w tym samym czasie do zdawałoby się impregnowanego na krytykę Westa w końcu dotarło, że ludzie, chociaż kupują jego płyty, zachwycają się teledyskami oraz tańczą przy singlach… niespecjalnie go lubią. Media również. Koleżanki i koledzy z branży chyba też. Nic dziwnego, że w tytule nowej płyty - "808s & Heartbreak" - znalazło się złamane serce. "Ta płyta jest moją terapią, opowiada o samotności na szczycie" - przyznał.

Nie spodziewajcie się jednak smutnych piosenek o tym, że świat jest zły. Choć West zdobył się na odrobinę autorefleksji, nie zmieniła się jego lista priorytetów. Nadal chce być numerem jeden. "808s & Heartbreak" to ambitne zamierzenie, niemal concept album. Tytułowe "808" jest odniesieniem do słynnego, bardzo zasłużonego w historii muzyki hiphopowej automatu perkusyjnego Roland TR-808, którego Kanye użył przy komponowaniu każdego utworu na płycie. Drugim wykorzystanym tutaj gadżetem stał się Antares Auto-Tune, komputerowy efekt, dzięki któremu śpiew artysty zaczął przypominać odgłosy robota. Rezultat? Minimalna, surowa muzyka, która z tradycyjnym rapem ma już niewiele wspólnego. Recenzenci są w kłopocie, zaczynają porównywać "808s & Heartbreak" do najbardziej artystowskich dokonań Nowej Fali z początku lat 80. - Public Image Limited czy nawet The Cure. Racji w tym tyle, że w jednej z piosenek West sampluje wczesne nagranie nowofalowego Tears For Frears.

Kanye nie zwariował. Po prostu wie, że odwaga i odpowiednia stylizacja to w świecie współczesnego show-biznesu połowa sukcesu. To dlatego na niedawnej ceremonii wręczenia nagród europejskiego MTV potrafił stać przez kilka minut w smugach intensywnego białego światła - jakby przed chwilą zstąpił z niebios. To dlatego nie wstydził się zapewniać podczas konferencji prasowej, że gatunki muzyczne przypisywane jego kawałkom w sklepie internetowym iTunes ograniczają go, ponieważ on znajduje się właśnie na prostej drodze do wynalezienia gatunku całkiem nowego. Jest pyskaty, pewny swego, chce zmienić oblicze muzyki i nawet jeśli wychodzi na bufona, to zwraca na siebie uwagę. W gruncie rzeczy idzie po śladach innych hiphopowych innowatorów, którzy niemal zawsze łączyli artystyczną śmiałość ze sporą dawką próżności i samouwielbienia.

Podobno był taki od urodzenia. Jak głosi plotka, kiedyś ciotka zabrała sześcioletniego Kanyego na wycieczkę. Zatrzymali się nad jeziorem pełnym kaczek. Chłopiec słuchał przez chwilę ich kwakania, po czym krzyknął oburzony: "Nie tak to powinno brzmieć!" - i zademonstrował stadu kaczek, jak kwakać powinny.