Pewnego razu było sobie pięć ślicznych karlic. Miały piękny dom; życie upływało im na uprawianiu bajecznego ogrodu. Idylla trwałaby wiecznie, gdyby w głębinach żyznej gleby nie zaczęło kiełkować coś obcego. Którejś nocy zerwała się złowieszcza burza, a rano karlice odkryły, że w ich ogrodzie wyrosły trzy paskudne, wielkie grzyby, z których wykłuł się osobliwy tercet: śpiewak operowy Maestro, ogromnego wzrostu dama nazwiskiem Gloria Viagra oraz grzeczna dziewczynka o twarzy Katarzyny Kozyry.

Goście byli nieproszeni, ale karlice przyjęły ich życzliwie. Niestety intruzi nie potrafili się zachować. Maestro męczył gospodynie swoimi trelami i notorycznie rozrzucał w sypialni brudne skarpetki, wysoka dama została zdemaskowana jako mężczyzna, w dodatku obsikujący deskę sedesową w ubikacji, dziewczynka zaś... Rozzłoszczone karlice postanowiły przywrócić ład i harmonię w swoim doskonałym świecie; środki, które podjęły, były najbardziej radykalne z możliwych.

Taką bajkę opowiada nam Katarzyna Kozyra w "Opowieści letniej", humoresce-makabresce, która zaczyna się jak bukoliczna ballada, rozwija jak opera buffo i kończy horrorem krwawej jatki. Koniec wieńczy dzieło, chciałoby się powiedzieć, bo Kozyra przedstawia „Opowieść letnią” jako finał swego opus magnum rozwijanego od pięciu lat monumentalnego projektu „W sztuce marzenia stają się rzeczywistością”. Cóż to za przedsięwzięcie? To osobna bajka, która zaczyna się tak: nie tak dawno temu, w latach 90., była sobie Katarzyna Kozyra, najgłośniejsza, ale i najbardziej kontrowersyjna młoda artystka ubiegłej dekady w Polsce.

Co skończyła pracę, to publiczność doznawała szoku, bo trudno było nam przejść do porządku dziennego nad tym, że w sztuce Kozyry wszystko dzieje się naprawdę: w jej dziełach zwierzęta umierały, a ich wypchane ciała układane były w piramidę, ciężko chora autorka pozowała do zdjęć podczas zabiegów chemioterapii i naprawdę z ukrytej kamery filmowała sceny w budapeszteńskiej łaźni, zarówno w części żeńskiej, jak i męskiej, do której zakradła się ucharakteryzowana na nagiego młodzieńca.

W XXI wieku w fabule bajki o Kozyrze następuje zasadniczy zwrot akcji. Kojarzona z brutalnym naturalizmem artystka postanawia udowodnić, że "W sztuce marzenia stają się rzeczywistością". O czym marzy Kozyra? O wszystkim: chce być śpiewaczką operową, rockową diwą, powabną cheerleaderką w męskiej szatni pełnej półnagich, napalonych samców, superkobietą, mężczyzną, kastratem, striptizerką, draq queen, Królewną Śnieżką w chatce krasnoludków granych przez drużynę karłów. I wszystkie te marzenia się spełniają! Rozpoczęty w 2003 r. projekt wymyka się wszelkim gatunkowym klasyfikacjom. Ma postać kilkunastu filmów wideo: są wśród nich niemal fabularne krótkometrażówki, rejestracje performance, zapisy parateatralnych inscenizacji, kostiumy, efekty specjalne, charakteryzacje.

Tworzywem tego dzieła jest sama Kozyra, jej ciało i tożsamość. Artystka przechodzi kalejdoskopowe transformacje: była monstrualnie grubą diwą i chudym jak szczapa chłopcem transwestytą, opanowała śpiew operowy i taniec, poddawała swoje ciało i wygląd najbardziej karkołomnym eksperymentom. Przewodnikami artystki na jej drodze do spełniania marzeń jest ekscentryczna para: niejaki Maestro, czyli nauczyciel śpiewu operowego Grzegorz Pitulej, oraz berlińska draq queen Gloria Viagra, zdaniem samej Kozyry żywa apoteoza i kwintesencja prawdziwej kobiecości.

"W sztuce marzenia stają się rzeczywistością" to opowieść, w której roi się od dygresji, rzecz gęsta od symboli i splecionych w nierozwiązywalne supły estetyk, przebogata w interpretacyjne tropy, ociekająca nadmiarem treści. Kozyra zerwała się ze smyczy artystycznych konwencji i szaleje: flirtuje z kinem, teatrem, kabaretem, estradą. Płeć, seksualność, tożsamość, a nawet anatomia stają się w jej sztuce plastycznym materiałem: artystka potrafi w nim swobodnie rzeźbić, może być kim zechce. Tytułowe marzenia stają się tożsame z absolutną osobistą wolnością, wyswobodzeniem się ze społecznych, kulturowych i płciowych ograniczeń - i trzeba przyznać, że rozmach i wyobraźnia, z jaką Kozyra realizuje tę wolność, są wielce inspirujące. Kozyra przypomina, że w słowie "sztuka" odbija się echem pojęcie sztuczności.

Jej sztuka jest ostentacyjnie sztuczna, teatralna - to solidnie podlana groteską niekończąca się maskarada. Najnowsza i jak zapowiada artystka, ostatnia odsłona „marzeń stających się rzeczywistością w sztuce” to najbardziej kinematograficzna praca z całego cyklu, z bogatymi dekoracjami, kostiumami, suspensem i groteskową, nadrealną fabułą, która jednocześnie śmieszy i przestrasza. W świecie podszytych okrucieństwem i erotycznymi fantazjami bajek Kozyry nie istnieją granice. Każdy potrafi tańczyć, śpiewać i grać, bo jak deklaruje artystka: Z mojej wszechstronności wynika pewność, że odniosę sukces w czymkolwiek zechcę, ponieważ jestem potencjalnie utalentowana w dowolnej dziedzinie. W innych ustach te słowa brzmiałyby jak fanfaronada, ale w wypadku Kozyry trzeba to oświadczenie traktować najpoważniej.

p

Piramida zwierząt (1993) przyniosła artystce rozgłos i miano dyżurnej skandalistki polskich mediów. Kozyra stworzyła obiekt złożony z ustawionych na sobie martwych, wypchanych zwierząt - konia, psa, kota i koguta. Dopełnieniem pracy był drastyczny film wideo rejestrujący zabijanie konia.

Więzy krwi (1995) – seria czterech wielkoformatowych fotografii przedstawiających nagie postacie kobiece na tle symboli religijnych - krzyża i półksiężyca. Dwie z nich początkowo były prezentowane na billboardach. Po protestach billboardy ocenzurowano.

Olimpia (1996) – tryptyk fotograficzny nawiązujący do słynnego obrazu Maneta oraz film wideo rejestrujący zabieg chemioterapii wykonywany na artystce, od 1992 roku cierpiącej na chorobę nowotworową. W odróżnieniu od „Olimpii” francuskiego klasyka, w pracy Kozyry kobiece ciało jest nieestetyczne, chore lub stare.