W pierwszej chwili go nie zauważyłem. Miałem na to zresztą marne szanse, czubkiem słynnego kapelusza nie sięgał ponad blat biurka. Jedynym znakiem, że coś się zmieniło w moim służbowym zakątku Wszechświata na drugim piętrze biurowca przy Domaniewskiej 52 w Warszawie, był dziwny zapach. Coś jakby woń mokrego futra ze słodką nutką, powiedzmy, marmolady. Oryginalny bukiet, ale w końcu koleżanki i koledzy, powracając z imprez promocyjnych na łono redakcji, już nie takie roztaczali wonie.

To uśpiło mą czujność. I może dlatego, gdy ktoś pod biurkiem delikatnie podrapał mnie w łydkę, w panice zerwałem się do ucieczki. Co prawda GROM przeszkolił ochroniarzy na parterze, by nie wpuszczali snobujących się na fanki "Kultury" groupies, ale któraś mogła przecież przeniknąć w przebraniu. Potknąwszy się o coś miękkiego, runąłem na wykładzinę. I wtedy ktoś mruknął mi do ucha, smutny i rozżalony:

- A mówiono, że lubi pan misie...

Wyglądał dziwnie. Dziwnie znajomo. Łepek przykrywał stary kapelusz z szerokim rondem. Ubrany był w zbyt duży znoszony płaszcz, zdecydowanie nie od Gautiera. W ręce ściskał przedpotopową walizkę, z której wystawał przytrzaśnięty kawałek smażonego bekonu. Umorusany marmoladą mokry pyszczek wyglądał przygnębiająco melancholijnie, przywodząc na myśl smutny ryjek mokrego psa. Był to jednak, w rzeczy samej, ryjek mokrego niedźwiadka. I nagle zrozumiałem. Spozierał przecież dokładnie tak samo jak na ilustracjach książek Michaela Bonda. Miś Paddington. Najlepszy w historii Europy import z Peru.

- Och, lubię, bardzo nawet, tylko... wie pan... wie miś... - wyjąkałem zmieszany. - Przepraszam, myślałem, że to szczur... - pogrążałem się w nieudolnej próbie wybrnięcia z sytuacji, płonąc coraz czerwieńszym rumieńcem.

- O ile ciocia Lucy mówiła mi prawdę - sapnął Paddington z lekką konsternacją - a mimo wieku pamięć jej nie szwankuje, w naszej rodzinie nigdy nie było szczurów. Choć, wie pan, misie z Peru bywają romantyczne, trudno wykluczyć mezalians wśród bardziej odległych przodków...

I rozłożył szeroko łapki.

Jak go nie lubić?

- Redaktor serii pomyślał, że może chciałby pan ze mną porozmawiać z okazji wydania trzech książeczek - spuścił skromnie wzrok i odruchowo sięgnął po kremówkę, którą kupiłem do kawy. - Tełas ta sie łobi - wymlaskał, już żując ciacho. - Małketink.

- Jak tam szanowna ciocia? - podjąłem już przytomniej. - I które to książeczki? - przypomniałem sobie, że jestem dziennikarzem.

Ciocia, dziękuję, ma się dobrze - szarmancko pochylił łebek, sięgając łapką do ronda -pod dobrą opieką w domu starców w Peru. A do księgarni już trafiły: "Miś zwany Paddington", "Jeszcze o Paddingtonie" i "Paddington tu i teraz". W przygotowaniu "Paddington daje sobie radę" i "Paddington za granicą". Wszystkie z twardymi okładkami! - powiedział, z dumą prężąc się i podnosząc roziskrzony wzrok. I z oryginalnymi rysunkami!

- To właśnie ciocia wysłała pa... misia do Europy, o ile pamiętam?

- Tak, nie mogła się już mną opiekować - westchnął głęboko. - Powiesiła mi na szyi tabliczkę z napisem "Niech ktoś zaopiekuje się tym misiem. Dziękuję" i wysłała na statek. Tak trafiłem do Anglii. Na stacji kolei Paddington w Londynie spotkali mnie państwo Brown i przygarnęli... Stąd moje imię, bo oryginalne byłoby zbyt skomplikowane. Musi pan wiedzieć, że pochodzę z najbardziej mrocznych ostępów Peru!

Wiedziałem. Wiedziałem też, że Paddington przyjechał do Londynu z powodów ekonomicznych, bez jakiegokolwiek planu i adresu. Że nie miał grosza przy duszy i żywił się zabraną z kraju marmoladą. Że wyglądał nader obco w wielkiej metropolii, i że dość nietypowo zachowywał się w dworcowej kawiarni, jedząc i pijąc bardzo nie po angielsku. Że wyznał Brownom przy pierwszej rozmowie: "Ciocia Lucy zawsze mówiła, że chce, abym wyemigrował z Peru, jak tylko dorosnę.". I że po pierwszym solidnym posiłku skonstatował: "Dobrze zrobiłem, że wyemigrowałem.".

Wiedziałem, jak to może zostać odebrane. Ale czy wiedział o tym mały miś? Przecież pochodził z najbardziej mrocznych ostępów Peru.

- Myślę, że może miś cieszyć się dużą popularnością w naszym kraju, mamy bowiem ze sobą wiele wspólnego - powiedziałem ostrożnie. - Radziłbym jednak unikać dziennikarzy politycznych i jakichkolwiek publicznych wypowiedzi na tematy związane z emigracją, gospodarką, a już zwłaszcza nie przyjmować zaproszenia do złożenia wizyty w sejmie. Bez względu na to, kto je wystosuje.

- Ach, polityka, manipulacje, intrygi... - wyszeptał ze zrozumieniem, opuszczając z rezygnacją uszy, co zdradziło oklapnięte rondo kapelusza. - My, misie, także padamy ich ofiarą. Imaginuje pan sobie - spojrzał na mnie z goryczą w ślepiach - jak rozgrywano mną i Puchatkiem? Michael Bond od roku 1958 napisał o moich przygodach kilkanaście książeczek! KILKANAŚCIE! - pacnął łapką w blat, wywracając kubek z kawą na klawiaturę. - Ale to Puchatek stał się słynniejszy, bo Disney wykupił doń prawa i tłucze film za filmem, komiks za komiksem! Nie żebym mu zazdrościł, o nie - nabrał głęboko powietrza i poczochrał futerko na brzuchu. - Widział pan, jakiego z niego robią kretyna w tych taśmowych produkcjach. Zero Puchatka - sto procent produktu! Byle sprzedać! Mną nikt aż tak nie manipuluje, choć rok temu kazali mi zagrać w reklamie angielskiej pasty z drożdży, że niby lubię ją jak marmoladę... Straszne świństwo, słone, bez cukru... No, ale jednak pan Bond nie odsprzedał mnie na stałe żadnej korporacji.

Zamilkł i zastygł niby posąg w rosnącej kałuży ściekającej zeń deszczówki. Może dlatego nie od razu spostrzegłem, że w ślepiach pojawiły się łzy.

- Ale chciałbym, żeby dzieci częściej o mnie czytały... - zaszlochał cichutko. - Niczego mi nie brakuje - łkał już głośno, rozdzierając serce. - Jestem nie mniej misiowaty niż Puchatek, przeżyłem nie mniej zbawne przygody, też mam swój styl i wdzięk! Dzieciom wciąż się podobam. Muszą jednak skądś wiedzieć, że jestem. Napisze pan o mnie? W jakiejś małej szpalcie? I czy ma pan jeszcze kremówki?...