Oczywiście większość fanów korzysta z wielkich sieci typu peer-to-peer, które umożliwiają hurtową i anonimową wymianę plików, ale powstaje dla nich mocna konkurencja - audioblogi. To aktualizowane codziennie witryny z utworami do ściągnięcia w formie mp3, często służące popularyzacji nagrań niekomercyjnych i trudno dostępnych - strony prowadzone przez pasjonatów.

Nagrania anonimowych poza Afryką nigeryjskich twórców juju music, dostępne tylko na limitowanych winylach klasyki muzyki jungle, rarytasy z kaset dodawanych do punkowych fanzine’ów, surowe produkcje młodych londyńczyków z podziemnej sceny grime - te dźwięki trudno znaleźć nawet w najlepiej zaopatrzonym muzycznym sklepie. Rzadko wspominają też o nich zajęte aktualnościami wysokonakładowe pisma. Twórcy audioblogów, kompletując fascynujące archiwum muzycznych osobliwości, piszą alternatywną wobec oficjalnego kanonu muzyczną historię. Animatorzy tego nowego obiegu kultury nie przejmują się prawami rynku. To zwykle płytowi kolekcjonerzy, zapaleni hobbyści czy młodzi kronikarze rodzących się subkultur, którzy poświęcają swój wolny czas, by dzielić się unikalnymi zbiorami i wiedzą. Mechanizm tych stron jest bardzo prosty - większość autorów umieszcza nagrania na jednym z serwisów hostingowych typu rapidshare i zwyczajnie wkleja link obok informacyjnego tekstu. Wystarczy kliknąć prawym przyciskiem myszki, by zgrać piosenkę lub całą płytę na dysk.

Zapomniane peryferia popkultury

Słuchając starych, zapomnianych zespołów z Melbourne na blogu 7’’ From The Underground (www.bluetvset.blogspot.com) prezentującym rarytasowe single nowofalowych grup z początku lat 80., poznamy muzyczne korzenie Nicka Cave’a. Śledząc miksy podziemnych acidowych singli na stronie Gutterbreakz (www.gutterbreakz.blogspot.com), łatwiej będzie zrozumieć, co ukształtowało styl The Prodigy. Twórcy blogów wywracają do góry nogami ustalone hierarchie, a muzyczne dzieje piszą nie chronologicznie, lecz "w poprzek", kierując uwagę na peryferia popkultury, odkrywając zapomniane wątki.

- Stronę założyłem zirytowany faktem, że w ostatnich latach jesteśmy zalewani tandetą serwowaną przez wielkie wytwórnie, a ogromna masa wartościowej muzyki tworzonej przez ostatnie 30 lat pozostaje zapomniana - tłumaczy "Dziennikowi" Piotr, autor jednego z najciekawszych polskich audioblogów "To, co mi gra" (www.musicblog-piotrk.blogspot.com). Na swej stronie zamieszcza nagrania z archiwum polskiego rocka, od takich białych kruków jak koncertowe bootlegi Deutera (z festiwalu Róbrege ’84) czy grupy Ogród Wyobraźni (Jarocin ’81), po wydawnictwa zapomnianych tuzów rodzimego hard rocka i metalu - P.J. Band czy Syndii. W ciągu dwóch lat zanotował niemal pół miliona odwiedzin fanów z ponad stu krajów. Podkreśla jednak, że nie chce z tej popularności czerpać żadnych korzyści, poza satysfakcją z dobrze spełnionej edukacyjnej misji.

Podobne intencje deklaruje większość autorów empetrójkowych witryn. - Nie ma sensu publikować nagrań Nirvany, chyba że to fragment jednego z ich pierwszych koncertów z 1988 r. Ciekawiej szukać rzeczy trudno dostępnych. Nie dlatego, że to wartość sama w sobie, lecz by wydobyć coś unikalnego z mroku zapomnienia - tłumaczy Oliver Wang, twórca witryny Soul-sides (www.soul-sides.com). Archiwizując nieprzebrane zasoby audiosfery, twórcy blogów toczą swoistą kulturową wojnę - odkrywając to, co zepchnięte na margines rynku, odbierają monopol na informację marketigowcom wielkich wytwórni oraz decydentom w sieciach handlowych. Nie godzą się na to, że ważne płyty wyszły z obiegu lub kosztują fortunę na internetowych aukcjach. Potwierdzają tym samym teorię "długiego ogona" sformułowaną przez Chrisa Andersona, mówiącą, że internetowy ruch generują nie ci, których przyciągają zjawiska najpopularniejsze, lecz masa indywidualistów zainteresowana tym, co w realnym świecie uchodzi za niszowe. Choć ich głos rzadko przebija się do drukowanych mediów, w necie najlepsze blogi stanowią opiniotwórczą siłę. I stwarzają wykluczonym czy niechętnym mainstreamowym trendom, możliwość uczestnictwa w kulturze. Łączy ich poczucie, że dzięki sieci znaleźli swoją narrację, odmienną od wersji dziejów pisanej przez VH1 czy Radio Złote Przeboje.

I choć audioblogi działają poza prawnymi regulacjami, a twórcy nie otrzymują pieniężnej gratyfikacji za publikacje swych kompozycji, blogersi są przekonani, że działają na ich korzyść. - Nikt nie prosił mnie o usunięcie linków, a otrzymywałem korespondencję od muzyków takich grup jak Bank, Azyl P, Tilt, Ogród Wyobraźni, Stos, Pudelsi, R.A.P - mówi Piotr.

Model "długiego ogona"

Wielokrotnie zdarzało się też, że małe tematyczne strony niemal samodzielnie generowały popkulturowe mody na nagrania danego typu. Przykładem może być witryna Awesome Tapes From Africa. Jej twórca Brian Shimkovitz, młody etnomuzykolog z Nowego Jorku, spędził w Afryce kilka miesięcy na uczelnianym stypendium. Podróżując po kontynencie, zgromadził niezwykłą kolekcję kaset z muzyką z różnych zakątków Czarnego Lądu - od mistycznych berberyjskich śpiewów, przez plemienne pieśni z Kenii, po taneczne nigeryjskie juju czy gospel z Mali. - Po prostu przytłoczyło mnie bogactwo dźwięków dobiegających z samochodów, sklepów, targowych stoisk. Odkryłem, że każdy kraj ma własną, niezwykle różnorodną scenę, wiele unikalnych gatunków, nurtów, muzycznych tradycji - wspomina Shimkovitz. Dziś o jego odkryciach mówią m.in. alternatywne gwiazdy z Vampire Weekend czy Damon Albarn z Gorillaz. Inny pasjonat muzyki afrykańskiej Andy Moor, lider legendy europejskiego post punka The Ex, tłumaczy: - Gdyby Brian chciał szukać twórców tej muzyki, by zaoferować im minimalne opłaty za wykorzystanie nagrań, straciłby kilkakrotnie więcej pieniędzy, niż są one warte. A dzięki popularyzacji tych dźwięków muzycy zarobią dużo większe sumy, grając w Europie czy Stanach.

Często zresztą model "długiego ogona" znajduje swoje podstawowe, biznesowe potwierdzenie. Internetowe witryny kreują popyt na wcześniej nieopłacalne produkty i w końcu znajdują się pasjonaci, którzy podejmują ryzyko publikacji nagrań w oficjalnym obiegu. Wydawcy cyklu kompilacji "Ethiopiques" z muzyką etiopską lat 60. prestiż i wielu klientów zdobyli dzięki rekomendacjom blogerów. Być może podobnie będzie z niezwykłą serią "Z Jarocina" wydawnictwa W Moich Oczach, od niedawna przypominającą archiwalne nagrania legend polskiej nowej fali. Piotr, który część tego materiału publikował ponad rok temu na swojej witrynie, zapowiada, że chętnie wesprze twórców projektu. Z kolei Robert Jarosz, pomysłodawca jarocińskiej serii, przyznaje: - Działamy równolegle, na nieco innych poziomach. Wiem, że sprzeda się tyle płyt Siekiery, by usatysfakcjonować wydawców i artystów. Ale fajnie, że są ludzie niezwiązani monopolem papieru, zezwolenia, państwa i nikomu nie szkodząc, realizują swoją pasję. Audioblogi są dla wariatów, do których sam się zaliczam.

Etnografowie ery globalizacji

Jarosz przypomina też, że muzyka spoza głównego nurtu zawsze znajdowała formy dystrybucji poza oficjalnym, rynkowym obiegiem. Punkowcy pierwsze próby utrwalali na kasetach, hiphopowcy prezentowali umiejętności na nagrywanych własnym sumptem mixtape’ach, twórcy jungle prezentowali nowe utwory w pirackich rozgłośniach radiowych. Każdy prawdziwy fan rocka zna bootlegi Boba Dylana czy Doorsów, zaś miłośnicy jazzu kolekcjonują nieoficjalne koncertowe nagrania Davisa. Nawet najsławniejsi artyści często godzili się z istnieniem tej rynkowej szarej strefy, wiedząc, że takie wydawnictwa nie są konkurencją dla legalnych płyt, lecz bonusem dla tych, którzy już je kupili. Sun Ra niezliczone bootlegi ze swoich koncertów nazywał nawet "kosmicznymi biuletynami". Dziś te stare zbiory mają niezwykłą wartość historyczną, a zadaniem pracowitych blogerów jest, by jak największą ich część ocalić przed zapomnieniem.

Audioblogi kształtują gusta, sprzyjają tworzeniu nowych kanonów. Najciekawsi autorzy grają dziś rolę współczesnych etnografów ery globalizacji, którzy jak niegdyś Harry Smith - badacz amerykańskiego folku - przywracają tysiącom internetowych użytkowników pamięć o bogactwie kulturowych tradycji. W pozbawionej jakiejkolwiek hierarchii cyberprzestrzeni, wśród gigabajtów empetrójek zalegających na dyskach, ich często heroiczny wysiłek to próba przywrócenia choćby złudnego porządku w wielkiej internetowej Bibliotece Babel.