Cezary Polak: Uzasadniając werdykt jury, przewodnicząca Natalia Gorbaniewska nazwała "Harmonię caelestis" "środkowoeuropejską Księgą Rodzaju". Zaskoczyła pana taka recepcja powieści?
Peter Esterhazy: Gdybym wiedział, że między moją książką a ideą Europy Środkowej zachodzi tak silny związek, to bym się tak nie denerwował przed ogłoszeniem werdyktu (śmiech). Oczywiście człowiek zawsze się cieszy, jeśli okazuje się, że to, co robi, jest ważne także dla innych. Chyba istnieje coś takiego jak środkowoeuropejska samoświadomość czy też rodzaj solidarności. Zawsze uważałem, że dla nas narodów Europy Środkowej jest bardzo ważne, żebyśmy nie patrzyli tylko na Zachód, ale mieli na uwadze także, to co dzieje się w naszych krajach.

Co to znaczy być dzisiaj Środkowoeuropejczykiem?
Cechą charakterystyczną Środkowoeuropejczyka jest świadomość własnej historii. Dzieje się tak dlatego, że tej historii nie jesteśmy w stanie dobrze zrozumieć ani przetworzyć. W naszej codzienności historia jest o wiele bardziej obecna niż na przykład w życiu mieszkańca Paryża czy Londynu.

Dlaczego?
Historia w znacznie bardziej brutalny sposób wtrąca się w nasze codzienne życie. Jeśli człowiek popełnia jakiś błąd w dyktaturze, która w przeszłości dotknęła wiele krajów w naszej części kontynentu, to konsekwencje tego są znacznie cięższe niż w analogicznej sytuacji w demokracji. Literatura węgierska ma ostatnio znakomitą passę. Książki pana Laszla Krasznahorkaiego, Imre Kertesza czy Sandora Maraiego są świetnie przyjmowane na Zachodzie. Kontrastuje to z sytuacją najnowszej literatury polskiej, która oparta jest na podobnym doświadczeniu historycznym, ale na Zachodzie przechodzi niemal niezauważona.

Jak pan myśli, dlaczego?
Rzeczywiście w ciągu ostatnich piętnastu lat literatura węgierska mocno zaznaczyła swoją obecność.

Dlaczego dostrzeżono ją dopiero teraz?
Bo – w pewnym sensie – wcześniej jej nie było. Jeżeli pojawia się jakiś polski autor, to w literaturze europejskiej istnieją pewne punkty odniesienia dla literatury polskiej – jest Gombrowicz, Miłosz, Witkacy, Sienkiewicz, Mickiewicz. To są nazwiska, które funkcjonują w europejskiej świadomości literackiej. W tym kontekście nie mógłby pan wymienić żadnego autora węgierskiego i to nie dlatego, że nie zna pan dostatecznie dobrze literatury mojego kraju, tylko dlatego, że takiego nazwiska po prostu nie ma. Ale nie dlatego, że literatura węgierska nie jest wystarczająco wielka w stosunku do własnej historii, tylko dlatego, że ta przeszłość była odzwierciedlona przede wszystkim w liryce, która jest niesłychanie trudna do przetłumaczenia. To jest powód, dla którego literatura węgierska nie stała się wcześniej częścią europejskiego kanonu. Powiedział pan kiedyś, że "nie ma ani ojca, ani ojczyzny, że ma tylko słowa i z tych słów tworzy sobie ojca i ojczyzny".

Jak w tym kontekście odnosi się pan do idei narodowych we współczesnej Europie?
W krajach Europy Środkowej język ma inny status niż na zachodzie czy północy kontynentu. Inaczej rzecz ujmując, w normalnych krajach język jest środkiem komunikacji między ludźmi. Węgierskie przysłowie mówi, że "naród żyje w języku". W ten sposób język staje się metaforą narodu, dlatego tak straszne, pełne rozgoryczenia, dramatyzmu, są walki o dwujęzyczne napisy w tych miejscach, gdzie Węgrzy stanowią mniejszość narodową. Stąd wynika obawa, że gdy widać upadek i degradację języka, jest to zagrożenie dla istnienia narodu. Uważam, że ten, kto ładnie używa języka, rozwija go i wzbogaca, jest dobrym patriotą. W tym sensie staram się być dobrym patriotą.

Czy w związku z rolą, jaką język odgrywa w Europie Środkowej, nasza część kontynentu to region ciągle daleki od normalności?
Kiedy literatura albo język odgrywają w życiu narodu zbyt dużą rolę, to zawsze jest to rodzaj kompensacji. W warunkach dyktatury literatura jest jedynym terytorium naszej utraconej wolności i zajmuje się zagadnieniami, którymi normalnie powinien zajmować się na przykład parlament. Gyula Illes zwrócił uwagę, że w XX wieku literatura węgierska zajmowała się nawet rozwiązywaniem problemów gospodarki wodnej. To oczywiście jest wzruszające, że literatura ma tak rozległe pole zainteresowań, ale koniec końców to inżynierowie, a nie pisarze faktycznie mogą rozwiązać problem gospodarki wodnej. Czyli coś jest nie na swoim miejscu. Nienormalne jest także to, czego doświadczyliśmy w warunkach dyktatury, że kierownictwo partyjne interesowało się zawartością wiersza. Wynika to z tego, że w historii krajów Europy Wschodniej literatura zawsze miała wielki prestiż, a pisarze byli bohaterami narodowymi. To zupełnie inna sytuacja niż na Zachodzie, gdzie wszyscy doceniali kunszt Dickensa, Stendhala i Joyce’a, ale nikomu nie przyszło do głowy czcić ich jak bohaterów narodowych.

Za to o panu mówi się "eksportowy pisarz", "węgierski wieszcz".
W najmniejszym stopniu nie czuję się ani jednym, ani drugim. Ale faktem jest, że dany kraj najbardziej skutecznie może być reprezentowany za granicą jednak przez swoją kulturę. Jeśli cudzoziemiec przeczyta powieść Laszla Krasznahorkaiego, to rzeczywiście dowie się czegoś istotnego o Węgrzech. Ciekawe, że choć to kultura jest najlepszą wizytówką kraju, waga literatury w naszych krajach się zmniejsza. Według mnie to, co mówi pisarz, nie jest ważne, pytanie, czy w ogóle powinien się odzywać, zabierać głos poza tym, co napisał? Sytuacja, w której się teraz znajdujemy, że pan zadaje pytania, a ja odpowiadam, jest niezrozumiała. Moje zadanie polega na siedzeniu samotnie w gabinecie i konstruowaniu zdań, które ewentualnie być może spodobają się czytelnikom. Sytuacja, żeby pisarz mówił do mikrofonu, nie jest zbyt zdrowa.

Skoro literatura węgierska wchodzi do kanonu literatury europejskiej, nieaktualne wydają się słowa hasło Sandora Maraiego, który powiedział, że żeby naprawdę być pisarzem, trzeba z Węgier uciekać.
Każdy próbuje na bazie swojego życia sformułować wniosek, który byłby wzorem dla innych. Z tego oświadczenia Maraiego wynika tylko to, że w 1948 roku musiał on opuścić Węgry, żeby pozostać wolnym człowiekiem i być pisarzem. W tym samym czasie inni autorzy uważali, że muszą zostać i próbować żyć jak wolni ludzie w zniewolonym kraju i że wtedy naprawdę będą węgierskimi pisarzami. Joyce opuścił Irlandię tylko po to, żeby potem całe życie pisać o Irlandii. Inni twórcy pozostali na Węgrzech i nie przeszkodziło to im w pisaniu. Nie ma jednej recepty.

Przed chwilą złożył pan autograf na swojej książce o futbolu niewydanej jeszcze po polsku. Był pan piłkarzem, jest znanym kibicem. Dlaczego piłka nożna tak rzadko gości na kartach literatury, a jeśli już, to jest opisywana głównie przez pryzmat towarzyszących rozgrywkom patologii?
Futbol to wielki temat, bardzo trudno sobie wyobrazić książkę, która byłaby tylko o tym, że dwudziestu dwóch mężczyzn ugania się za piłką. Czy "Nowela szachowa" Stefana Zweiga tak naprawdę mówi o szachach? Czy książka Petera Handkego "Strach bramkarza przed jedenastką" to rzecz o futbolu? W mojej najnowszej książce, która będzie nosiła tytuł "Żadna sztuka", opowiadam o mojej matce, która nie tylko miała ogromną wiedzę o futbolu, ale była także w pewien sposób związana ze słynną węgierską "złotą jedenastką" z lat 50. Byłbym jednak bardzo rozczarowany, gdyby czytelnicy odebrali tę książkę jako opowieść o futbolu.