DZIENNIK: Od czasów mrocznego, rockowego albumu "Kafka" pana autorska muzyka nabrała lekkości, melodyjności i optymizmu.

Nigel Kennedy: Myślę, że nowe kompozycje odzwierciedlają rozwój mojej osobowości oraz aktualny stan ducha. Poza tym płyta "Kafka" powstała jako czysto studyjny projekt z udziałem muzyków sesyjnych, natomiast "A Very Nice Album” jest dziełem pięciu bliskich sobie i regularnie ze sobą improwizujących artystów. Radość, jaką daje nam wspólne tworzenie, musiała znaleźć ujście w brzmieniu muzyki.

Pańskiego kwintetu nie współtworzą pierwszoplanowe gwiazdy polskiego jazzu. Skąd ten wybór?

Ten skład dosyć długo się krystalizował. Miałem w głowie pewną jego wizję, podczas koncertów i jam sessions w krakowskich klubach szukałem więc odpowiednich muzyków. Na początku graliśmy głównie bebopowe standardy, ale w końcu wyłoniła się koncepcja stylistyczna łącząca elementy jazzowe, rockowe i klasyczne. Sądząc z entuzjastycznych reakcji na koncertach w Polsce i Wielkiej Brytanii, udało nam się wypracować charakterystyczne, oryginalne brzmienie.

W wieku 16 lat za występ ze Stephenem Grapellim w Carnegie Hall niemal został pan wyrzucony ze szkoły muzycznej. Chyba sporo zmieniło się od tamtej pory w podejściu środowisk akademickich do jazzu oraz innych gatunków muzyki?

Wciąż za mało. Oczywiście jazz stał się częścią kultury oficjalnej, co zresztą nie zawsze wychodzi mu na dobre. Muszę przyznać, że wydział jazzu w Katowicach kształci fenomenalnych improwizatorów. Z drugiej strony na uczelni w Warszawie nie udało się zorganizować mojego występu, bo kadra profesorska po prostu się wystraszyła. Taki radykalny konserwatyzm nie jest bynajmniej polską specyfiką. Podobne postawy zdarzają się na tak renomowanych uczelniach jak nowojorska Juilliard School of Music. Często można odnieść wrażenie, że studenci są tam dla profesorów, a nie odwrotnie. A przecież każdego artystę trzeba traktować jako odrębną indywidualność. Niestety w praktyce o wiele łatwiej jest prowadzić taśmową produkcję niemal identycznych maszyn do grania muzyki.

"A Very Nice Album" jest trzecią z rzędu płytą w polskim składzie. Poprzednie dwie nagrał pan z Polską Orkiestrą Kameralną. Czy mieszkamy w wybitnie muzykalnym kraju?

U polskich muzyków cenię przede wszystkim pracowitość oraz odpowiedzialność. Przez kilka lat nie występowałem z brytyjskimi orkiestrami, ponieważ nie mogłem doprosić się odpowiedniej ilości prób. To nie kwestia bezkompromisowości czy pedantyzmu, lecz szacunku dla słuchacza oraz muzyki. W Polsce nikt nie patrzy na zegarek. Sesje do "A Very Nice Album" trwały nieraz do piątej rano, bo wszystkim zależało, aby ta płyta brzmiała jak najlepiej. Podobnie wyglądała moja współpraca z Polską Orkiestrą Kameralną.

Zawsze w wywiadach komplementuje pan Polaków. Nie jesteśmy chyba idealni?

Najpiękniejsze cechy waszego narodu są niestety niszczone przez nową kulturę burżuazyjną. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak materializm oraz konsumpcjonizm zmieniły oblicze Polski od czasu mojej pierwszej wizyty. Są one oczywiście sposobem na odreagowanie dekad komunizmu, jednak mogą was doprowadzić do upadku, jaki daje się zaobserwować w Wielkiej Brytanii oraz większości krajów zachodnioeuropejskich. Proszę zobaczyć, co się dzieje z polską piłką nożną. Od lat kibicuje Cracovii; gdy ten zespół był w trzeciej lidze, na meczach panowała wspaniała atmosfera stworzona przez dziesiątki tysięcy oddanych kibiców. Dziś z trybun wieje pustkami, bo interes i pieniądze stały się ważniejsze od ludzi.

Z drugiej strony uboga, marginalizowana część społeczeństwa ulega manipulacjom populistycznych polityków oraz radykalnie prawicowym, nacjonalistycznym nastrojom, które podgrzewa dodatkowo Radio Maryja. I nagle ktoś staje się winny, tylko dlatego, że jest gejem albo Żydem. Ale to nie jest tylko problem Polski. W Anglii na przykład paru dziennikarzom udało się wzbudzić niechęć do ludzi ze wschodniej Europy, tylko dlatego, że pracują oni lepiej od większości rodowitych Brytyjczyków. W rezultacie mój szwagier został pobity przez przedstawicieli społeczności pakistańskiej i trafił do szpitala.

Słynie pan z odważnych politycznych wypowiedzi. W utworze "Invaders" przypomina pan o krytycznym stosunku do polityki Izraela, w którym odmawia pan występów. Ale przecież to niejedyne miejsce na świecie, gdzie łamie się prawa człowieka?

Oczywiście. Ale do sytuacji w Palestynie czy Serbii mam o wiele bardziej osobisty stosunek, ponieważ dotykają one bezpośrednio moich przyjaciół. Czym innym jest przeczytanie newsa w gazecie, czym innym – wysłuchanie tragicznej opowieści o rodzącej kobiecie, której odmawia się możliwości przekroczenia izraelskiej granicy. W autonomii palestyńskiej ludzie żyją jak w getcie i warto o tym głośno mówić.

Czy w ten sposób można zmienić świat?

Nie jestem aż tak naiwny, by wierzyć, że skomponowanie jednego utworu albo zagranie kilku koncertów w Palestynie zmieni świat. Tylko politycy są w stanie rozwiązać tego typu konflikty. Artysta może co najwyżej dać wyraz swoim emocjom i zwrócić uwagę paru osób na jakiś problem. Oczywiście o wiele większy rezonans ma na przykład izraelsko-palestyńska West-Eastern Divan Orchestra, założona przez znakomitego dyrygenta Daniela Barenboima. Bardzo chciałbym kiedyś zagrać z nimi trasę koncertową.

Z muzyką klezmerską, którą wykonywał pan już z polskim zespołem Kroke?

Dlaczego nie... Jest coś niezwykłego w muzyce narodów, które przez stulecia musiały walczyć o swoją wolność i godność – żydowskiej, bałkańskiej, cygańskiej. To zapis trudnej historii oraz wynikającego z niej ogromnego uwielbienia życia, przekazywany z pokolenia na pokolenie za pomocą dźwięków.

W pana żyłach płynie żydowska krew. Stąd ta niepokorna natura?

Niewykluczone. Ale o wiele bardziej dają mi się we znaki irlandzkie korzenie – uwielbiam piwo.