Na początku lat 70. Zofia Kulik i Przemysław Kwiek przeprowadzili w swoim za ciasnym, za ciemnym i za głośnym mieszkaniu zakrojony na szeroką skalę projekt artystyczno-badawczy. W roli zmiennej-niewiadomej wystąpił Maksymilian Dobromierz, syn artystów, podówczas mały osesek. W ten sposób niemowlak stał się bohaterem, a zarazem przedmiotem "Działań z Dobromierzem". Ta praca, po niemal 40 latach, wciąż robi ogromne wrażenie: artystyczno-naukowe teorie wypróbowywane są z marszu w najbardziej intymnych obszarach codzienności, spekulatywne, analityczne rozważania prowadzone są w realiach życia w realnym socjalizmie, a abstrakcyjne pojęcia materializują się wokół postaci niemowlaka, poddawanego przez rodziców wszelkim możliwym permutacjom.

Rok "Działania z Dobromierzem" pokazano na Documenta w Kassel. Było to oglądanie kolektywne. Spory tłumek gromadził się przed pracą - fotograficzną planszą w ramie z szarego papieru pakowego. Publiczność jednej z najważniejszych wystaw w światowym kalendarzu artystycznym z fascynacją odkrywała tę sztukę: działania pary awangardzistów, którzy przed laty, za żelazną kurtyną, w prywatnym mieszkaniu eksperymentowali z własnym dzieckiem; i z wysokim stopniem pewności mogli liczyć na to, że ich działania nie będą pokazywane na wystawach, nie trafią na rynek, w ogóle nie zostaną zweryfikowane przez oficjalny system jako sztuka. Teraz "Działania z Dobromierzem" znów dostępne są publiczności, tym razem w Łodzi. I jeszcze raz okazuje się, jak wiele w tej pracy wewnętrznych napięć i inspirujących tropów. Przenikanie się sztuki i życia to wielki temat XX-wiecznej awangardy, W "Działaniach" Zofii Kulik i Przemysława Kwieka rzeczywiście udało się zupełnie znieść granicę między życiem a sztuką. Niemałą, choć bierną rolę odegrał w tym znoszeniu niemowlak Dobromierz.

Wystawa w łódzkim Atlasie Sztuki jest kontrastowa. Ekspozycję pokazano w dwóch salach - białej i czarnej, ciemnej i jasnej. Ta jasna jest galeryjnym white cube’em, ulubionym przez konceptualistów białym pudelkiem na spekulatywną, intelektualną, pojęciową sztukę. Oglądamy tu "Stół z X-ami", elegancką, współczesną rekonstrukcję pracy z połowy lat 70, kiedy Kwiek i Kulik tworzyli duet w życiu i sztuce, nazywając się KwieKulik. Na wielkim okrągłym stole leżą tuby z przezroczystej pleksi oraz "iksy" zrobione z plasteliny. Z opisu dowiadujemy się, że "KwieKulik stworzyli abstrakcyjne modele wszystkich możliwych relacji między niewiadomą X (symbolizowaną przez plastelinę w kształcie "X") a jej przestrzennym usytuowaniem (sytuacje symbolizowane przez przezroczyste bryły i płaszczyzny). Relacje te w języku werbalnym wyrażane są za pomocą przyimków przestrzennych: na, nad, pod, poza, przed, za, obok, w, pomiędzy, wśród". Mając do dyspozycji modele, możemy przystąpić do działania - używać pracy, czyli uruchomić imaginację, bo "Zadaniem widza jest podstawić sobie w wyobraźni pod modele z niewiadomą X: 1.Coś, co może się zdarzyć (np. kotlet na talerzu, śmieć w kuble, lampa pod sufitem). 2. Coś, co może, ale zwykle nie zdarza się (np. niemowlę w muszli klozetowej, but na głowie) 3. Coś, co nie może zdarzyć się w rzeczywistości, ale można sobie wyobrazić (np. słoń w szklance)."

"Stół z X-ami", choć duży, mieści się w worze pełnym konceptualnych projektów z lat 70. Epoka nosiła mocny ślad ukąszenia teoretycznego - na całym świecie setki artystów wolały w miejsce dzieła sztuki stworzyć jego model, napisać na ten temat tekst lub wzór matematyczny. KwieKulik nie byli odosobnieni również w swoim zainteresowaniu językiem, semantyka robiła w sztuce zawrotną karierę. Gdybyśmy zostali przy "Stole z X-ami", zatrzymalibyśmy się przy zabytku epoki, w której sztuki wizualne narzucały sobie tak surową intelektualną dyscyplinę, że zostawało już tylko myślenie. KwiekKulik nie należeli jednak do artystów wyłącznie ulegających czarowi estetyki idealnego modelu. Umowna przestrzeń białego pudełka była dla nich w najlepszym razie salą treningową, w każdej chwili gotowi byli przenieść swoje rozważania gdziekolwiek - choćby do domu. Zasiadając przy "Stole z X-ami" warto zwrócić uwagę na imaginacyjny, niemal poetycko-surrealny wymiar tej pracy i wyobrazić sobie słonia w szklance. Jeszcze lepiej wyobrazić sobie "coś, co może, ale zwykle nie zdarza się (np. niemowlę w muszli klozetowej)". Ta niepokojąca wizja wiedzie nas do drugiej, ciemnej sali, gdzie pokazane zostały "Działania z Dobromierzem".

"Działania..." to projekcja, pokaz zdigitalizowanych slajdów. Ogląda się je jak w kinie. Nie jest więc tak, że analityczny "Stół z X-ami" reprezentuje jasny - teoretyczny i racjonalny - aspekt działań KwieKulik, a zaciemniona sala projekcyjna jest figurą ich mrocznej praktyki, choć jest to interpretacja kusząca i watro mieć ją w zanadrzu oglądając wystawę. W "Działaniach z Dobromierzem" schodzimy z wyżyn abstrakcyjnych spekulacji w white cube i zstępujemy na ziemię, do warszawskiego mieszkania Zofii Kulik i Przemysława Kwieka, lokalu przedstawiającego pełnię materialnej mizerii, z jaką borykać musiała się młoda para awangardzistów bez stałego zatrudnienia. W tym to niebogatym i niewygodnym mieszkaniu w 1972 roku przyszedł na świat Maksymilian Dobromierz, syn Kulik i Kwieka.

W chwili narodzin Dobromierza KwieKulik byli w podwójnej awangardzie. Tradycyjny model sztuki, z dziełami, obrazami, rzeźbami, stylem i artystycznym rzemiosłem odrzucali z punktu. Ich twórczość miała procesualny charakter, była działaniem, które właściwie nigdy się nie kończyło i miało prowadzić nie do wytwarzania artystycznych produktów, lecz ku doświadczeniu i wiedzy. Obstając przy takim rozumieniu sztuki, KwieKulik dość szczelnie zamykali sobie drzwi do oficjalnego obiegu artystycznego w PRL. Pragnęli zaaplikować sztuce modele importowane z nauk ścisłych, poszukiwali obiektywnych praw i podstawowych struktur rządzących sferami obrazów i symboli. W swoim scjentyzmie podobni byli do wyznawców strategii konceptualnych, ale w odróżnieniu od nich nie chcieli zatrzymywać się na czystej spekulacji, abstrakcyjnym poziomie myślenia. Chcieli testować teorię na rzeczywistości, również politycznej: sztukę rozumieli jako akcje, które dziś nazwalibyśmy performance, ale także jako pisanie petycji, wniosków i skarg do władz. W ten sposób przekręcali klucz w już w wcześniej zamkniętych drzwiach do meainstreamu. Podejmowali starą, ale nigdy do końca nie wyśpiewaną awangardową śpiewkę: wprowadzenie sztuki w życie. W świetle tej postawy nie powinno właściwie dziwić, że orbicie sztuki KwieKulik znalazł się również mały Dobromierz.

Za "Działaniami..." stoi to samo myślenie, które kazało artystom skonstruować "Stół z X-ami", tyle tylko, że w miejsce niewiadomej podstawiony jest niemowlak. Strategia pasująca do white cube zastosowana została wobec żywego człowieka. Na projekt składa się cykl wizualnych eksperymentów, które KwieKulik przeprowadzili w latach 1972 - 1974. Oglądamy Dobromierza umieszczonego w centrum najróżniejszych przestrzennych sytuacji: niemowlę leżące w kręgu z ziemniaków, na tle płachty czerwonego materiału, włożone do kartonowego pudełka, do muszli klozetowej, nagie, w pieluszce i przebrane w mundurek zetempowca, umieszczone wśród garnków, sztućców, brył lodu, udekorowane wnętrznościami świeżo wypatroszonej gęsi. Liczba sytuacji, w których może znaleźć się niemowlę, jest ograniczona; KwieKulik wykorzystali kilkaset z nich.

"Działania z Dobromierzem" pracą o wizualnych strukturach i permutacjach, ale i o tym, jak KwieKulik żyli, co jedli, co czytali, jak się ubierali, o tym, co zagracało ich mieszkanie i jak rósł mały Dobromierz. Metoda KwieKulik była uniwersalna; nie chodziło w niej o "neorealizm" praskiego mieszkania, ani nawet o Dobromierza. Gdyby awangardziści żyli w pałacu, mogliby równie dobrze prowadzić swoje działania na "ludwikach" i srebrnych kandelabrach. Wydaje się jednak, że egzystencjalny wymiar tej pracy jest dziś ciekawszy od analitycznego. Wprzęgając codzienność w sztukę, KwieKulik nie dali jej się zjeść i odnieśli nad nią błyskotliwe artystyczne zwycięstwo.

"Dobromierz X
Zofia Kulik prezentuje KwiekKulik"

Atlas Sztuki, Łódź
do 11 stycznia