W uzasadnieniu werdyktu napisano typową w takich sytuacjach nowomową, ale całkiem trafnie, że utwory Pintera "odkrywają przepaść pod codzienną gadaniną i zmuszają do wejścia w zamknięte przestrzenie ucisku".

Świat w jednej chwili przypomniał sobie o autorze "Urodzin Stanleya". Media obiegły jego zdjęcia, na których nie wyglądał jak dostojny laureat najważniejszej z literackich nagród. Fotoreporterzy odnaleźli go w jego domu na przedmieściach Londynu - szeregowym, takim samym, jakich są w Anglii setki tysięcy. Wyszedł na ganek w czapce z daszkiem, w jakiej widuje się w Londynie przede wszystkim kierowców autobusów. Nad lewym okiem miał plaster, ślad po niedawnym urazie głowy. Ubrany w zwykłe jasnobrązowe sztruksy opierał się o lasce. 75-letni wówczas pisarz swoją ostatnią sztukę - "Rocznicę" - napisał pięć lat wcześniej.

W miarę regularnie za to ogłaszał polityczne wystąpienia, w których nazywał George’a W. Busha masowym mordercą, a jego administrację porównywał do gabinetu Adolfa Hitlera. Tony’ego Blaira ochrzcił mianem zbałamuconego idioty, potępiał najostrzej, jak tylko się dało, interwencje w Iraku i Afganistanu, a także operację NATO w Kosowie. Jeśli mówiło się w pierwszej dekadzie XXI wieku o Pinterze, to tylko w kontekście jego sympatii dla lewicy.

Pozorna prostota

Nie pomogło to jego dramaturgii - granej, ale już nie komentowanej. Wydawało się, że autor "Zdrady" został zamknięty w szufladce z szyldem "klasycy współczesności". Sztuki Pintera wracały na afisze, tak jak pojawiają się na nich tytuły Samuela Becketta czy Edwarda Albeego, do których przez całe życie był porównywany. Ponieważ stał się synonimem brytyjskiej dramaturgii ostatniego półwiecza, teatry w Anglii i na świecie niejako czuły się w obowiązku, by sięgać do jego twórczości. Podzielił jednak los innych twórców za życia ukamienowanych pomnikami. Jego dramaty, pod powierzchnią kipiące od przeciwstawnych emocji, grywano zwykle w letniej temperaturze.

Nobel mógł tę sytuację zmienić, przywrócić światu Harolda Pintera, na nowo zwrócić uwagę na siłę jego tekstów. Nie zrobił tego, niestety. Tymczasem dziś, chwilę po śmierci pisarza, widać, że był to twórca, który stworzył i zdefiniował język nowoczesnej dramaturgii. Choć niewielu przyznaje się do bezpośrednich powinowactw z autorem "Samoobsługi", ślady jego stylu widać choćby u Marka Ravenhilla i Martina Crimpa. Nie trzeba szukać w ich sztukach bezpośrednich analogii wielkiego Anglika. Lepiej prześledzić siłę oddziaływania Pintera na światową dramaturgię ostatnich dekad. Przecież podkreśla ona to wszystko, co on sformułował jako pierwszy i na dodatek z nietypową dla dzisiejszych artystów subtelnością.

Kiedy czyta się trzytomowy wybór jego sztuk w znakomitym opracowaniu i tłumaczeniu Bolesława Taborskiego, przychodzi do głowy, że Pinter był twórcą, który jak niewielu innych potrafił łączyć - nawet w obrębie wątłej rozmiarem jednoaktówki - myślowe i formalne sprzeczności. Z tego bierze się słuszne przekonanie, że jego twórczość jest dla ludzi sceny wyzwaniem piekielnie trudnym, choć pozornie sprawa wydaje się łatwa. Wiele z jego utworów wymaga przecież niewielkiej obsady - często wystarczy dwoje, troje aktorów. Do tego ulubiona przez Anglika jedność miejsca - scenograf nie powinien mieć kłopotu z zaprojektowaniem przestrzeni. I to wszystko? Rzecz jasna, nie. Diabeł tkwi w szczegółach.

Krew, wściekłość i strach

Sztuki Pintera nazywano komediami zagrożenia (comedy of menace), zwracano uwagę, jak trudne są do jednoznacznego sklasyfikowania. Na pierwszy rzut oka wydają się przecież stricte realistyczne. To, co najważniejsze, zawiera się w dialogu, a ten z kolei zasadza się na znakomitym słuchu autora, jak niewielu innych wyczulonego na paradoksy i melodię mowy potocznej. A zatem spotykają się bohaterowie tych dramatów w sytuacjach też niby zwyczajnych, choć od pierwszej chwili podszytych dręczącym niedopowiedzeniem. W "Powrocie do domu" na łono rodziny rządzonej żelazną ręką przez ojca tyrana powraca jeden z synów z piękną żoną. W "Samoobsłudze" dwóch bandytów, leżąc na łóżkach w obskurnej suterenie, czeka na rozkazy od tajemniczego chlebodawcy. W "Kochanku" para prowadzi ze sobą dwuznaczną, erotyczną grę. Padają słowa, słowa, słowa. Postaci z każdą chwilą wydają się bardziej groźne, rozwalające od środka wizerunek, który z początku skłonni byliśmy im przypisać. Zwykle pojawia się szczegół, na dobre mącący spokój czytelnika albo widza. Pinter mnoży niby niewiele znaczące pytania, po których nie można już traktować projektowanej przez niego rzeczywistości w skali 1:1.

Mistrzostwo artysty znać po sposobie, w jaki charakteryzuje swoich bohaterów. Są tacy, jakby Pinter zobaczył ich na własne oczy. Zbudowani z mięsa i krwi, wściekłości i strachu. Namacalni, a jednocześnie niezabiegający o niczyją sympatię.

Pintera przez długie lata łączono z dwoma artystycznymi nurtami. Jak się dziś zdaje, nie do końca słusznie, włączano jego sztuki w nurt teatru absurdu, obok dzieł Becketta, Ionesco, Geneta czy Mrożka. Za patrona jego twórczości uważano Kafkę i surrealistów. A z drugiej strony uważano go za późnego egzystencjalistę i w tej kategorii rzeczywiście można dostrzec dla niego miejsce. Zawdzięcza je pisarz przede wszystkim pesymizmowi, który rozlewa się na całą jego dramaturgię. Trudno w niej znaleźć jednoznacznie jasne charaktery, niełatwo odszukać postaci, za którymi stałaby wprost deklarowana sympatia autora. Przeciwnie, konstruując swoich "mięsistych" bohaterów, pisarz daje wyraz swojemu rozczarowaniu ludzką kondycją i nie próbuje udawać, że ma wobec ludzi jakiekolwiek złudzenia. Ludzie są źli albo przynajmniej przetrąceni przez życie, które zabrało im nadzieje. Koniec nigdy nie przyniesie im ukojenia - zdaje się mówić Pinter poprzez losy swych bohaterów.

Mistrz jednego pokoju

Ostrość w ich portretowaniu dał pisarzowi niecodzienny zmysł obserwatora codzienności. Skończoną formę jego sztuk zawdzięcza pewnie po części edukacji, ale w większej mierze narzuconemu samemu sobie rygorowi w wymyślaniu scenicznych światów. I to są owe szczegóły, które stanowią dla ludzi teatru największy kłopot. Mroczne światy z dramatów Pintera krojone są przez niego z zegarmistrzowską dokładnością. Wszystko odbywa się przecież w izolacji, a zamknięta przestrzeń kieruje uwagę widza i czytelnika na z pozoru mało ważne detale. A zatem owe komedie zagrożenia są w istocie połączeniem sprzecznych żywiołów - nagromadzonych w postaciach ciemnych emocji i precyzji dialogu oraz opisu sytuacji. Pokazać ten mariaż - oto prawdziwe zadanie dla realizatorów sztuk Harolda Pintera.

Kiedy się wraca do "Urodzin Stanleya" albo "Zdrady", a wreszcie przedostatniego dzieła twórcy "Z prochu powstałeś", widać, jak wiele można zmieścić w obrębie jednego niezbyt dużego zazwyczaj pokoju. Jak pojemnym pojęciem uczynił Pinter klaustrofobię, każąc jej skutków doświadczać najpierw swoim bohaterom, a potem czytelnikom. Znaleźć się z nimi w jednym zamkniętym pomieszczeniu, poczuć ukrytą pod potokami słów siłę Pinterowskiego milczenia, to fascynujące. Dlatego dziś, tuż po śmierci Harolda Pintera i trzy lata po jego Noblu, wiem, że autor "Powrotu do domu" czeka na powtórne odkrycie. Siła twórczości Pintera skazuje go na nieśmiertelność.