JACEK TOMCZUK: Napisała pani "Kryptonim Liryka", kolejną po "Obławie" książkę o środowisku literackim PRL. I znów prawie wyłącznie na podstawie archiwów IPN. Można panią podejrzewać o jakąś obsesję...
JOANNA SIEDLECKA*: Zrobiłam to celowo i świadomie, bo bez archiwów nie można już pisać o PRL, one odpieczętowują materiały dotychczas przed nami zaryglowane, pokazują obszary, które były tabu, czyli właśnie wpływ SB na literaturę i literatów. Moja książka jest o tych, których latami rozpracowywała i przede wszystkim o tych, którzy jej w tym pomagali - tajnych współpracownikach.

Co wynika z lektury teczek pisarzy?
Niby wiemy, że w PRL, państwie totalitarnym, tajna policja polityczna musiała kontrolować również środowiska literackie, ale ogrom i skala jego inwigilacji przeraziły mnie. To, że SB śledziła opozycję polityczną, wydaje się jej zbójeckim prawem, zdumiewało jednak zainteresowanie każdym ważniejszym zebraniem Związku Literatów, wyborami prezesa Komisji Zagranicznej czy Mieszkaniowej.

Co bezpieka chciała wiedzieć?
Właściwie wszystko, bo żeby jakimś środowiskiem sterować, trzeba jak najwięcej o nim wiedzieć. Wielkie obławy na pisarzy, SOR-y - Sprawy Operacyjnego Rozpracowania, inicjowano rzadko. Zakładano je m.in. Antoniemu Słonimskiemu, Stanisławowi Dygatowi, Leopoldowi Tyrmandowi, którzy zaleźli władzy za skórę. Na co dzień jednak SB była agencją dostarczającą KC informacji o tym, co słychać u literatów, co knuje Paweł Jasienica, Paweł Hertz, Marek Nowakowski, kto i z czym wychylił się na posiedzeniu Zarządu Głównego, czy Iwaszkiewicz nadal cieszy się poparciem i kim go zastąpić po jego śmierci. Codziennym zadaniem konfidentów były raporty o opiniach środowiska na kolejne podwyżki, wydarzenia grudniowe, wybór Karola Wojtyły na papieża, wprowadzenie stanu wojennego. Gdy rosły w środowisku nastroje opozycyjne, mnożyły się kolejne protestacyjne listy, zwiększano natychmiast pulę mieszkań, talonów na samochody, atrakcyjne wyjazdy zagraniczne. Oczywiście literatura była dla esbeków głównie literackim frontem, sami nie czytali, może z wyjątkiem Krzysztofa Majchrowskiego. Wiedzy o niej dostarczali im tzw. konsultanci. O literatach pisali sami literaci, którzy zdecydowali się na współpracę.

Chyba nie tylko oni?
Agentura była głównym źródłem, choć pisarze uważali zawsze, że ściany Domu Literatury, stoliki w literackiej kawiarni nafaszerowano pluskwami. Podsłuch, czyli tzw. technikę, stosowano rzadko ze względu na koszty, zawsze bowiem była najnowocześniejsza, japońska. Nie opłacała się podczas kilkudniowego Zjazdu Literatów. Tajni współpracownicy byli tańsi, dostarczali też produkt gotowy, wyselekcjonowany. TW byli przecież, jak choćby Aleksander Minkowski, który latami obsługiwał wszystkie literackie imprezy, sprawnymi pisarzami, wyczulonymi na obserwację, fakt, anegdotę. Ich raporty, w odróżnieniu od oficjałek z archiwum Domu Literatury, nie są urzędowymi gniotami, ale żywym, barwnym dokumentem życia tamtych lat.

Z pani książki wynika jednak, że nie wszystkim pisarzom udało się SB podstawić agentów.
Oczywiście, choćby Dygatowi, niezwykle czujnemu, nieufnemu, który zrywał z każdym, kto wydawał się mu podejrzany. SB chciała go jednak osaczyć ze względu na jego pozycję, a zwłaszcza prowadzony przez niego salon, w którym bywali ówcześni celebryci, m.in. Konwicki, Holoubek, Łapicki. Niemal wyłącznie więc wiedzy o Dygacie i jego otoczeniu dostarczał zainstalowany mu podsłuch telefoniczny, którego się domyślał, a także od czasu do czasu podsłuch pokojowy, którego istnienia nie podejrzewał.

Czy nie wystarczyłaby tylko informacja o tym? Musiała wykorzystać pani zapisy rozmów Dygata i jego sądów o kolegach, co sądzi Konwicki o Kutzu?
Musiałam, bo sucha informacja nikogo nie porusza. Rzeczywiście, zacytowałam fragmenty zapisów rozmów, chcąc zasygnalizować skalę inwigilacji pisarzy, komunistycznego bezprawia i absurdu, bo zarówno Dygat, jak i Słonimski czy Tyrmand, żyli latami na podsłuchu rejestrującym dokładnie nie tylko sądy o polityce, ale też kolegach literatach i ich książkach.

Ale Konwicki i Kutz przecież żyją. Czy nie naruszyła pani zasady prywatności?
Nie przesadzajmy. Nie pisałam przecież o zakonie karmelitów bosych, ale o pisarzach, którzy, co potwierdzają choćby dzienniki Kiesiela czy Iwaszkiewicza, nie rozmawiali ze sobą o pogodzie, ale o kolegach, i to o wiele ostrzej. Rozmowy Dygata mają wartość literacką, są perełkami, pełnymi złośliwostek, z których słynął, nigdy jednak chamstwa czy okrucieństwa. Są również dokumentem epoki, świadectwem gry z systemem, bo zarówno on, jak i jego rozmówcy zdawali sobie sprawę, że są na podsłuchu, rozmawiali więc "pod niego", aluzyjnie i prowokacyjnie, chwaląc np. towarzysza Gierka. Chciałam zasygnalizować też, że teczki to nie tylko donosy, ale też swego rodzaju wielkie literackie archiwum pełne m.in. zaaresztowanych przez SB listów pisarzy, przejętych często w oryginale lub sfotografowanych, zdjęte przez cenzurę teksty, m.in. niedrukowane nigdy felietony Dygata, raporty ze spotkań autorskich pisarzy, zapisy ich rozmów przy kawiarnianych stolikach. Wiem, z jakiego pochodzą źródła, ale czy to zupełnie je przekreśla?

Jaka jest w przypadku książek takich jak "Kryptonim Liryka" granica w ujawnianiu faktów z życia osobistego?
W teczkach dotyczących środowiska literackiego informacje tego typu to ułamek całości. Wbrew pozorom SB bywała dyskretna, pisała np. że zwerbowała kogoś na podstawie materiałów kompromitujących, ale nic więcej, bez żadnych szczegółów czy opisów. Przyznam, że byłam tym nawet lekko rozczarowana. Zabierając się np. do lektury teczek Dygata, miałam nadzieję, że wreszcie coś sobie poczytam, bo barwne małżeństwo Dygatów, które dało sobie seksualną wolność, było dla SB obiektem wdzięcznym. Ale te sprawy zupełnie jej nie interesowały, spisywała natomiast i analizowała opinie autora "Disneylandu" dosłownie na każdy temat. O wiele bardziej niż sprawami obyczajowymi SB interesowała się źródłami utrzymania rozpracowywanych pisarzy, które kontrolowała i niszczyła, dawały bowiem materialną niezależność. Sprawdzała dokładnie i analizowała konta bankowe, zwłaszcza przelewy zagraniczne: skąd pochodzą i od kogo. Prześwietlała choćby Pawła Hertza, który dostawał przekazy dolarowe m.in. z Izraela. Wzywano go więc na przesłuchania, sondując, skąd te pieniądze, on natomiast odpowiadał, że jego rodzina sprzedała właśnie gaje mandarynkowe. SB próbowała więc złapać go na handlu dolarami, ale bezskutecznie, bo miał tego świadomość i bardzo się pilnował, pod każdym względem.

Czy potrzebne były cytaty donosów z domu pracy twórczej w Oborach o tym kto i z kim tam przyjechał, np. ten, że Halina Mikołajska przywiozła nowego kochanka?
Potrzebne, bo pokazywały, co pisarze pisali o kolegach, do czego bywali zdolni. Nie wymieniałam jednak żadnych nazwisk, a donos ten przytoczyłam, bo był dziełem TW "Andrzeja", czyli Andrzeja Kuśniewicza, wybitnego pisarza, który uchodził również za symbol Europejczyka, reprezentanta naszej literatury na świecie. Tymczasem, jak się okazało, był to typowy Dr Jeckyll i Mr Hyde, który rano pisał "Strefy", a wieczorem donos typu kto z kim. Mało tego - choć tematyka żydowska stanowiła niemalże jego logo i wizytówkę, liczne raporty zioną też antysemityzmem. To właśnie o Kuśniewiczu można powtórzyć za Krasińskim: "Przez ciebie przepływa strumień piękności, ale ty sam nią nie jesteś".

Pisarze pisarzom gotowali ten los. Czy nie za mało tu roli SB?
TW byli tylko jej narzędziem, oczywiście to ona inicjowała akcje niszczenia swoich figurantów. Dygatowi np. cenzura zdejmowała felietony, telewizja odrzucała kolejne projekty, zatrzymano film "Hotel Palace" według jego scenariusza. Na kolaudację wydelegowano właśnie Andrzeja Kuśniewicza, którego raport odesłał film na półkę. SB planowała również "intensyfikację działań" wobec Dygata, ale w sześć tygodni po kolaudacji powalił go kolejny zawał. Podobnie było z Tyrmandem, którego również załatwiano absolutnym szlabanem. Zdjęto z ekranów "Naprawdę wczoraj" według jego książki, nie wznawiano mu nawet "Złego". PIW odrzucił "Życie towarzyskie i uczuciowe", nie wypuszczano go za granicę, paszport dostał po siedmiu latach wyłącznie dzięki wstawiennictwu życzliwego mu Romana Bratnego. A po wyjeździe SB próbowała dopaść go, choć już bezskutecznie, w wymarzonej przez niego Ameryce. Niszczono zresztą Tyrmanda różnymi metodami. Roman Waschko, czyli TW "Adam", miał za zadanie rozsiewać plotki, głównie wśród cudzoziemców, że współpracuje z SB.

Uważa pani donosy za część dorobku literackiego pisarzy?
Naturalnie. Pisali je przecież, jak choćby Koźniewski, blisko pół wieku i chyba niemal codziennie. Były dziełem fachowców, ludzi pióra, nie brakowało więc naprawdę nieźle napisanych, z celnymi obserwacjami, dialogiem, pointą. Mistrzem gatunku był niezły również jako "recenzent" TW "Matrat", czyli Władysław Huzik, pełen zjadliwego szwungu konsultant "Olcha" - Wacław Sadkowski. Wyjątkową perfidią i wyrachowaniem odznaczały się donosy Kuśniewicza. Np. odwiedził w szpitalu już bardzo chorego Jasienicę, raportował, że nie rokuje już poprawy, jest w stanie beznadziejnym (umarł trzy tygodnie później), ale prowadził nad jego łóżkiem grę operacyjną - jednym okiem obserwował bowiem umierającego, drugim - Stefana Kisielewskiego, który również przyszedł odwiedzić przyjaciela.

Sugeruje pani, że kariera Kuśniewicza na Zachodzie była sterowana przez SB. Nie przesadza pani z wiarą w jej wszechwiedzę?
SB niszczyła jednych, a nagradzała drugich, była swego rodzaju agencją promocyjną, ukrytym mecenasem karier wielu swoich byłych współpracowników. Poszukiwała poprzez Agencję Autorską dla nich tłumaczy, często o lewicowej prowieniencji, pozyskiwanych najrozmaitszymi nagrodami, zaproszeniami. Co więcej, swoim współpracownikom, m.in. Odojewskiemu, pozwalała na rozliczne wyjazdy, własne kontakty z wydawcami. Przeszkadzała natomiast figurantom, takim jak Krzysztoń.

Pisze pani nową historię literatury polskiej po 1945 roku?
Nie przesadzajmy, choć niewątpliwie trzeba do niej dodać rozdział o wpływie tajnych służb na literaturę, którą nie tylko kontrolowała, ale też próbowała sterować, wpływać na jej kształt. A do życiorysów wielu pisarzy, choćby Odojewskiego czy Kuśniewicza, dodać, że swoje kariery nie zawdzięczali tylko zdolnościom.

No i co z tego, skoro to dobrzy pisarze? Mamy ich nie czytać?
Naturalnie, że mamy czytać. Dziwi mnie tylko pana "no i co z tego". Donosicielstwo nie jest przecież moralnie obojętne. TW budowali kariery kosztem tych, na których donosili. Łamali, rujnowali im życie. Ułatwiali SB kontrolę swego środowiska. Opowiedzieli się też po stronie silniejszego, totalitarnego państwa. Ich problem jest więc również problemem zdrady, jednego z najważniejszych literackich tematów.

"Kryptonim Liryka" to książka o życiu literackim, ale właściwie nie uwzględnia literatury. Wynika z niej, że jeżeli pisarze coś pisali, to głównie donosy, a nie powieści czy wiersze.
Moja książka jest wyłącznie o literaturze, ale w trybach SB. A może bardziej o ogromie strat, jakie poczyniła w niej SB. Są w niej przecież rozdziały stricte literackie, choćby o najbardziej gorliwym konsultancie SB - Władysławie Sadkowskim, pseudonim Olcha, który latami gorliwie recenzował groźne dla niej pisma i książki. Od jego oceny zależało, czy złożony w wydawnictwie maszynopis poleży w nim jeszcze parę lat, czy też zostanie autorowi odesłany.

Dla pani donos jest ważniejszy od książek.
Zdaniem Aleksandra Wata, wielkiego znawcy tematu, donos to ekstrakt komunizmu, a tajny współpracownik jest istotą totalitaryzmu. Na skutek donosów pewne książki w ogóle nie powstały, bo ich autorzy, tak jak Jasienica czy Krzysztoń, trafiali na czarne listy, załamywali się. Odchodzili przedwcześnie, nie dając z siebie wszystkiego. A tajni współpracownicy mieli się i mają dobrze. Do rangi symbolu urasta fakt, że Wacław Sadkowski został właśnie wybrany przez kolegów pisarzy wiceprezesem ZLP.

Kiedyś, zbierając materiały do książek o Gombrowiczu, Witkacym, zjeździła pani pół Polski. Dziś za swoimi bohaterami podróżuje pani do czytelni IPN.
SB była znakomicie poinformowana, w jej archiwach są więc również bezcenne informacje biograficzne. Dziś nie można pisać biografii pisarza bez lektury jego teczki. Żałowałam bardzo, że mego "Pana od poezji" o Zbigniewie Herbercie napisałam, gdy nie było to jeszcze możliwe. W jego dossier odnalazłam bowiem rzeczy bezcenne, np. raporty z wieczorów autorskich w Paryżu czy o występach w telewizji zachodnioniemieckiej, gdzie mówił o samobójstwie Jana Palacha.

Po co pani właściwie czyta teczki?
Nieustannie muszę się z tego tłumaczyć. Moją książkę źle przyjęli nie tylko opisani przez mnie TW, ale też ci czytelnicy, którym zburzyłam idealny obraz pisarzy, których uważali za coś lepszego, a tu takie wiadomości. Trzy panie polonistki wybiegły oburzone z mojego ostatniego wieczoru autorskiego, więc może następnym razem przyrządzę coś ku pokrzepieniu serc.

*Joanna Siedlecka, pisarka, reporterka, autorka m.in. "Mahatmy Wikaca" i "Jaśnie panicza". Właśnie wydała "Kryptonim Liryka"