W pół roku po oficjalnym demontażu PRL, wiosną 1990 roku w mojej szkole średniej zorganizowano wymianę szkolną z pewnym francuskim liceum. Czuliśmy się - o ile pamiętam - tak, jakbyśmy co najmniej nawiązali pierwszy kontakt z kosmitami. Wydaje się, że nasi francuscy rówieśnicy mieli podobne odczucia, w samym środku ciepłej majowej nocy wytoczyli się bowiem ze swojego autokaru w puchowych kurtkach, zimowych butach i grubych wełnianych czapkach, rozglądając się ostrożnie w poszukiwaniu niedźwiedzi.

Za żelazną kurtyną

Wprawdzie nasi przybysze z Zachodu nie posiadali się z radości, gdy spostrzegli, jak wielką siłę nabywczą ma w Polsce ich kieszonkowe, szczególnie w przeliczeniu na wódkę i papierosy, ale kompletnie nie potrafili zrozumieć, z jakiego powodu tak właśnie jest. Próbowaliśmy przy wspomnianej wódce i papierosach wytłumaczyć im, co właściwie się stało z naszym krajem i z nami samymi - z naszymi ubraniami, włosami i zębami, czym był realny socjalizm i dlaczego Polska mimo wszystko nie jest Rosją. Daremnie: i to wcale nie z tej przyczyny, że Francuzi okazali się ignorantami - po prostu nie mieliśmy dosłownie żadnych wspólnych istotnych doświadczeń (alkohol, papierosy i inicjację seksualną pomijam).

W parę miesięcy później w ramach tej samej wymiany wywieziono nas do Francji - pierwszy raz byłem na Zachodzie, pierwszy raz nie było mnie stać dosłownie na nic, pierwszy raz uzyskałem w miarę klarowną, nazwijmy to - dorosłą, potrzebę znalezienia odpowiedzi na pytanie, po co zbudowano żelazną kurtynę i dlaczego nas za nią trzymano.

Kronika towarzyska

"Towarzysze" Roberta Service’a to książka zawieszona w połowie drogi między esejem a podręcznikiem. Jak na esej jest trochę zbyt nieciekawie napisana. Jak na podręcznik - zbyt chaotyczna. A przede wszystkim nie spełnia oczekiwań, które sama obiecuje swoim podtytułem: "Komunizm od początku do upadku". Service zdecydowanie nie jest historykiem idei zdolnym ogarnąć rodzącą się paranoję, więc u zarania jednego z XX-wiecznych totalitaryzmów widzi tylko coś w rodzaju kroniki towarzyskiej z życia narwanych, niezbyt bystrych idealistów. Podobnie jest zresztą dalej - obawiam się więc, że nawet w roli skarbnicy wiedzy o komunizmie "Towarzysze" sprawdzą się najlepiej jako zestaw drobiazgowych odsyłaczy do innych książek.

Krótko mówiąc, nie znajdziemy w książce Service’a odpowiedzi na pytania, które zadałem sobie jako 17-latek, kiedy - patrząc na banalność zachodniego szczęścia - poczułem się jakoś wrednie i podstępnie oszukany przez los.

Grać o wysoką stawkę

To nie znaczy, że "Towarzysze" są nic niewartym stosem kartek. Można z nich wyczytać sporo o uniwersalnych mechanizmach władzy. Po pierwsze o tym, że w polityce opłaca się niemal bezmyślne ryzyko i krańcowa nieuczciwość, czyli szulerska gra o wysoką stawkę. Bolszewicy - gdy spojrzeć na ich skromną liczebność, marną opinię i ograniczone wpływy w przedrewolucyjnej Rosji - po prostu nie mieli prawa wygrać, a jednak im się udało: był to majstersztyk brudnej manipulacji podkręcony niebywałym fartem. Gdyby Lenin z Trockim byli w październiku 1917 roku w Monte Carlo, zostaliby niewątpliwie milionerami.

Po drugie o tym, że XX wiek był epoką zwycięskich radykałów, klęską umiarkowania i rozwagi. Ojcowie-założyciele sowieckiego komunizmu (podobnie zresztą jak ludzie Hitlera) nigdy ani przez chwilę nie wahali się przed wyborem najbrutalniejszego wariantu postępowania, nigdy nie mieli skalanego sumienia, nigdy też nie brakowało im odwagi, by narazić innych na szwank w imię swoich celów.

Po trzecie o tym, że nawet władza biurokratyczna potrzebuje mistycyzmu - komunizm to przecież mesjańska quasi-religia z obietnicą raju na ziemi, prorokami, świętymi tekstami i tępieniem najmniejszych przejawów herezji.

Wreszcie, po czwarte, o tym, że w epoce gwałtownych społecznych transformacji, jeśli chce się odnieść sukces, trzeba uzyskać kontrolę nad samym procesem przemian: tylko w ten sposób da się zdobyć serca wiernych - dać im szansę na pozbycie się niechcianej konkurencji. Wiedzieli to radzieccy komuniści, rozkręcając maszynę rewolucyjną, wiedzieli i polscy aparatczycy, manipulując antysemicką kampanią 1968 roku: tak naprawdę stała się ona akceleratorem społecznego awansu.

Problem tylko w tym, że z książki Service’a trzeba te kwestie wyłuskiwać - autorowi giną gdzieś one w lawinie faktów i nazwisk. Dlatego ludzi istotnie zafrapowanych samym fenomenem komunizmu wypada odesłać raczej do wybitnego eseju Richarda Pipesa zatytułowanego po prostu "Komunizm".

---

Robert Service "Towarzysze. Komunizm od początku do upadku. Historia zbrodniczej ideologii" (Comrades. A History of World Communism"
Przeł. Hanna Szczerkowska
Wyd. Znak, 2008