"Obywatel Milk" aka "Milk" (USA 2008)
Reżyseria: Gus Van Sant; Obsada: Sean Penn, Emile Hirsch, Josh Brolin, Diego Luna, James Franco; Dystrybutor: Best Film Czas: 128 min; Premiera: 23 stycznia

------------------------------------------------------------------

Gus Van Sant był swego czasu pierwszym hollywoodzkim reżyserem publicznie przyznającym się do faktu, że w życiu prywatnym kocha inaczej. "Milk" już zainspirował Akademię Filmową i jest raczej pewne, że dostanie nominacje do Oskara w kilku kategoriach. Czy jednak zainspiruje przeciętnego zjadacza chleba do większej "otwartości umysłu"? W listopadzie 2008 r. najbardziej liberalny stan USA - Kalifornia - odrzucił sławną propozycję wnioskującą o przyznanie gejom prawa do zawierania związków małżeńskich. U progu rządów nowego, demokratycznego prezydenta Ameryka wydaje się dużo mniej otwarta na kulturę homoseksualną, niż była przez ostatnich trzydzieści lat. Czy świetnie zrobiony film zdoła zmienić społeczne nastawienie do gejów, dopiero się okaże. Na razie dzieło Van Santa zbiera same pochwały. Zobaczmy dlaczego.

Śmierć i poliotyczna kampania

"Milk" to filmowa epopeja o Harveyu Milku, bankierze z Wall Street, który stał się przywódcą homoseksualnej Ameryki w latach, gdy homoseksualizm był przestępstwem. Historia Milka aktywisty zaczyna się w 1972 r. Po serii zawodów miłosnych 32-letni Milk postanawia opuścić Nowy Jork i jak rzesze innych gejów spróbować szczęścia po drugiej stronie kontynentu. Osiedla się w San Francisco, otwiera sklep fotograficzny Castro Camera w gejowskiej dzielnicy Castro. Sklep staje się przylądkiem gejowskiej kultury, Milk przeobraża się w aktywnego obrońcę gejowskich przedsiębiorców, którzy mają problemy z miejskimi władzami i mieszkańcami miasta. Kiedy w 1974 r. kiermasz "Castro Street Fair" zorganizowany przez Milka w celu promocji handlowców z Castro Street okazuje się finansowym sukcesem, Milk postanawia przenieść walkę o prawa gejów na arenę polityczną. Obcina włosy, zawiązuje pod szyją krawat i ubiega się o urząd w radzie miejskiej. Jego kampanie przyciągają uwagę m.in. dlatego, że popierają je nietypowi sojusznicy - miejscy strażacy, związkowcy oraz burmistrz George Moscone (który przewiduje - i słusznie - że obecność gejów w mieście przełoży się na ekonomiczny rozkwit całego rejonu).

Milk dopiął swego i po dwóch nieudanych próbach w 1977 r. zdobył stanowisko miejskiego supervisora. Został pierwszym w historii USA zadeklarowanym homoseksualistą piastującym publiczny urząd. Liberalne media okrzyknęły jego zwycięstwo milowym krokiem w walce o prawa gejów. Konserwatyści uznali je za początek kulturowej wojny. San Francisco zobaczyło w nim bohatera, który na zawsze przedefiniował charakter miasta. To za jego sprawą San Francisco zyskało przydomek "miasta gejów". - Znałem Milka i choć nie identyfikowałem się z jego sprawą, nie mogłem mu odmówić charyzmy oraz odwagi, z jaką walczył o wartości, w które wierzył. Jest dla mnie pozytywnym bohaterem - mówi "Dziennikowi" Joseph Gavin, były urzędnik z rady miejskiej w San Francisco.

Prawdziwą sławę przyniosła jednak Milkowi dopiero śmierć. 11 miesięcy po wyborach, 18 listopada 1978 r., Milk został zastrzelony przez byłego przyjaciela i współpracownika Dana White’a. Ofiarą zamachu White’a padł tego dnia również burmistrz Moscone. White przyznał się w czasie dochodzenia do homofobii, lecz sąd wydał bardzo niski wyrok (zaledwie siedem lat więzienia zredukowane potem do pięciu), argumentując, że White cierpiał na depresję, którą powodowała "dieta junkfoodowa". Homoseksualiści odpowiedzieli na ten kuriozalny werdykt krwawymi ulicznymi zamieszkami. Gdy aktywiści z Castro Street nagłośnili fakt, iż Milk przeczuwał, że zginie z ręki homofoba, czara goryczy się przelała. - Zamieszanie wokół wyroku White’a ostatecznie przypieczętowało pozycję Milka jako najważniejszego w historii USA bohatera i męczennika, który oddał życie w obronie praw gejów - wyjaśnia "Dziennikowi" Peter Novak, dziekan wydziału nauk humanistycznych na uniwersytecie San Francisco.

"Milk" trafił do amerykańskich kin niespełna dwa miesiące temu, wydawałoby się - w idealnym dla siebie momencie. Film wpisuje się w atmosferę "oczekiwania na lepsze", wykreowaną ostatnio w USA przez historyczne prezydenckie wybory - jest w równym stopniu dokumentem portretującym zmagania pojedynczego bohatera, co przesłaniem o potrzebie zbiorowej pamięci oraz wspólnej pracy na rzecz przyszłości. Podobieństw między "przemówieniem o nadziei" wygłoszonym przez Milka podczas pierwszego, oficjalnie sponsorowanego przez władze miejskie Dnia Wolności Gejów w czerwcu 1978 r. a wyborczym przesłaniem Obamy nie trzeba się nawet doszukiwać. Są zamierzone i ostro kłują w oczy. Gus Van Sant założył, że po ośmiu latach programowego konserwatyzmu Amerykanie są gotowi otoczyć życzliwością wszystkich i wszystko, choćby tylko po to, by przypomnieć sobie i światu, iż Ameryka to wciąż kraj zbudowany na ideałach tolerancji i wzajemnego szacunku.

p

Na korzyść filmu przemawia też dziś pozycja reżysera. Gus Van Sant był gotowy do nakręcenia biografii Harveya Milka już na początku lat 90. ubiegłego wieku. Od 1991 r. gotowy był nawet scenariusz do filmu autorstwa samego Olivera Stone’a. Ostatecznie jednak Hollywood nie zdecydowało się zainwestować w gejowską historię opowiedzianą przez gejowskiego reżysera, który na dodatek miał na koncie tylko jeden liczący się obraz - "Moje własne Idaho". Ryzyka nie chciała podjąć nawet stacja kablowa HBO, której Van Sant oferował zrobienie dokumentu o historii dzielnicy Castro w San Francisco. Wreszcie problemem była obsada, gdyż żaden z liczących się aktorów nie chciał przyjąć roli, która mogłaby go zaszufladkować jako rzecznika gejów. Zainteresowanie wyraził początkowo Robin Williams, na co dzień mieszkaniec San Francisco, ale po aferze ze śmiercią Rivera Phoeniksa, domniemanego kochanka Van Gusa, który w 1993 r. w wieku 23 lat przedawkował narkotyki, drogi Williamsa, Van Santa i studia Warner Bros. deklarującego poparcie dla projektu na dobre się rozeszły. - Kiedy pod koniec lat 90. w końcu pojawiła się możliwość realizacji, film wpadł w następną pułapkę. Historia okazała się zbyt odległa, zbyt historyczna - mówi Bennett Cohen, dziennikarz "San Francisco Chronicle", który od lat śledzi medialne losy Harveya Milka.

Gus Van Sant nie tracił czasu i skoncentrował się na filmach mainstreamowych. W 1995 r. nakręcił "Za wszelką cenę" z Nicole Kidman, dwa lata później "Buntownika z wyboru", za którego dostał Oskara dla najlepszego reżysera. Potem były jeszcze "Psycho", "Szukając siebie" i - nagradzane m.in. w Cannes - "Słoń" oraz "Paranoid Park". Przełom w projekcie o Milku przyszedł we wrześniu 2007 r. Van Sant znalazł odtwórcę głównej roli w osobie Seana Penna, dla którego udział w filmie o historii ruchu na rzecz praw gejów stał się osobistą deklaracją politycznego światopoglądu. W ciągu ostatnich ośmiu lat Penn wyrósł na jednego z naczelnych hollywoodzkich liberałów oraz krytyków rządu Busha. W styczniu 2008 r. odbył nawet podróż do Hawany, by przeprowadzić wielce antybushowski w wymowie wywiad z Fidelem Castro.

Amerykańskie media nie byłyby sobą, gdyby przy okazji filmu nie rozpętały burzy wokół rzekomej stagnacji (patrz: klęska referendum w Kalifornii) ruchu na rzecz praw gejów. "Milk" - dowodzą więc zgodnym chórem - jest tym ważniejszy, że ma do spełnienia iście historyczną rolę. Ma edukować statystycznego Amerykanina na temat dziejowej niesprawiedliwości, do której wszyscy wspólnie przykładają rękę.

Wygląda na to, że najbardziej racjonalną postawę wobec siły oddziaływania sztuki na rzeczywistość zachowują sami geje. Dla nich medialna burza to burza w szklance wody. "Sztuka wpływa na życie, ale pamiętajmy, że nie mielibyśmy filmów typu <Milk> bez prawdziwych bohaterów i ich prawdziwego dramatu. Mainstreamowi filmowcy nigdy nie przewodzą, co najwyżej podążają czyimś szlakiem. Cieszymy się, że <Milk> jest po naszej stronie, ale nie liczymy na więcej niż chwilowe zainteresowanie historią naszego ruchu" - mówi Vicki Eaklor, aktywiska i historyk z Alfred University w Nowym Jorku.

I jest w tym dużo racji. "Milk" zarobił w pierwszy weekend po premierze (26 listopada) tylko 1,4 mln dol. Miesiąc później w wielu kinach jest już nieosiągalny, zwłaszcza w mniejszych miastach. Tymczasem romantyczną komedię "Cztery gwiazdki" z Reese Witherspoon i Vincem Vaughnem, która weszła na ekrany w tym samym okresie, można obejrzeć bez kłopotu. Odpowiedź na pytanie, dlaczego tak się dzieje, być może jest prostsza, niż się wydaje. Choć tak obecni w masowej kulturze i mediach, homoseksualiści stanowią przecież zaledwie 1 - 2 proc. populacji USA.