A grupa Penerstwo to już zdecydowanie nie lokalna historia, lecz jedno z najbardziej zajmujących aktualnych zjawisk artystycznych.

Grupa nie ogłasza manifestów, nie ma programu. Na tajemnicę penerstwa promyk światła rzuca krytyczka sztuki Marta Kosińska: - Penerem można być już w podstawówce. Szkolna szatnia jest penerską "domówką". Siedzi się na podłodze i podstawia dziewczynom nogi. Ma się brudne paznokcie, pozaginane rogi książek. W pobazgranym niebieskim tuszem piórniku nosi się obgryzione ołówki. W jednym zeszycie do wszystkich przedmiotów na marginesach rysuje się zachodzące na siebie, przebijające na drugą stronę rysunki. Szubienice i swastyki.

Poznański artysta Wojciech Bąkowski próbuje przybliżyć specyfikę penerstwa oksymoronem "wrażliwe chamstwo". Ta definicja współbrzmi z wywodami Piotra Bosackiego: - Penerstwo to specyficzny rodzaj syfiarstwa obyczajowego, który zagnieździł się w tkance miejskiej Poznania. Penerem jest np. człowiek, który pluje i oddaje mocz na własnym podwórku podczas rozmowy z sąsiadami. A zatem kim są artystyczni penerzy?

Praktyka pielęgnowanego błędu

Wojciech Bąkowski to autor noncamerowych filmów, artysta słowa i dźwięku, charyzmatyczny performer, poeta, lider muzycznej formacji KOT. Wśród prac Izy Tarasewicz jest naturalnej wielkości wilk uszyty z kawałów zasolonej wieprzowiny, rysunki świńskim tłuszczem, rzeźby rany wykonane ze zwierzęcych pęcherzy i podrobów, figury z masy solnej przedstawiające perwersyjne zabawy dzieci i zwierząt. Świat Tomasza Mroza to wynaturzona groteska pokracznych rzeźb, dysfunkcyjnych automatów ubranych w silikonowe skóry - wypaczona rzeczywistość trochę z poetyki horrorów klasy B, a trochę z Boschowskiego piekła. Magda Starska tworzy psychodeliczne rysunki i enigmatyczne instalacje, w których swojskie elementy powiązane są w dziwaczne struktury. Radek Szlaga to sarkastyczny malarz, jego prace to akademicki warsztat zakażony wirusem szkolnej zeszytowo-toaletowej bazgroły. Konrad Smoleński podczas występów na żywo ubiera kominiarkę terrorysty i wydobywa rozdzierający uszy jazgot z bomby przerobionej na instrument. Przy torach kolejowych relacji Poznań - Berlin stawia w szczerym polu napis "Śmierć" wielkości kilku billboardów. Litery zbudowane są z fajerwerków. W decydującym momencie "śmierć" eksploduje iskrami i kolorami, spektakl oglądają pasażerowie InterCity, ale tylko przez moment, bo pociąg przecież pędzi dalej. Piotr Bosacki każe muzykom grać swoje partytury od tyłu. Tworzy także maszyny i animacje, zarówno eleganckie w swoim ascetycznym minimalizmie, jak i fascynująco odrażające: zawsze opatrzone przewrotnym, filozoficznym komentarzem czytanym przez małoletnią lektorkę z offu.

Praca w grupie to margines działalności jej członków, artyści tworzą przede wszystkim na własny rachunek. Penerstwo formowane jest przez urodzonych na przełomie lat 70. i 80. absolwentów poznańskiej ASP. Kolektyw nie przypomina zwartej falangi, bliżej mu do sytuacji towarzyskiej, która miewa swoje konsekwencje w sztuce. Artyści skrzykują się od czasu do czasu, by zrobić coś razem, a działaniami tymi opiekuje się najczęściej młody kurator Michał Lasota.

Idea grupy artystycznej, choćby najbardziej niesformalizowanej, ma dużą siłą; zwłaszcza polska scena wierzy mocno w kolektywy. Wilhelma Sasnala, Rafała Bujnowskiego i Marcina Maciejowskiego wciąż opisuje się jako "byłych członków grupy Ładnie", choć ta utworzona w studenckich latach formacja nie istnieje od 10 lat. Chętnie trzymalibyśmy artystów w grupach, to upraszcza sprawę. Manifestacje pojedynczego twórcy to zdarzenie, ale grupa - to już zjawisko.

Czy rzeczywiście Penerstwo można nazwać zjawiskiem, pokoleniową manifestacją? A jeżeli tak, to jaka jest natura tego fenomenu? Penerstwo pociąga energią oraz intensywnością posuniętą aż do barbarzyństwa. Opowiada się po stronie życia, nawet wtedy, gdy chodzi o energię negatywną, napędzającą produkcję tworów koślawych i odpychających. To sztuka błędów i wypaczeń, zacieków i obscenicznych bazgrołów. To sztuka, której nieobce są aspiracje do piękna, zwłaszcza tego, które drzemie w brzydocie, przesadzie i wulgarności, bogata obfitością wysypiska.

Miejska sztuka ludowa

Penerskie chamstwo spokrewnione jest z punkiem. Po analogie dla propozycji poznańskich artystów najlepiej wybrać się w lata 80., odnajdziemy je zarówno w anarchizującej alternatywie tamtej dekady, jak i w ruchu Nowej Ekspresji, choć trzeba pamiętać, że gros inspiracji pochodzi spoza wysokich tradycji artystycznych - z komiksów, młodzieżowych subkultur, kina, ulicy. Czy grupa jest jeszcze jedną ofiarą logiki "wiecznego powrotu"? Należałby raczej mówić o odwrocie od sztuki, na której Penerzy się wychowali, a więc produkcji ostatnich lat. Jeżeli słyszymy tu jakiejś rezonanse z latami 80., to nie na poziomie systematycznego dialogu z przeszłością, to raczej przywołanie mitycznego doświadczenia dzieciństwa, a także wspomnienia o surowości tamtej dekady. Znamienne, że Penerstwo występuje w tym samym czasie, w którym jeden z pierwszoplanowych bohaterów artystycznej rewolucji lat 90. - Artur Żmijewski - publikuje manifest "Stosowane sztuki społeczne". Domaga się w nim realnego zaangażowania artystów w sprawy publiczne i politykę, postuluje koordynację i dopełnianie się nauk społecznych i praktyki twórczej, którą chciałby rozliczać ze skuteczności w produkcji użytecznej wiedzy. Młode pokolenie artystów nie wykazuje jednak zapału do tego rodzaju zaangażowań, bliższe jest postawie neoromantycznej z jej kultem indywidualizmu.

Artyści nie mówią w imieniu ludu, raczej sami są ludowi, a ich sztuka to - między innymi - forma miejskiego folkloru. Ten zaś ma podwójną, tylko pozornie sprzeczną naturę: jest trochę lumpenproletariacki, a trochę arystokratyczny, pogardliwie wyniosły wobec drobnomieszczaństwa, klasy średniej, a także przemądrzałych intelektualistów. Piotr Bosacki wprost deklaruje niechęć do tworzenia sztuki adresowanej do krytyków i "studentek historii sztuki".

Zarazem - w myśl zasady, że najszybszą ucieczkę do przodu zapewnia czasem powrót do korzeni - poznaniacy praktykują artystowski model twórczości, z autorem, odbiorcą i dziełem sztuki pośrodku. "Nie boję się starych słów, o ile trafnie nazywają rzeczy. Nie boję się mówić: wiersz, plastyka, dzieło" - przyznaje Wojciech Bąkowski, który dodaje, że "postkonceptualizm go nudzi". Taka postawa, skądinąd wciąż mocno zakorzeniona w potocznych wyobrażeniach, jawi się dziś jako tradycyjna, niemal konserwatywna, ale paradoksalnie to tradycjonalizm, który prawem reakcji ma smak nowości.

"Staroświecki" model twórczości idzie w parze z tradycyjnym myśleniem o celach sztuki. W miejsce "prowadzonej innymi środkami" inżynierii społecznej Penerstwo proponuje, mówiąc najprościej, opowieść egzystencjalną, podaną w pierwszej osobie subiektywną relację wrażliwej jednostki uwikłanej w dramat codzienności. W sztuce tej obecne są nieśmiertelne tematy: dzieciństwo, śmierć, seks, ciało, wyobcowanie, przerażenie, odraza i fascynacja życiem. To właśnie uniwersalność narracji Penerów decyduje o sile ich propozycji, uwiarygodnionej osobistym doświadczeniem autorów. To artyści, którzy rzadko mówią o rzeczach, których nie przeżyli.

Przesterowany realizm

Drugim potężnym źródłem energii zasilającej Penerstwo jest lokalność. To również rzadkość na polskiej scenie, którą trawi podświadomy lęk przed prowincjonalizmem. Poznań zajmuje przy tym w krajowej artystycznej geografii szczególne miejsce. To miasto, które ma najlepszą Akademię Sztuk Pięknych w Polsce. Tutaj wykładają m.in. Mirosław Bałka, Izabela Gustowska, Jarosław Kozłowski, ale także Dominik Lejman, Hubert Czerepok, Maciej Kurak, ludzie należący do różnych pokoleń, których łączy jedno - wszyscy są rozpoznawalnymi artystami, za którymi stoją znane i realne dokonania. Nie da się tego samego powiedzieć o innych szkołach artystycznych w Polsce, zdominowanych przez pedagogów, których nazwiska odbiorcom sztuki mówią niewiele. Interdyscyplinarny program poznańskiej akademii, w którym duży nacisk położony jest na multimedia i teorię, przynosi owoce. Polska scena sztuki jest intensywnie zasilana tamtejszymi absolwentami (ostatnio oprócz Penerów to także ludzie związani z galerią Starter: Honza Zamojski czy Jakub Czyszczoń).

Inna rzecz to stosunek artystów do etykiety "sztuki poznańskiej". Taki fenomen okrzepł w latach 90., ale do dziś nie słyszy się, by ktoś mówił o "sztuce gdańskiej", "krakowskiej", nie wspominając o "warszawskiej". Miasto kojarzono ze specyficznym stylem, który Łukasz Gorczyca nazwał Poznańską Szkołą Instalacji. Była to sztuka z mocną konceptualną bazą i solidną materialną nadbudową, często wzbogaconą multimediami. Działający w tym mieście artyści wyrobili sobie opinię pracowitych instalatorów, budujących złożone konstrukcje, często zasilane prądem, rzetelne zarówno pod względem intelektualnym jak i "inżynieryjnym". Wielu było zresztą nie po drodze z tą tradycją, ci często zacierali swoje wielkopolskie pochodzenie artystyczne.

Penerstwo również wypisuje się z poznańskich tradycji, ale jednocześnie, już przez sam wybór nazwy, podkreśla związek z miastem. Czasem wydaje się, że w Poznaniu liczba ciekawych artystów przewyższa szeregi publiczności chętnych do ich oglądania. Penerzy opisują Poznań jako miejsce generalnie niesprzyjające sztuce, drobnomieszczańskie, przyziemne, niewrażliwe, zaciekle tępiące indywidualizm. Paradoksalnie ta sytuacja zdaje się korzystna dla Penerstwa, które czerpie energię z frustracji. Jego członkowie mają wyczulone ucho na język ulicy i gwarę, lokalny koloryt. To wielki atut, bo skądinąd uniwersalne narracje Penerstwa, ich nadekspresja i przesterowany realizm, stają się naprawdę przekonujące, kiedy rozwijają się w konkretnej scenerii, mają solidnie zapuszczone korzenie w czasie i przestrzeni.